fot. Ania Szczodrowska / trojmiasto.pl
Japoński zespół Mouse on the Keys zachwycił publiczność w klubie Ucho.
Muzyka pochodzącej z Tokyo grupy przepełniona jest uczuciami zagubienia we współczesnym zmechanizowanym świecie. To problemy, z którymi boryka się cała japońska kultura, od filmu po literaturę. Mouse on the Keys doskonale wyrazili je w energetycznych, wzbogaconych wizualizacjami kompozycjach.
Czterech mężczyzn ustawionych w idealnym kręgu, tak, by tworzona na żywo muzyka osiągnęła odpowiednią kondensację i siłę. Jazz, bo tak właśnie nazwałbym to, co robi japońska grupa - choć określa się ich mianem post-rockowców, cokolwiek to znaczy - nawiązuje do wschodniej kultury kontemplacji.
To kontemplacja dynamiczna, przepełniona niepokojem i poszukiwaniem harmonii. Wyraża współczesne zderzenie japońskiej cywilizacji z postępującą mechanizacją i wszechogarniająca techniką. Doskonale podkreślały to industrialno-cielesno-geometryczne wizualizacje towarzyszące każdej z kompozycji. Koncert Mouse on the Keys stanowił pewien zamknięty spektakl. Nie można się na niego spóźnić i nie sposób też wyjść z niego wcześniej. Przekonała się o tym gorąco wiwatująca, zebrana pod sceną publiczność.
Oczywiście w pierwszej kolejności zadziwia sam skład instrumentalny, który tokijscy muzycy zaprezentowali w gdyńskim Uchu: dwa elektryczne pianina, perkusja i trąbka. Atsushi Kiyota oraz Daisuke Niitome przeplatali dźwięki syntezatorów - raz kaskadowo wysypujące się im spod palców, za chwilę skontrastowane spokojnym fragmentem, ale zawsze opartym na potężnych akordach.
Całość wzbogaciła ciepło, powiedziałbym wręcz "miejsko" brzmiąca trąbka, przypominająca dźwięki Milesa Davisa z okresu legendarnej płyty "Tutu". Za każdym razem Mouse on the Keys stopniowo wprowadzali słuchaczy w stan uniesienia i nigdy z niego niepotrzebnie nie wytrącali. Myślę, że w ich wypadku o rocku mówić możemy jedynie ze względu na grającego na perkusji Akira Kawasakiego. To rzeczywiście muzyk zbyt dynamiczny, ekspresyjny, wręcz siłowy i nadto hałaśliwy, jak na przepełnione kunsztem standardy jazzowych bębniarzy.
Po świecie krąży historia, w której to znany aktor Martin Sheen, będąc w Japonii miał nieprzyjemność zobaczyć film pod tytułem "Guinea Pig". Po zapoznaniu się na ekranie telewizora z wszelakimi możliwymi torturami praktykowanymi przez grupkę młodych chłopców na przypadkowej kobiecie, zgłosił się na policję z kopią twierdząc, iż trafił na sfilmowane, prawdziwe, nieprzebrane w swej okrutności zabójstwo. Wypadek ten spowodował większe zainteresowanie japońskiego rządu podziemnym rynkiem wydawniczym, a właściwie tym, czym tak na prawdę interesują się mieszkańcy kraju kwitnącej wiśni.
Cóż, sztuka azjatycka, z racji swych kompletnie odmiennych, przez wieki hermetycznie zamkniętych uwarunkowań kulturowych, wydaje się nie do zrozumienia dla przeciętnego Europejczyka. O niesłuszności swej teorii, a co ważniejsze - uniwersalności muzyki, przekonałem się w trakcie wtorkowego koncertu Mouse on the Keys.


na liście wydarzeń.













Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie nie związane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.