W ciągu ostatnich kilku lat nastąpiła fala reaktywacji zespołów w Polsce i na świecie, które święciły swoje triumfy przed dekadą. O tym, że takie powroty nie zawsze się sprawdzają, przekonaliśmy się na środowym koncercie Lenny Valentino w gdańskim klubie Parlament.
- Czy popierasz reaktywacje zespołów mających czasy swojej świetności kilkanaście lat temu?
-
tak, ale tylko jeśli towarzyszy temu aktywne wznowienie działań i tworzenie nowych utworów
33% -
to zależy, czasem miło jest usłyszeć dawne piosenki w wersji koncertowej
56% -
nie, to zupełnie bezsensowne działanie
11%
łącznie głosów: 156
Krążek był wynikiem muzycznych fascynacji Rojka i Walusia, ale też mocno odcisnęli na nim swoje piętno muzycy Ścianki, wzbogacając go instrumentalnie. Ważne były też teksty - niekoniecznie najlepszej jakości, ale stylizowane na dosyć infantylne wynurzenia dziecka, obracające się wokół dzieciństwa i związanych z nim spraw. Po wydaniu płyty zespół zagrał w Polsce kilka koncertów, po czym w zasadzie skończył działalność.
W 2006 roku zagrał na Off Festivalu organizowanym przez Artura Rojka. Na tej samej imprezie zagrał także rok temu, przy czym każda reaktywacja nie była związana z powstaniem jakiegokolwiek nowego materiału. Po co więc teraz, na początku grudnia organizować kolejną trasę, tym razem pod pretekstem dziesięciolecia wydania płyty?
To pytanie towarzyszyło mi przez cały koncert. Przede wszystkim dlatego, że ciężko było wyczuć luz, którego muzykom na scenie zabrakło. Może to kwestia zmiany perkusisty na kilka godzin przed koncertem - przez co parę niedociągnięć w utworach było słychać zbyt wyraźnie. A może fakt, że ci muzycy na co dzień ze sobą nie koncertują i od 10 lat odgrywają ciągle ten sam materiał? Skoro wydali tylko jedną płytę, wiadomo było, że usłyszymy po kolei wszystkie kawałki z niej (chociaż nie zabrakło dwóch anglojęzycznych bonusów - "Don't Answer Me" The Alan Parsons Project i "Over the Ocean" grupy Low). Fanatykom, którzy uwielbiają zespół, to z pewnością nie przeszkadza, bo byli zachwyceni do granic. Ja jednak miałem wrażenie, jakby zespół grał do przysłowiowego "kotleta" i mimo wydłużonych kilku utworów, najzwyczajniej męczył się na scenie.
Miło było usłyszeć "Dom Nauki Wrażeń", "Karuzele, Skutery i Rodeo" czy tytułowy utwór "Uwaga! Jedzie Tramwaj", ale mało było w nich czuć emocji, które te kawałki wywoływały dziesięć lat temu. Na koniec Rojek podsumował, że to ostatnie koncerty, które zamkną działalność zespołu, żeby nie męczyć muzyków i publiczności ciągle tym samym materiałem. Na widowni dało się słyszeć westchnięcie, ale czy to faktycznie koniec, skoro grupa reaktywowała się już trzy razy?
Gdański koncert Lenny Valentino pozwala zastanowić się, na ile sensowne są reaktywacje zespołów. To grupa na swój sposób kultowa, ale dla bardzo wąskiej grupy słuchaczy. Jeśli zespół powraca do działalności i ma pomysł na nowe nagrania, wydaje się to ciekawym posunięciem. Niestety ostatnio coraz więcej kapel reaktywuje się jedynie po to, aby przypomnieć swoje utwory.
Niedawno rozmawiałem z pewnym trójmiejskim muzykiem, który pod koniec lat 90. współtworzył jedną z ważniejszych gitarowych kapel w Polsce, z którą wydał kilka płyt. Zapytałem, czy chciałby ją reaktywować, aby zagrać koncert. Odpowiedział, że musiałby z zespołem poczuć, że to coś więcej niż tylko chęć wystąpienia przed publicznością na festiwalowej scenie. Doskonale zrozumiałem, o co mu chodzi i poczułem do tej decyzji ogromny szacunek. Tego "czegoś więcej" bardzo często brakuje grupom, które wracają, żeby fanom zaserwować zestaw swoich utworów. Podczas koncertu Lenny Valentino również tego zabrakło.



na liście wydarzeń.














Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.