fot. Anna Szczodrowska/trojmiasto.pl
Mor Karbasi potrafi zmysłowo szeptać, kołysać do snu, by już za chwilę, w kolejnej kompozycji porwać słuchaczy przejmującym, ale i czystym krzykiem.
Występ Mor Karbasi dowiódł prawdziwej wartości muzyki. Ponadnarodowa twórczość tej młodej diwy pokazała, że nie trzeba rozumieć słów, by poczuć prawdziwe emocje zawarte w sztuce.
Na scenie gdańskiej Filharmonii Bałtyckiej pojawiła się w towarzystwie skromnego, wręcz klasycznego zespołu z gitarzystą Joe Taylorem na czele. Warto to podkreślić, biorąc chociażby pod uwagę twórczość, chyba najsłynniejszego duetu sięgającego po world music, a mianowicie Dead Can Dance. Mor Karbasi i jej muzycy podobnie jak dawniej Lisa Gerrard i Brendan Perry sięgają po utwory ludowe sprzed setek lat, ale w odróżnieniu od nich oprawiają je w nowe brzmienia. Zasługa w tym także Taylora, który wspaniale łączy możliwości gitary elektrycznej z klasycznym brzmieniem jej hiszpańskiego odpowiednika.
Zespół zachwyca skromnością środków przekazu - bass, perkusja, fortepian i dwie gitary. Dzięki temu śpiew Mor Karbasi objawia się słuchaczom w całej swej niezwykłości. Bo to właśnie jej głos jest - i był w filharmonii na Ołowiance - najważniejszy. Mor Karbasi to nie tylko wokalistka, ale także żywy instrument. Potrafi zmysłowo szeptać, kołysać do snu, by już za chwilę, w kolejnej kompozycji porywać burzą najczystszego krzyku.
Spotkanie na żywo z twórczością sceniczną Mor Karbasi dowiodło o ponadczasowości i co jeszcze ważniejsze - ponadnarodowości muzyki. Stało się tak w pierwszej kolejności za sprawą języka ladino, którym posługiwała się artystka. Nie wiedziałem o czym śpiewa i czy słowa były jej własną interpretacją, improwizacją czy też oryginalnym tekstem sprzed setek lat. Mimo to jestem przekonany, że wiedziałem, kiedy mówi o spełnionej miłości, a kiedy o goryczy rozstania i dramacie utraty rodzinnego domu. Pieśni Mor Karbasi bowiem to najczystsze, przeszywające słuchacza do głębi emocje.
Zachwycił mnie również niezwykły sposób dzielenia się uczuciami przez artystkę z publicznością. Poddana działaniu wspaniałej muzyki wędrowała po scenie, tańczyła, wpadała w trans, czarowała opowieściami. Pod koniec występu zaśpiewała przy subtelnym akompaniamencie fortepianu po prostu dołączając do zebranej widowni. Znalazła się jeszcze bliżej nas. Można śmiało stwierdzić, iż stworzyła zachwycający spektakl trzech równoprawnych aktorów - muzyków, publiczności i siebie samej.
Wspomniana abstrakcyjność muzyki, nadająca jej miano królowej sztuk, objawiła się także w samej melodyce. Karbasi czerpie bowiem z całej palety dziedzictwa światowej muzyki. W jej sefardyjskim ladino słychać było wyraźnie wpływy twórczości andaluzyjsko - żydowskiej, ale także hiszpańskiego flamenco, portugalskiego fado czy pieśni marokańskich i greckich. Znalazło się tam wszystko, z czym zetknęła się w życiu - jej matka pochodzi z Maroka, sama urodziła się w Jerozolimie. Dodam, że obecnie Mor Karbasi mieszka i tworzy w Londynie, co z pewnością dodało jej artystycznemu wyrazowi dodatkowej europejskiej otoczki.


na liście wydarzeń.













Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie nie związane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.