Wiadomości

stat

Nika Boon: nagrała płytę z muzykami Massive Attack, Kasabian i Portishead

Nika Boon wspomina, że swoje muzyczne zamiłowania odkryła w Liceum Plastycznym w Orłowie.
Nika Boon wspomina, że swoje muzyczne zamiłowania odkryła w Liceum Plastycznym w Orłowie. mat. prasowe / Shaheen Razzaq

Jej kariera rozpoczęła się od wygranej w pierwszym odcinku "Szansy Na Sukces". Teraz wraca z nową płytą, przy której współpracowała z brytyjskimi muzykami z Kasabian, Massive Attack i Portishead. Prekursorka tzw. "selfie" - w swojej kolekcji ma kilka tysięcy zdjęć z celebrytami. Niewielu wie, że Nika Boon pochodzi właśnie z Gdańska.



Aleksandra Wrona: Niecały miesiąc temu miała premierę twoja najnowsza płyta pt. "Rebel". Określasz ją jako powrót do korzeni, dlatego cofnijmy się na chwilę do przeszłości...

Nika Boon: Moja artystyczna przygoda rozpoczęła się w liceum plastycznym w Gdyni Orłowie. Poznałam w tych czasach wielu muzków, zaczęłam pisać piosenki, inaczej się ubierać. Graliśmy głównie muzykę rockową. Sprawiało mi to dużo frajdy, ale nie wiązałam z tym wielkich nadziei. Myślałam raczej o szkole filmowej, reżyserii... Występ w "Szansie Na Sukces" miał być przygodą. To był pierwszy odcinek pierwszej serii programu, więc nikt do końca nie wiedział, czego się spodziewać. Pojechałam tam z moim kolegą gitarzystą, Piotrem Pawłowskim, podczas naboru wykonaliśmy dwie nasze piosenki z myślą o tym, że będziemy mogli przedstawić je w telewizji. Dopiero potem okazało się, że gościem programu będzie Maryla Rodowicz i to jej piosenkę będę musiała zaśpiewać...

Występ Niki Boon w Szansie na Sukces

Znałaś twórczość Maryli?

Znałam tylko "Wsiąść do pociągu byle jakiego", ale nie pozwolono nam wybrać piosenek, więc pomyślałam, że jak trafi mi się jakaś inna, to leżę! Widać na nagraniu, jak bardzo zdenerwowana byłam, kłóciłam się z Wojciechem Mannem, sznurki się rwały, tekst piosenki wchodził za późno na ekran, wszystko było nie tak. Mój występ wydawał mi się ogromną porażką, więc po nagraniu nikomu się nim nie chwaliłam.

A jednak ta "porażka" okazała się być furtką do kariery.

Tak, wygrałam ten odcinek, a po jego edycji w telewizji Polonia, z "Szansą na Sukces" skontaktował się producent muzyczny pochodzenia polskiego mieszkający w Londynie, który koordynował różne projekty. Byłam świeżo po maturze, wyjazd do Londynu był więc propozycją nie do odrzucenia, szczególnie w tamtych czasach. Według niego byłam kobiecą wersją Joe Cockera. Później okazało się, że chciał ze mnie zrobić tak jakby Mariah Carey, dlatego do wydania wspólnej płyty jednak nie doszło, bo moje zamiłowania muzyczne były bardziej alternatywne. Skończyłam studia i wsiąkłam w londyński muzyczny świat.
Zależy mi na tym, żeby piosenka była melodyjna, bo wydaje mi się, że proste melodie łatwiej trafiają do mózgu i serca. Jestem zwolenniczką chwytliwej piosenki, która nie jest jednak synonimem tandety, bo lubię ją zaaranżować w offowy, niekonwencjonalny sposób.


Wybrałaś studia związane z muzyką?

Zaczęłam od kierunku plastycznego, ale w trakcie pobytu w Londynie dotarło do mnie, że chcę zajmować się jednak tylko muzyką. Dużym ułatwieniem było to, że w Anglii można zacząć studia muzyczne nie mając przygotowania klasycznego. Był tam wydział produkcji muzycznej założony przez Dave'a Stewarta. Zaczęłam poznawać różnych muzyków, wsiąkać w to środowisko. Już w czasie studiów dołączyłam do zespołu, którego managerem był manager Prodigy, graliśmy coś w stylu połączenia Chemical Brothers, Prodigy i The Cardigans.

To była muzyka, która grała ci w duszy?

Tak, Londyn, tak jak inne miejsca na świecie, podatny jest na różne muzyczne mody, a dużo trendów tam się właśnie zaczyna. Poznajesz ludzi, którzy zajmują się jakimś nurtem, więc eksperymentujesz, kreujesz, szukasz. Różni ludzie wydobywają z ciebie różne emocje, dźwięki. Tak właśnie rozpoczęła się moja muzyczna przygoda z Rogerem Sanchezem. To była muzyka w stylu funky house. W roku dwutysięcznym był jednym z trzech topowych DJ-ów w Wielkiej Brytanii, chociaż pochodził z Nowego Jorku. Bardzo fajnie, że dopisał mnie do swojej wytwórni płytowej Stealth i chciał ze mną współpracować muzycznie.

Od rocka i punku do muzyki dance - nie czułaś sprzeczności?

Opowiadam tu o dwudziestu latach mojego pobytu w Londynie, więc ten przeskok nie był taki gwałtowny. Angielscy muzycy, którzy zajmują się pisaniem piosenek tak jak ja, bardzo często dla urozmaicenia tworzą utwory w różnych gatunkach. Teraz, kiedy mamy już dostęp do muzyki w Internecie i nie musimy odkładać kieszonkowego, żeby kupić jedną płytę naszego ulubionego zespołu, nie musimy się ograniczać do jednego rodzaju, te podziały nie są już tak skrajne.

Twoją muzykę bardzo trudno jest przypisać do jakiegoś jednego nurtu.

Racja, przypisywanie to praca dziennikarzy, niech oni się z tym męczą. Ja inspiruję się różnymi nurtami, a na pierwszym miejscu zawsze stawiam piosenkę i naturalny dźwięk instrumentu. Zależy mi na tym, żeby była melodyjna, bo wydaje mi się, że proste melodie łatwiej trafiają do mózgu i serca. Jestem zwolenniczką chwytliwej piosenki, która nie jest jednak synonimem tandety, bo lubię ją zaaranżować w offowy, niekonwencjonalny sposób.

Skąd w takim razie biorą się teksty twoich piosenek?

Tak naprawdę sama tego nie wiem... Najlepsze piosenki powstają kiedy piszę to, co przychodzi mi do głowy jako pierwsze. Jest w tym element natchnienia. Nie staram się zrozumieć mojego procesu twórczego. Lubię to, że jest dla mnie tajemnicą. Czasem z własnych piosenek dowiaduję się tego, co mnie cieszy bądź trapi. Ich treść to strumień wprost z podświadomości, podobny do obrazów surrealistów.
Któregoś dnia, po koncercie w Londynie odezwał się do mnie chłopak, który powiedział, że w trakcie piosenki "Moje serce" na jednym z moich koncertów poznał swoją obecną dziewczynę, w której jest ogromnie zakochany. To piękny moment, kiedy twoja muzyka łączy ludzi.

Łatwiej pisze ci się w języku polskim czy angielskim?

Nawet będąc w Polsce i nie mówiąc jeszcze dobrze po angielsku, lubiłam pisać w tym właśnie języku. Uważam, że rock w tej formie, w której znamy go teraz, powstał w Anglii, i tak jak język włoski jest językiem opery, tak angielski jest językiem rock'n'rolla. Angielski ma dużo samogłosek, łatwiej jest budować na nim dźwięki, łatwiej śpiewać.

Myślisz o polskiej trasie koncertowej?

Chciałabym, jednak liczę się z tym, że polska publiczność nie miała wielu okazji poznać mojej twórczości, bo wyjechałam z Polski świeżo po maturze, ale tak, marzy mi się, żeby usłyszało mnie więcej rodaków.

Siedem lat temu przyjechałaś do Gdańska z bardzo specyficzną wystawą fotografii.

Rzeczywiście, wystawa miała tytuł "Bezcenne", a składały się na nią moje selfie z różnymi osobami ze świata show-biznesu. Jeszcze wtedy nie funkcjonowało słowo "selfie", a zdjęcia z ręki nie były popularne. Zanim każdy dorobił się aparatu w telefonie, chodziłam prawie wszędzie ze swoim przenośnym aparatem cyfrowym, bo w liceum plastycznym właśnie studiowałam fotografię. Na początku fotografowałam się z ludźmi, których oglądałam jako dziecko w telewizji, takimi jak Sting czy U2. Później zaczęłam poznawać ludzi, o których mówiło się, że odniosą sukces - Amy Winehouse, Adele, Lady Gagę... tak po prostu, jak wszyscy teraz fotografują się z ludźmi, z którymi poznają się na imprezach. Do teraz kolekcjonuję zdjęcia. W czasie kompletowania wystawy miałam ich około tysiąca, teraz ciężko mi oszacować, ile może ich być.

Czy zdobywanie selfie wiązało się z jakimiś zabawnymi sytuacjami?

Staram się być taktowna. Kiedy widzę, że ktoś jest niechętny, to nie poruszam tego tematu, musi się to stać w naturalny sposób. Pamiętam, że siedziałam w teatrze koło Paula McCartneya, który za bardzo nie lubi robić sobie zdjęć. Marzyło mi się to selfie, ale odpuściłam i zadowoliłam się tym, że poczęstował mnie swoimi super ekoorzeszkami. Teraz jest inaczej. Robienie selfie stało się prawie że obowiązkiem celebrytów, więc dużo osób się tego spodziewa, ale np. trudno było zrobić zdjęcie z Boyem Georgiem, bo na żadnym z nich się sobie nie podobał.

Jakie są twoje dalsze muzyczne plany?

Wiadomo, że zawsze chce się osiągnąć więcej. Przede wszystkim chciałabym, żeby moją muzykę poznało więcej osób. Któregoś dnia po koncercie w Londynie odezwał się do mnie chłopak, który powiedział, że w trakcie piosenki "Moje serce" na jednym z moich koncertów poznał swoją obecną dziewczynę, w której jest ogromnie zakochany. To piękny moment, kiedy moja muzyka łączy ludzi. Najnowsza płyta "Rebel" powstała we współpracy z muzykami z Massive Attack i Kasabian. To współpraca w dawnym stylu: po przyjacielsku. Była chemia i wydaje mi się, że stworzyliśmy fajną muzę, a co dalej się z nią stanie, to już nie zależy ode mnie.

Singiel promujący płytę "Rebel"

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (26)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Najnowsze wiadomości

Kalendarz imprez

kalendarz

Zdjęcia z imprez

    Nowe lokale

    Najczęściej czytane