Wiadomości

stat

Adam Kalinowski: Starałem się nie podejmować radykalnych decyzji

Adam Kalinowski: Moim celem, gdy decydowałem się na udział w różnych programach, nigdy przede wszystkim nie było samo zwycięstwo. Mam dużą świadomość swoich niedoskonałości muzycznych i widzę jak wielu innych muzyków robi coś lepiej. Ale z natury jestem optymistą i raczej niełatwo się poddaję.
Adam Kalinowski: Moim celem, gdy decydowałem się na udział w różnych programach, nigdy przede wszystkim nie było samo zwycięstwo. Mam dużą świadomość swoich niedoskonałości muzycznych i widzę jak wielu innych muzyków robi coś lepiej. Ale z natury jestem optymistą i raczej niełatwo się poddaję. fot. Hubert Jim Zieliński

Adam Kalinowski jest przykładem na to, że jak ma się konkretny cel i bardzo chce się go osiągnąć, to na przeszkodzie nie stanie żadna ściana. Muzyk wprawdzie nie forsuje tempa, ale spokojnie, sukcesywnie stawia kolejne kroki, które pozwolą mu zbudować pozycję w branży muzycznej.



Patryk Gochniewski: Już trochę czasu od twojej przygody z "Idolem" minęło - dużo się zmieniło w twoim życiu?

Adam Kalinowski: Minął rok, ale ja nie chciałem, żeby za dużo się zmieniało. Starałem się nie podejmować radykalnych decyzji po programie i sądzę, że wyszedłem na tym najlepiej. Dalej koncertuję, dalej studiuję, mieszkam w Gdańsku i często odwiedzam rodzinne strony. Przybyło jednak możliwości, pojawiło się parę furtek. Jedną z nich otworzyłem i wszystko idzie w dobrą stronę.

Są głosy, że talent show, to najgorsze, co mogło się wydarzyć. Ty masz chyba odmienne zdanie. Jesteś wręcz weteranem tego formatu.

Talent show to dobrowolna droga. Żyjemy w czasach, w których nietrudno przed pójściem na casting dowiedzieć się, jak to wygląda od środka, jakie są plusy i minusy takiej konwencji. Z tą świadomością, że nie wszystko jest idealne, poszedłem półtora roku temu na precasting do "Idola".

Sądzę, że prawie wszystko leży po stronie artysty, który wybiera udział w programach. To on decyduje, jak faktycznie będzie się zachowywał przed kamerą. Mimo że finalnie, z całego materiału nagrywanego w trakcie programów, emitowany jest zaledwie procent całości. O co będzie walczył i jak z tego wszystkiego wyjdzie.

Ja nie żałuję żadnego programu, w którym brałem udział. Na pewno można narzekać na repertuar, w większości dawany nam z góry, albo na problem z odsłuchami czy presję. Ale taki zawód muzyka, a znajomości, doświadczenie i wnioski po programie rekompensują rzeczy mniej ciekawe.

Zobacz także: Uczestnicy "Idola" z Trójmiasta

Idąc do "Idola" liczyłeś, że w końcu uda się przejść dalej?

Moim celem, gdy decydowałem się na udział w różnych programach, nigdy przede wszystkim nie było samo zwycięstwo. Mam dużą świadomość swoich niedoskonałości muzycznych i widzę, jak wielu innych muzyków robi coś lepiej. Ale z natury jestem optymistą i raczej niełatwo się poddaję.

Zatem pojechałem z kolegą na casting na zupełnym luzie. Ponadto odrobinę przekonała mnie siostra, która jest fanką takich programów. Nie zależało mi na przejściu za wszelką cenę. Wiem, że tam nie liczy się tylko, czy ktoś ładnie śpiewa, czy nie. Na sukces składa się wiele czynników - od dobrej interpretacji utworu, wyboru repertuaru, prezencji scenicznej, dobrej autoprezentacji, aż po oryginalny wokal i dobry warsztat. Nie obstawiałem wiec zwycięstwa, ale nigdy też go nie wykluczałem.

Może pomogło to, że poszedłeś na żywioł i na castingu stawiłeś się w ostatniej chwili.

Sadzę, że pewien luz i swobodna atmosfera przed i w trakcie castingu na pewno pomogły. Poza tym nie wiem, jak mógłbym bardziej się przygotować w momencie, kiedy dzień wcześniej grałem trzygodzinny koncert w jednej z sopockich knajp. Materiał miałem więc ograny.

Jak to jest, kiedy staje się przed jurorami? Idziesz tam z poczuciem własnych umiejętności, jednak na pewno jakieś niepewne myśli kołatają w głowie.

Tak, zdecydowanie castingi i przeglądy są znacznie cięższe niż zwykłe koncerty albo występy. Stres związany z tym, że kilka osób, które siedzi naprzeciwko i decyduje, czy dostanę się do programu, czy nie, jest znacznie większy niż towarzyszący przeciętnemu koncertowi. Osobiście nie polecam (śmiech).

Zobacz także: Janek Traczyk - cena za bycie sobą w telewizji jest wielka


Od zawsze ci, którzy nie wygrywali, robili większe kariery. Myślisz, że i tobie się to uda?

Tendencja nie jest aż tak jednoznaczna, bo znam wielu artystów, którzy wygrywali programy i nadal sobie świetnie radzą. Chociażby Enej, Brodka, Zalewski czy LemOn. Ale owszem, osoby z drugich rzędów talent show również potrafiły osiągnąć więcej.

Wydaje mi się, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi i korelacji z tym, że jeśli ktoś nie wygra, to ma większe szanse na osiągnięcie sukcesu. Aczkolwiek niewątpliwym plusem z zajęcia niższej lokaty był brak przymusu podpisania umowy z wytwórnią, która często jest bardzo niesprawiedliwa i w cale nie taka idealna, jak przeciętnemu widzowi się wydaje. Ludzie myślą "wygrał kontrakt płytowy, no to z górki". Problem polega na tym, że show-biznes, szczególnie w Polsce, wygląda znacznie mniej kolorowo.

Poza działalnością solową grasz jeszcze w zespole W8. To jest twój priorytet? Czy masz inną wizję na siebie?

Grupa W8 aktualnie odeszła odrobinę na drugi plan. Po pierwsze w Trójmieście jest problem z wynajęciem salki prób na rozsądnych warunkach, a musieliśmy opuścić naszą poprzednią i teraz znacznie rzadziej próbujemy, i spotykamy się w komercyjnych salach muzycznych.

Po drugie zaangażowałem się w projekt Black Jeans, którego większość członków stacjonuje w Warszawie. Dzięki "Idolowi" zauważył mnie Łukasz Szczęsny - pomysłodawca i lider zespołu. Pracujemy z czołowymi muzykami z Polski, takimi jak Sebastian Piekarek, gitarzysta IRY czy Bartek Pawlus, perkusista Braci.

Premierę płyty planujemy na jesień tego roku i dążymy do najwyższego poziomu.

Telewizja równała się zainteresowaniu ze strony wytwórni?

Owszem, dostałem propozycję kontraktu od Universal Music Polska, ale - jak wspomniałem wcześniej - jej założenia mnie nie satysfakcjonowały. Ponadto nie miałem autorskiego materiału w języku polskim, który wytwórnia chciałaby nagrać i wydać. Wiązałoby się to z propozycjami ze strony Universalu, które obawiam się, że mogłyby mi nie pasować.

Do tej pory występowałeś - jak sam to określasz - do kotleta. Koncerty nie były biletowane. Musiałeś dorabiać grając na ulicy. Sytuacja się poprawiła, czy dalej gdyńskie Wzgórze św. Maksymiliana to jedna z twoich scen?

Ależ ja nie musiałem! Ja chciałem. Sądzę, że rynek i gospodarka Trójmiasta są na tyle prężne, a koniunktura dobra, że znalazłbym bez problemu pracę w zupełniej innej branży i nie musiałbym grać na ulicy albo po knajpach.

Problem polega na tym, że ja uwielbiam grać na tak zwanym "streecie". Te tysiące osób mijających mnie przez kilka godzin grania, przede wszystkim na Wzgórzu, to naprawdę satysfakcjonująca publika. Ponadto można poznać fascynujących ludzi i wiele się nauczyć. Do tego to bardzo dobra forma treningu.

Sytuacja zaś cały czas się poprawia, teraz gra na streecie jest tylko dodatkową formą rozrywki i dorobienia. Gram też regularnie w trójmiejskich knajpach i pubach, ale coraz częściej występy mają charakter koncertowy, nie zaś akompaniujący.

16 czerwca będę miał przyjemność zagrać na imprezie w moim rodzinnym mieście, Łomży, z okazji sześćsetlecia nadania praw miejskich, a to nie pierwszy mój koncert w moich stronach, który zagrałem po "Idolu". Zatem, cytując klasyka: cały czas do przodu.

Gdyby nie poszło ci w muzyce, masz podkładkę w postaci ekonomii. Ale chyba nie widzisz się w garniturze, co?

Przezorny zawsze ubezpieczony. Po coś kończę te studia (śmiech). Ekonomia to zawsze dodatkowa furtka. Od tego roku akademickiego nawet pełnię funkcję wiceprezesa do spraw marketingu w Naukowym Kole Logistyki na Wydziale Ekonomicznym UG, tak że coś tam robię poza tą muzyką. Ale owszem, ciężko mi jest siebie wyobrazić na stanowisku spedytora... Niemniej jednak przez dwa lata byłem w radiu Uniwersytetu Gdańskiego MORS, gdzie nagrywałem audycje, wywiady, sondy, jingle. Na co dzień interesuję się historią, polityką, ostatnio nawet zacząłem czytać i oglądać programy związane z architekturą. Fascynuje mnie historia Trójmiasta i rodzinnej Łomży. Mam nadzieję, że w razie czego sobie poradzę, ale bardziej, że nigdy nie będę musiał rezygnować z muzyki.

Załóżmy, że jednak wszystko idzie po twojej myśli. Co teraz robisz, nad czym pracujesz i kiedy będzie można usłyszeć efekty?

Tak, jak wspomniałem, zespół Black Jeans to to, nad czym pracuję. Projekt wydaje się być wielce przemyślany i robiony od zupełnych podstaw, przede wszystkim ogromem pracy i wkładu Łukasza Szczęsnego.

Na tę chwilę polecam śledzić social media grupy, gdzie na bieżąco będziemy informować o postępach i nie tylko. Bo, być może, już niedługo - w ramach Black Jeans - będzie czekała na naszych odbiorców całkiem ciekawa niespodzianka.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (20)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

19

września

Wielcy Nieobecni światowego... Sopot, Państwowa Galeria Sztuki

27

września

Zespół Q Gdynia, Blues Club

29

września

Grupa MoCarta i Przyjaciele... Gdańsk, Filharmonia Bałtycka

Kultura

Bar mleczny "Słoneczny" w nowej odsłonie
Bar mleczny "Słoneczny" w nowej odsłonie
Monika Kaźmierczak gdańską carillonistką. Miasto przywraca stanowisko
Monika Kaźmierczak gdańską carillonistką

Kulinaria

Bezmięsne jedzenie na stacjach benzynowych
Bezmięsne jedzenie na stacjach paliw
Bar mleczny "Słoneczny" w nowej odsłonie
Bar mleczny "Słoneczny" w nowej odsłonie

Planuj z nami tydzień

Planuj tydzień: spokojniejszy czas
Planuj tydzień: spokojniejszy czas

    Najczęściej czytane