Wiadomości

Agata Półtorak: Dzieci są moimi przewodnikami - rozmowa z ilustratorką

Najnowszy artukuł na ten temat

Pogotowie Maryjne: na ratunek porzuconym dewocjonaliom

Agata Półtorak - ilustratorka, autorka książek dla dzieci i gawędziarka w swojej pracowni w Sopocie.
Agata Półtorak - ilustratorka, autorka książek dla dzieci i gawędziarka w swojej pracowni w Sopocie. fot. Edyta Steć/Trojmiasto.pl

Wbrew myśli znanego przysłowia, że cudze chwalimy, a swojego nie znamy, postanowiliśmy pokazać, że owszem - znamy i podziwiamy swoje. A dokładniej - nasze lokalne, trójmiejskie, a do tego wyjątkowe, oryginalne i znane nie tylko tutaj - ilustratorki książek. Głównie książek dla dzieci, ale i innych. Poznajcie je bliżej. Niedawno rozmawialiśmy z Anitą Głowińską, autorką słynnej serii o Kici Koci. Dziś spotykamy się z Agatą Półtorak - sopocką ilustratorką, autorką książek dla dzieci i gawędziarką.



Wydarzenia online w Trójmieście


Z Agatą Półtorak spotkałam się kilka miesięcy temu, gdy świat wyglądał zupełnie inaczej. Nasza rozmowa toczyła się wokół spraw typowo życiowych sprzed czasów epidemii. Artystka zaprosiła nas do pracowni w swoim mieszkaniu w Sopocie.

Przeczytaj także: Warto znać - słynne pisarki z Trójmiasta

Magdalena Raczek: Gdy dowiedziałam się, że pani mąż jest ornitologiem i rzeźbiarzem, zastanawiałam się, jak też może wyglądać pani pracownia. Czy macie wspólne miejsce do pracy, czy pracujecie osobno...?

Agata Półtorak: To jest nasza pracownia rodzinna. Poza rzeźbami męża są tu również obrazy córki, która pięknie rysuje kredkami ołówkowymi, co wymaga ogromnej cierpliwości. Jest tu wszystko, również moje szycie. Ostatnio lubuję się w przędzach wełnianych i filcowaniu, więc kłęby wełny też tutaj fruwają. Zawsze wydawało mi się, że najgorszymi brudasami są pastele, bo wszędzie się przyklejają, ale szmatki są o wiele gorsze - gdzie okiem sięgnąć jest pełno włókien. Kupiliśmy specjalnie pochłaniacz kurzu, żeby to jakoś opanować... Ale porządek jest u nas stanem krótkotrwałym (śmiech).

Czy inspirujecie się z mężem nawzajem w swojej pracy?

Bardzo dużo robimy razem, nawet niekoniecznie wspólnie, ale inspiracje się przenikają. Rozmawiamy o tym, nad czym pracujemy, mąż mnie inspiruje przyrodniczymi kwestiami, jest dla mnie przewodnikiem po świecie ptaków. Rośliny z kolei są naszą wspólną pasją. Podziwiam jego prace rzeźbiarskie, zwłaszcza to, jak potrafi w kawałku drewna zamknąć pierwiastek życia. To jest ogromny dar, że na siebie trafiliśmy.

Księgarnie w Trójmieście - działają online


A pani nad czym teraz pracuje?

Ostatnio, po fali tematów lekkich, łatwych i przyjemnych w książeczkach dla malutkich dzieci, borykam się z problemem trudnych tematów. Pracuję teraz nad książką o starym drzewie w kontekście nie tylko chronienia starych drzew, co jest bardzo ważne, ale też pod kątem starości jako takiej, przemijania, choroby. Bohaterem jest stary dąb, będący metaforą starości ludzkiej, jej mądrości, bagażu doświadczeń, bezinteresowności, jaką mają starzy ludzie - dają coś i nie oczekują nic w zamian, a ich koniec bywa bardzo smutny. U mnie ten koniec jest trochę inny, bo wierzę, że po śmierci nie odchodzimy stąd całkowicie. Stary człowiek zostaje tutaj w sumie jakichś doświadczeń, w dzieciach, wnukach, pod postacią schedy materialnej i niematerialnej. I to jest wartość, którą należałoby chronić i mówić o niej. Ta książka jest w głównej mierze oparta na ilustracji, dużo rzeczy jest w domyśle, chciałam, żeby słowo było prowokacją i pożywką do samodzielnego myślenia. Książka ma poetycki charakter, więc na pewno będzie problem ze znalezieniem wydawcy (śmiech).

To takie idealistyczne - praca nad projektem, który nie wiadomo, czy ujrzy światło dzienne...

Wydaje mi się, że nie jestem w tej kwestii wyjątkiem. Twórcy książki autorskiej nie zastanawiają się nad tym, czy to się spienięży, tylko po postu działają, bo czują, że muszą to zrobić. Potem się zobaczy, co będzie dalej. Ja nie płaczę nad niewydanymi książkami, bo uczę się, pracując nad nimi. To jest ważne dla mnie, to część mojego wynagrodzenia, ten dobrostan wewnętrzny i rozwój, który dostaję w zamian. W ogóle rzadko robię coś na zamówienie, jedynie ilustracje do czyjejś książki, natomiast autorskie projekty rodzą mi się z jakiegoś braku. Przeważnie podczas pracy z dziećmi rozmawiamy bardzo dużo i wtedy wychodzi, co jest dla nich ważne. I to mnie w jakieś strony popycha, inspiruje.

Wracając jeszcze do szmatek - jakimi technikami najbardziej pani lubi pracować?

Najbardziej lubię właśnie ilustrowanie szmatkami - są to wyklejanki z tkanin. Czasami obrabiam te kolaże tkaninowe w komputerze - sporo można wyciągnąć w programie graficznym. Ciekawostką jest to, że obrazki, którymi ilustrowałam "Szmatki z tęczowej szufladki", "Bee, mee i kukuryku" albo "Baraszkujemy!", nie mają oryginałów, bo je tylko układałam, żeby uniknąć spłaszczenia, jakie daje klej. Po prostu układałam i robiłam zdjęcie. Było to niesamowicie trudne, bo trzeba było uważać, gdy ktoś wchodził, żeby nie poprzesuwał mi niczego. Moja miłość do tkanin jest wielka. Bez przerwy też szyję zabawki, ciągle mi się wymyślają jakieś nowe.

Przeczytaj także: Do czytania i podziwiania. Literatura z Trójmiasta dla dzieci

Ale chętnie sięgam też po inne techniki. Farby na przykład dają szybszy efekt. Nie przepadam co prawda za akwarelami, ale zaparłam się na nie i widzę dużo możliwości, jakie dają. Akwarele są trudną techniką, bo nie da się naprawić za wiele, gdy się coś nie uda. Stąd mój pomysł, żeby je podrysowywać kredkami lub cienkopisami. Tak powstaje miszmasz, który pozwala uniknąć błędów. Bardzo lubię pastele olejne, chociaż są brudaśne, brudzą skaner okropnie, mażą się, są tłuste, ale dają soczystość i nasycenie.

Rękodzieło jest pani bliższe niż techniki cyfrowe?

Zdecydowanie rękodzieło, chociaż narzędzia nowoczesne są nieocenione. Robiłam książki rysowane na tablecie graficznym, ale nie powiem, żebym jakoś specjalnie lubiła tę technikę. Proces przy użyciu naturalnych mediów jest przyjemniejszy, mniej męczący i bardziej organiczny. Dla mnie to jest ważne.

Pochodzi pani z Warmii. Jak to się stało, że znalazła się pani w Sopocie?

Przypadkiem. Po studiach wyjechałam na rok do Kopenhagi do pracy, poznałam tam ludzi, którzy mają dom w Sopocie i zaproponowali mi wynajem pokoju, więc stwierdziłam, że spróbuję tutaj znaleźć pracę, tak się zaczepiłam. Ponieważ skończyłam pedagogikę, zaczęłam pracę z dziećmi i przez osiem lat pracowałam jako nauczyciel grup zerówkowych i przedszkolnych. To dzięki tym latom poznałam dość dobrze psychikę i potrzeby małych dzieci. W międzyczasie cały czas rysowałam, chodziłam do pracowni plastycznej. Jestem samoukiem, wszystkiego nauczyłam się sama. Jednak nie żałuję w ogóle, że poszłam na pedagogikę a nie na ASP, bo świat dziecięcy otworzył mi niesamowitą przestrzeń do działania. I to wszystko, co robię teraz, jest związane z dziećmi. Wszystko kręci się wokół dzieci i ich potrzeb.

Dziecięca wrażliwość jest pani bliska?

Tak, i  jestem pewna, że dziecko we mnie nie umarło. Jest we mnie chęć do zmyślania, wymyślania różnych historii i do zabawy. Zresztą to, co tworzę, obrasta natychmiast w historię. Jeśli robię ilustracje czy laleczkę, to w trakcie procesu twórczego mam już w głowie historię z tym związaną.

A jak wyglądało pani dzieciństwo?

Miałam dzieciństwo porównywalne z perypetiami bohaterów "Dzieci z Bullerbyn". Ja i moje rodzeństwo mieliśmy niesamowitą wolność. To, że czuliśmy się tak bezpiecznie w otoczeniu pól i lasów, zdani na siebie, bo dorośli byli zajęci różnymi sprawami, było niesamowite. Jednak moi rodzice, jakkolwiek bardzo zapracowani, znajdowali czas na czytanie nam, m.in. książki Astrid Lindgren, "Przygody Tomka Sawyera" czy serię przygód Tomka Wilmowskiego. Lektury czytane mojemu starszemu rodzeństwu, mimo że wielokrotnie ich nie rozumiałam, były bardzo fascynujące. Z kolei tata czytał nam stare baśnie i klechdy, gdzie roiło się od diabłów i strasznych postaci. Wywarły one na mnie taki wpływ, że nie zapomnę tego do końca życia (śmiech). Ale uważam, że bardzo potrzebne są nam wszystkie uczucia, które wywołuje literatura: lęk, obawa czy motyw śmierci w "Mio, mój Mio". To były rzeczy, które długo nosiło się w sercu i do nich wraca. Myślę, że to jest coś, co faktycznie kształtuje.

Dziś książki dla dzieci często są również książkami dla rodziców, którzy nie wiedzą, jak rozmawiać z dziećmi na ważne i trudne tematy albo nie mają narzędzi do tego.

Zdecydowanie, ale wydaje mi się, że ta trudność jest u nas naleciałością kulturową, dlatego że narzędzia by się znalazły dla kogoś, kto szuka. Przy odrobinie twórczego myślenia nawet samemu można je stworzyć. Tyle tylko, że my chcemy chronić dzieci. Jest przekonanie, że dzieci nie powinny za dużo wiedzieć o śmierci, o chorobie, o przemijaniu. Widzę, jak dzieciaki są tak przykrywane, chronione, a potem jednak gdzieś konfrontują się z tym wszystkim i są bardzo ciekawe, wręcz niezdrowo. Ale ludzie robią to z lęku. Boimy się tego, czego nie znamy, a ponieważ boimy się, nie chcemy poznać, i koło się zamyka, nie możemy z tego wyjść.

Jak to się stało, że z zawodu pedagoga weszła pani w świat ilustracji?

Z głodu i niedosytu (śmiech). Zawsze rysowałam, malowałam, wymyślałam historie, pisałam też wiersze. W pewnym momencie, gdy pracowałam jako nauczyciel, moje drogi zeszły się z wydawnictwem Harmonia. Pokazałam im swoje ilustracje, i zaczęłam dla nich ilustrować książki napisane przez ich autorów. Tych książek było bardzo dużo w pewnym momencie, a jako że wszystko, co wykonuję, staram się robić całą sobą, to zauważyłam, że nie starcza mi czasu na wszystko. Musiałam coś wybrać, więc okroiłam pracę z dziećmi tylko do zajęć plastycznych. Do tej pory prowadzę w paru placówkach te zajęcia, więc kontakt z dziećmi cały czas mam i to jest moja pożywka.

Kim pani bardziej lubi być: ilustratorką, pisarką, gawędziarką czy pedagogiem?

To trudne pytanie, bo ja lubię wszystkie te funkcje. Mało tego, ciągle wymyśla mi się coś jeszcze innego i tak co parę lat widzę w sobie narastającą potrzebę, żeby spróbować czegoś nowego. To ciągle jest w procesie, nie zatrzymuje się i pewnie się nie zatrzyma. Ale wszystko jest dla mnie ważne: i ilustrowanie, i tworzenie, i kontakt z dziećmi. Nie wyobrażam sobie, żebym odcięła się od dzieci i nadal miała dla nich tworzyć, nie byłoby takiej świeżości, którą mam dzięki kontaktowi z nimi. Bardzo dużo się uczę od dzieci, to są moi przewodnicy. Wsłuchuję się w to, co one robią, czego chcą, i bardzo mi to pomaga.

A skąd fascynacja baśniami poza tym, że z domu rodzinnego?

Zaczęło się od tego, że miałam przyjemność posłuchać, jak opowiada "Baśnie Ludów Ziemi" Magda Polkowska. Bardzo mnie zainspirowało to, jak ona opowiada, chociaż w zupełnie innym stylu, bo to są baśnie dla dorosłych, wymyślane przez nią. Ja sięgnęłam po źródła tradycyjne, i do tej pory wyszukuję starych baśni w źródłach antykwaryjnych. To pewnie też wynikło z mojej naturalnej potrzeby gadania, opowiadania, wymyślania. Ta praca słowem zaczęła się już, gdy prowadziłam autorskie warsztaty przyrodniczo-twórcze "Ziemia mama" w księgarni Ambelucja. Zauważyłam, że ludzie niesamowicie reagują na autentyczność przekazu: słowo mówione trafia do nich zdecydowanie silniej niż słowo czytane. Już wtedy pomyślałam, że opowiadanie, nie czytanie, jest czymś wspólnotowym. W tych miejscach, w których od paru lat opowiadam w Trójmieście, wytworzyły się takie wspólnoty.

Jak się tutaj, w Sopocie, żyje ilustratorce i autorce książek dla dzieci? Czy lokalna przestrzeń jest przyjazna?

Trójmiasto to bardzo otwarta przestrzeń dla twórców. Moja potrzeba działania lokalnego związana jest z ekologią głęboką, która gdzieś mi w sercu gra, wręcz jak religia. Wierzę w bioregionalizm - to, jak my się ukorzeniamy w jakimś miejscu i ile dobra dajemy lokalnie, ma namacalny wręcz wpływ na jakość naszego życia. Ja tego właśnie doświadczam. Tutaj jest dużo możliwości i jeżeli się zaczyna działać, to wytwarza się sieć powiązań, takich nici, które łączą z innymi ludźmi działającymi w sferze kultury i inspirują się nawzajem. Nawet jeśli nie robią czegoś razem, to zarażają się różnymi pomysłami i to jest bardzo fajne.

A jaki jest trójmiejski rynek wydawniczy - chłonny, otwarty czy wręcz przeciwnie?

Jest bardzo duża konkurencja na rynku ilustratorskim. Mnóstwo młodych, zdolnych, wykształconych osób, z orężem bardzo dobrej znajomości przeróżnych programów graficznych pojawiło się na rynku i świetnie robią to, co robią. Dlatego ciężko jest się przebić ze swoimi pomysłami. Wydawcy też są bardzo ostrożni, bo książka to jest duża inwestycja i odpowiedzialność. Nie dziwi mnie, że ileś tam pomysłów mam w komputerze i one leżą i czekają. Zresztą, np. "Bajki z dna Bałtyku" czekały na wydanie dziewięć lat.

Przeczytaj także: Wspaniała lekcja przyrody. O "Bajkach z dna Bałtyku"

Ile jeszcze takich książek tak czeka?

Z sześć, siedem, może nawet więcej, bo niektóre projekty są rozpoczęte i po próbnym rozeznaniu i reakcji wydawców, zarzuciłam niektóre pomysły, chociażby projekt o bezdomności. Może ten projekt musi dojrzeć, może ja muszę coś jeszcze z tym zrobić, nie wiadomo. Jest też cykl książeczek dedykowanych malutkim dzieciom, ilustrowanych tkaninami w taki sposób, że każda książeczka jest w innym odcieniu jakiegoś koloru. Do tego jest dość prosty tekst, ale z przesłaniem, ale to też jest stara rzecz.

Jak się pani odnajduje jako ilustrator, czyli ktoś, kto ilustruje już gotowy tekst?

To bardzo przyjemne, a jednocześnie to duże wyzwanie, bo często autor ma wpływ na proces tworzenia. Wielokrotnie autor prowadził mnie w tworzeniu ilustracji. To doświadczenie, które nauczyło mnie pokory, bo to, co mi się wydawało jedyne słuszne, niekonieczne musiało być dobre. Autor, nawet jeśli sam nie rysuje, ma w głowie konkretną wizję i próbuje na nią naprowadzić. Jest to spora trudność, ale i przyjemność i satysfakcja, gdy już się to uda.

Co jest w takim razie ważniejsze: słowo czy obraz?

Chyba jednak słowo. Jestem pasjonatką kontaktu z ludźmi, uwielbiam ludzi. W trakcie rozmowy, kiedy widzę twarz, widzę emocje, to ilustracje mam w głowie. Tyle da się zawrzeć w niewerbalnym porozumieniu, gdy ktoś nie odpowiada, tylko patrzy - to jest nić porozumienia. I na pewno na początku było słowo, tak biblijnie odpowiadając, trochę nie w moim stylu. To taka atawistyczna tęsknota u ludzi za kontaktem werbalnym.

Jak konfrontuje się pani z krytyką?

Krytyka zawsze była, jest i będzie. W jakimś wymiarze warunkuje rozwój i zapobiega zadufaniu w sobie. Poza tym jest kwestia różnorodności i tego, że różne rzeczy nam się podobają. Otoczenie się blichtrem sławy odbiera elementarną radość, jest w tym ryzyko zatrzymania się i oklapnięcia. Jest to ważne oczywiście, ale jestem daleka od delektowania się osiągnięciami i nie jest to cel dla mnie.

Co jest zatem celem?

Droga. Zdecydowanie droga. I ludzie. Kiedyś wydawało mi się, że jestem typem samotnika, jako dziecko byłam bardzo wycofana, nieśmiała, nie powiedziałabym, że będę stawać przed ludźmi i opowiadać. To było wyzwanie, musiałam to przepracować. Wtedy zobaczyłam, jak kocham ludzi. Ważne, żeby być w procesie, nie zatrzymać się, ciągle czegoś od siebie wymagać. Jedna rzecz powinna pociągnąć kolejne. Sensem dla mnie jest droga, a nie to, co osiągnę.

Agata Półtorak - rocznik 1971, z urodzenia Warmianka, od wielu lat związana z Sopotem, gdzie mieszka z mężem i córkami. Ilustratorka, autorka książek dla dzieci i gawędziarka, z wykształcenia nauczyciel nauczania początkowego. Od 2003 r. wykonuje ilustracje do książek, podręczników, materiałów dydaktycznych. Ma ich już ponad 40 w swoim dorobku, jak również książki autorskie. Współpracuje z wydawnictwami: Harmonia, Marpress, Operon, BEA, Zielona Sowa, Literatura i GWP. Stale pracuje z dziećmi i rodzinami, prowadząc warsztaty literacko-plastyczne i gawędziarsko-twórcze oparte na ludowych baśniach z różnych stron świata, które opowiada w technice teatru Kamishibai. W wolnych chwilach tworzy drobne rękodzieło, głównie obrazy z tkanin i zabawki szyte ręcznie. Rękodzieło i obrazy Agaty Półtorak można obejrzeć i kupić na jej profilu fb.

Opinie (13)

Wszystkie opinie

  • Piękna, ciekawa, nieszablonowa kolorystyka prac p. Agaty

    Poleciłabym, jeśli można, by pracowała Pani przy biurku ,,z innego boku"- tak, by mieć światło z lewej strony (jak widzę jest Pani praworęczna) - zdrowe oczy starczą na dłużej :)

    • 2 0

  • Ciepłe wnętrze,dużo książek..

    Piękna dusza

    • 10 0

  • Dorośli, zawsze pamiętajcie o tym, że to Wy jesteście przewodnikami dla dzieci (2)

    nie odwrotnie. To dorośli objaśniają dzieciom świat. A co do sformułowań - dziecko we mnie nie umarło, to w dorosłości nie chodzi o to, żeby zapominać, że się było dzieckiem. Natomiast dzieciństwo nie wróci, i nie wszystkie dzieci zmyślają. Słowa dzieci także należy traktować poważnie.

    • 4 0

    • Dużo dzieci zmyśla, niestety, można to nawet nazwać, że kłamią, bo chcą być lepsze w oczach innych dorosłych niż rodzice- (1)

      dotyczy rodziców nie angażujących się w wychowanie dziecka.

      • 2 0

      • To prawda, że zmyśla

        Ale właśnie jest tu odpowiedź po co. Nie chodzi o zmyślanie, czyli fantazjowanie, tworzenie historii, baśni, odgrywanie scenek Dotyczy to dzieci, które chcą zwrócić na siebie uwagę rodziców czy innych dorosłych, bo są tak zaniedbane, że uciekają się do kłamstwa. Chodzi o to, że dzieci czasami spotykają straszne rzeczy, w które dorosłym ciężko jest uwierzyć, a niestety to bywa prawdą.

        • 0 0

  • Baraszkujemy i Szmatki z tęczowej szufladki

    to jedne z najlepszych książeczek jakie mamy:)

    • 5 0

  • Pani prowadziła świetne zajęcia u nas w szkole dla dzieci, prawdziwa pasjonatka.

    • 3 0

  • Dobra Pani (3)

    dobra ilustratorka, dobre książki, dobre wnętrze, dobry mąż

    • 5 0

    • (2)

      ...dobry kot

      • 5 0

      • (1)

        ..dobry wpis

        • 2 0

        • ...i dobre laleczki

          • 1 0

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

29

września

02

października

10 Tenorów Gdańsk, Filharmonia Bałtycka

03

października

Święto Hal Targowych w Gdyni Gdynia, Hala Targowa

Kultura

Koncert skrzypcowy w zaskakującej scenerii
Koncert w zaskakującej scenerii
Roztańczony introwertyk. Artur Rojek w Starym Maneżu
Rojek w Starym Maneżu

Kulinaria

Nowe lokale: sushi, vongole i tatarskie smaki
Nowe lokale: sushi, vongole i tatarskie smaki
Szampańsko i rybnie. Kolacja komentowana w Grand Blue
Kolacja komentowana w Grand Blue

    Najczęściej czytane

    Sprawdź się

    Zespołem zaliczanym do Gdańskiej Sceny Alternatywnej jest: