Wiadomości

Ania Świątczak: o powrocie do Ich Troje i życiu w Gdańsku

Nowe włosy, odświeżony wizerunek, dobra energia. Po 10 latach przerwy Anna Świątczak wraca do zespołu Ich Troje. Czy to będzie nowy rozdział w jej życiu?
Nowe włosy, odświeżony wizerunek, dobra energia. Po 10 latach przerwy Anna Świątczak wraca do zespołu Ich Troje. Czy to będzie nowy rozdział w jej życiu? fot. Wojtek Biały

Kiedy w mediach gruchnęła wiadomość o tym, że wraca do zespołu Ich Troje, życie Ani Świątczak ponownie przyspieszyło jak rollercoaster. Decyzja zbiegła się z jubileuszem 25-lecia istnienia zespołu. Jak wyglądało ostatnie 10 lat życia wokalistki? Kto pomógł jej przetrwać trudny czas? I dlaczego to właśnie Gdańsk stał się jej domem?



Najbliższe koncerty w Trójmieście


Justyna Michalkiewicz-Waloszek: Pochodzisz ze Śląska, a większość dorosłego życia spędziłaś w Warszawie. Dlaczego trzy lata temu przeprowadziłaś się do Gdańska?

Dom jest tam, gdzie jesteśmy razem z rodziną, gdzie mamy swoje ukochane przedmioty i ulubiony kubek.
Ania Świątczak: Od zawsze uwielbiałam Trójmiasto, a szczególnie Gdańsk. Pamiętam, jak rodzice zabierali nas tutaj, nad morze. Gdańsk był dla mnie wówczas takim odległym punktem na mapie. Czasem relaksu i wypoczynku. To fantastyczne miejsce do życia. Czujemy się tutaj jak na przedłużonych wakacjach. 

Przeprowadzka na Wybrzeże była związana z potrzebą wyciszenia?

W 2016 roku nagrywałam program dla telewizji z Gdyni. Przyjeżdżałam do Trójmiasta na kilka dni w miesiącu, a następnie wracałam do Warszawy. Decyzja o przeprowadzce przyszła więc do nas naturalnie. Nagle wszystko zaczęło się składać w jedną całość. Po przeprowadzce nadal krążyliśmy, z Gdańska do Warszawy, ale takie jest życie muzyka. Opracowaliśmy z mężem trasę "siódemkę" do perfekcji.

Gdzie dzisiaj jest twój dom?

To bardzo trudne pytanie. Dom zawsze jest tam, gdzie moja rodzina. Kiedyś był to Śląsk, później Warszawa. Mimo że Warszawę traktuję bardzo emocjonalnie - w końcu mieszkałam tam aż 23 lata - bardzo szybko odnalazłam się w Trójmieście. Dom jest tam, gdzie jesteśmy razem z rodziną, gdzie mamy swoje ukochane przedmioty i ulubiony kubek.

W związku z powrotem do zespołu Ich Troje przeprowadzasz się ponownie do Warszawy. Myślisz, że kiedyś do nas wrócisz?

Jako 43-letnia kobieta staram się nie używać słów: "zawsze" i "nigdy", bo wiem, jak szybko wszystko potrafi się zmienić.
Jako 43-letnia kobieta staram się nie używać słów: "zawsze" i "nigdy", bo wiem, jak szybko wszystko potrafi się zmienić. Zawodowo łatwiej na pewno jest w Warszawie i mieszka tam tata moich dzieci. Z drugiej strony dzisiaj wynajmujemy mieszkanie w Oliwie. To miejsce jest przepiękne - łączy w sobie uroki miejskiego życia i lasu. Kiedy wychodzę na spacer z psem, czuję, jakbym była na innej planecie. To otoczenie dobrze na mnie wpływa. Bardzo chciałabym tu kiedyś wrócić, ale czas pokaże.

Mówią, że kiedy kobieta zmienia fryzurę, zmienia całe swoje życie. Wróciłaś do blond włosów, odświeżyłaś swój wizerunek. To jasny sygnał dla świata, że szykuje się nowy rozdział?

Przeprowadzka do Warszawy, dwie nowe szkoły dla dziewczynek, powrót do zespołu Ich Troje - to są oczywiście duże zmiany. I wiem, że medialnie wygląda to jak totalny przełom w moim życiu, ale nie do końca tak jest. Z Michałem współpracujemy już od roku. Występuję gościnnie na jego koncertach akustycznych. Od jakiegoś czasu zajmuję się również sprawami formalnymi zespołu. W moich oczach nie ma więc nowego rozdziału, jest kontynuacja. Zmianą jest na pewno ponowne zainteresowanie medialne wokół mojej osoby.

Nigdy nie było we mnie zgody na tzw. cenę popularności. Obrażanie innych w mediach jest po prostu chamskie.
Brakowało ci popularności przez ostatnie 10 lat?
 
W ogóle! Okoliczności odejścia z zespołu wiązały się dla mnie z dużą raną. Potrzebowałam spokoju. Uwielbiam ludzi i kocham muzykę, więc przez te 10 lat grałam solowe koncerty, które były silnie związane z moją wewnętrzną przemianą. Byłam i jestem wdzięczna Bogu, że mogłam to robić. Na mniejszych scenach jest mniejszy zasięg, ale większa interakcja z publicznością. Bardzo to cenię. Duże sceny też mają swoją magię.

Za popularność zapłaciłaś wysoką cenę?

Nigdy nie było we mnie zgody na tzw. cenę popularności. Obrażanie innych w mediach jest po prostu chamskie. Cieszę się, że dzisiaj mówi się o tym głośno. Ja też mówię głośne nie.

Czy kiedykolwiek uwierała cię łatka "Ani z Ich Troje"?

Daj Boże, żeby to była łatka Ani z Ich Troje. Ja jestem po prostu trzecią żona Michała Wiśniewskiego. Już się z tym pogodziłam. Nie jest to oczywiście superfajne, ale taka jest prawda. Tak, byłam trzecią żoną Michała Wiśniewskiego. Przypomina mi się rozmowa z Michałem z 2003 roku, kiedy zdecydowałam, że przyjdę do zespołu. Michał powiedział mi wówczas - Aniu, zespół da ci twarz, ale da ci też garb. I tak właśnie jest. Nie powiem, że mi to bardzo przeszkadza i że łzy nad tym ronię, ale mam tego świadomość. Ich Troje to była niezła szkoła - wokalna, techniczna i życiowa.

Aniu, wróćmy do przeszłości. Jakie jest twoje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa związane ze śpiewaniem?

Krystyna Prońko i teledysk do piosenki "Jesteś lekiem na całe zło". Jako dziecko próbowałam go odwzorować. Brałam wełnianą suknię mamy i występowałam przed rodziną. Później, po jednym z przedszkolnych konkursów wokalnych, pani ze szkoły muzycznej zaproponowała mojej mamie, abym równolegle uczyła się muzyki. Tak trafiłam do klasy skrzypiec.

Miałaś swoich idoli?

Najpierw była Krystyna Prońko, później Grażyna Łobaszewska. No i oczywiście Michael Jackson. Byłam fanką jego rytmiki. Później przyszła miłość do Depeche Mode i enigmatycznego głosu Davida Gahana. Od początku stawiałam na barwę w głosie, a nie na tzw. skille, których zresztą nie miałam.

Próbował ktoś ciebie odwieść od muzycznej drogi?

Czułam, jakby mi ktoś dywan spod nóg zabierał. W związku - afera. Zawodowo - afera. W życiu prywatnym - afera! I nic nie pomagało. Kiedy już zabrali mi wszystkie dywany, wpadłam w bagno po pachy. Stałam tam utaplana i nie widziałam pomocy.
Na nieszczęście nie spotkałam nikogo, kto by mi powiedział, że to nie ma sensu (śmiech). Pochodzę z muzycznej rodziny, więc muzyka towarzyszyła mi od zawsze. Od kiedy pamiętam, zakładałam zespoły - w okresie buntu był to punkrockowy "Kurki Z Jednej Dziurki". Muzyka była światem równoległym. Dzięki niej szukałam siebie, lepiłam nią różne dziury i deficyty, przeżywałam radości. Pamiętam pierwszy policzek, gdy próbowałam dostać się do Akademii Muzycznej w Katowicach. To był rok, w którym dostała się wspaniała Ania Szarmach. Mnie nie przyjęli. Nawet przez chwilę nie myślałam, żeby się wycofać. Nigdy nie traktowałam muzyki jako czegoś, co ma mnie dokądś zaprowadzić. To był mój sposób na podzielenie się emocjami ze światem, a nie droga do...

Skoro już mówimy o drodze, jak wygląda twoja droga życiowa? Jest dużo zakrętów?  
 
Jestem dość krnąbrną osobą i czasami sama sobie przeszkadzam. Ciągle czegoś szukam, ciągle coś mi nie pasuje, przeszkadza. Nie godzę się na wszystko. Moja droga jest więc mocno wyboista, pełna zakrętów i poszukiwań. W tej swojej krnąbrności mocno wierzę, że musi być coś więcej, że gdy już zarobimy, zjemy i się wyśpimy, to musi być coś jeszcze. Bo o co mielibyśmy wówczas walczyć każdego dnia? W trakcie tych moich poszukiwań były porażki, upadki, wywracanie stołu do góry nogami.

Przeszłaś dużą przemianę wewnętrzną w ciągu ostatnich 10 lat.

Czułam, jakby mi ktoś dywan spod nóg zabierał. W związku - afera. Zawodowo - afera. W życiu prywatnym - afera! I nic nie pomagało. Kiedy już zabrali mi wszystkie dywany, wpadłam w bagno po pachy. Stałam tam utaplana i nie widziałam pomocy. Zaczęłam odzierać się ze wszystkich swoich masek i pytać - co teraz? Wtedy poznałam przyjaciółkę, która pokazała mi Biblię. Zaczęłam ją czytać w bardzo praktyczny sposób i znalazłam mnóstwo wskazówek dotyczących życia. Zrozumiałam, dokąd zmierzamy, i to właśnie Bóg nadał mi sens życia. Wciąż mam wiele pytań i szukam odpowiedzi, ale dzisiaj już wiem, kogo pytać.

Co widzisz przed sobą na tej drodze?

Przynajmniej taki sam kawał, jaki już przeszłam. Idę pewniej, a droga jest prosta. Pewnie, że wciąż jest trochę bałaganu dookoła, ale przynajmniej wiem, dokąd idę.

Dokąd idziesz?

Do wieczności.

A co tam znajdziesz?

W Biblii jest napisane, że będzie fajnie (śmiech). Nie będzie łez, nie będzie trosk.

Dzisiaj, gdy zapytasz, zawsze znajdziesz odpowiedź? 
   
Żyjąc z Bogiem, nie musisz żyć po cichu. Jednych Bóg zastaje w kościele, innych w salonie tatuażu.
Tak, chociaż nie zawsze chcę ją przyjąć. I tutaj wychodzi ta moja krnąbrność. Myślę sobie - czekaj, czekaj... czy ja nie jestem w stanie tego lepiej wymyślić? Codziennie się modlę, więc ten kontakt jest obustronny. Nie wręczam listy próśb, potrzeb i oczekiwań, ja po prostu rozmawiam. Nie zawsze jest to łatwe, ale będąc z Bogiem - żyję odważniej i na pełnej parze.

Nie masz w sobie żadnego żalu?

Mam 43 lata. Mieszkam w wynajmowanym mieszkaniu. Nie zdobyłam Grammy, nie zdobyłam Oscara. Mogłabym sobie pomyśleć, tak po ludzku, że spaprałam po drodze to swoje życie, ale tak nie czuję. Mam oczywiście swoje pragnienia, ale nawet bez tego potrafię żyć pełnią. Mam w sobie spokój.
 
Czy powrót na dużą scenę, życie w Warszawie, zainteresowanie mediów - to wszystko nie jest sprzeczne z twoim podejściem do życia?
 
Żyjąc z Bogiem, nie musisz żyć po cichu. Jednych Bóg zastaje w kościele, innych w salonie tatuażu. Pycha zaczęłaby się wtedy, gdybym mówiła, że wszystko, co mam, zawdzięczam wyłącznie sobie. Lepiej brzmiałoby w wywiadach, gdybym mówiła, że przeszłam przez terapię i odnalazłam w sobie siłę. Ale ja wiem, że to nie moja zasługa. Świat muzyczny to mój świat od zawsze. Na dużej scenie zmienia się jedynie kwestia zasięgów. Muzyka jest dla mnie narzędziem do rozmowy z innymi ludźmi. A pieniądze? Znam mnóstwo ludzi, którzy mają piękne domy, dużo pieniędzy i nie popadają w pychę. Gdy trzeba pomóc, zawsze są gotowi.

Z domu rodzinnego do Warszawy wyprowadziłaś się w wieku 19 lat. Dzisiaj, jako mama nastoletnich córek, myślisz, że to był dobry moment czy jednak trochę za wcześnie?

Pochodzę z małej miejscowości, więc doskonale wiedziałam, że po liceum wyprowadzę się do większego miasta, przynajmniej 100 km od rodzinnego domu. Opuszczenie domu było trudne, ale nie uważam, żeby wydarzyło się zbyt wcześnie. Jako mama mocno oswajam się z myślą, że moje dzieci też mogą wyfrunąć, a liceum to ostatni moment, kiedy mam na nie realny wpływ. Chociaż i tak coraz mniejszy (śmiech).

Ich Troje - zdjęcia z koncertu w Sopocie



Jaka była Ania, kiedy zaczynała przygodę z zespołem Ich Troje?

Trochę oswojona, bo od kilku lat śpiewała już w chórkach, ale wciąż mocno wystraszona tak dużą sceną. Kiedy zaczynałam przygodę z Ich Troje, w kręgach muzycznych o zespole mówiło się, że jest "fuj", że "nikt tego nie słucha", a "Powiedz" nikt nie zna. Decyzja nie była dla mnie łatwa. Byłam mocno kameralna, a tutaj czekała mnie scena, na której dzieje się wszystko - deszcz, stroje, motory... Przez pierwszy rok wychodziłam z onieśmielenia. Zwłaszcza że wtedy numerem jeden była Justyna Majkowska i nagle zastąpiła ją nikomu znana dziewczyna. Niesienie tego zastępstwa na plecach było dla mnie trudne. W międzyczasie wydarzyło się coś, co zmieniło mnie całkowicie - zostałam żoną lidera zespołu. Michał był zawsze bardzo otwarty na media, a ja próbowałam nadgonić go małymi kroczkami. Byłam jak wystraszony ptak.

A jaka była Ania po siedmiu latach, gdy odchodziła z zespołu?

Zawodowo odchodziłam pewniejsza siebie. Ze świadomością, że jest grono osób, które chce mnie słuchać. Odchodziłam nauczona rzemiosła, z poczuciem, że dałam radę, ogarnęłam! Prywatnie było natomiast dużo gorzej. Jeżeli zaglądają nam do domu, chcemy pokazać, że jesteśmy ładni, silni i że wszystko jest OK. A jak dobrze wiemy, nie było OK.
  
A jaka Ania wróci teraz, po 10 latach oddechu?

Wszyscy jesteśmy dojrzalsi. Nasze rozmowy i występy akustyczne uświadomiły mi, że każdy z nas poszedł dalej na ścieżce zawodowej i prywatnej. Przez ten czas zmieniło się wszystko - pojawiło się wielu młodych i zdolnych w branży, zmieniły się nośniki, nasi odbiorcy. Ich Troje to 25-letnia historia ludzi. Kiedyś 10-letnich dzieciaków, którzy skakali na koncertach, dzisiaj dojrzałych już ludzi, którzy przychodzą na koncerty ze swoimi dziećmi. Ich Troje to sentymenty i wspomnienia. Mieliśmy okazję porozmawiać z zespołem o starych czasach i utorować nową drogę, która, nie wiadomo, dokąd nas zaprowadzi. Mam jednak poczucie, że wszystko jest gotowe, żeby działać. Szczerze cieszymy się tym jubileuszem.

Ich Troje ewoluuje? Będzie powiew świeżości?
 
Ich Troje to zawsze będzie Ich Troje. To są zawsze wielkie piosenki, gesty z rozmachem, bogate choreografie. To właśnie dlatego możemy obchodzić jubileusz 25-lecia. Co będzie - nie wiem. Na razie żyjemy jubileuszem, który z powodu pandemii prawdopodobnie będziemy musieli przesunąć na przyszły rok. A plany były naprawdę wielkie - 10 amfiteatrów, koncert w Operze Leśnej w Sopocie, transmisje w telewizji, premiera 10 płyty.

Jakie masz Aniu marzenia?

Chciałabym kiedyś tu wrócić, do Gdańska. Kolega grafik, który przeprowadził się przede mną z Białegostoku, powiedział: "Ania - zobaczysz, będziesz tu zupełnie inne dźwięki pisała". I miał rację. Trójmiasto jest bardzo inspirujące. W moim odczuciu nie ma drugiego tak niezwykłego miejsca na mapie Polski.

Jest coś, czym chciałabyś się z nami podzielić, puentując tę rozmowę?

Kiedyś przeczytałam hasło na murze, które utkwiło w moim sercu, a brzmiało tak - "Nie powiedziałem, że będzie łatwo. Powiedziałem, że będzie warto - Bóg".

Ich Troje w klubie Scena w Sopocie - Nocne życie Trójmiasta:

Materiał archiwalny z 2016 roku

05

lipca

Samochodowe Kino Ferment: G... Gdańsk, Sopot, Ergo Arena

05

lipca

Restaurant Week Trójmiasto,

Kultura

Mija termin zwrotu tablic z postulatami Sierpnia '80. ECS ich nie odda
ECS nie odda tablic z 21 postulatami

Kulinaria

Gdzie w Trójmieście spróbujemy kaszubskiej kuchni?
Kaszubska kuchnia w Trójmieście
Slow Fest Sopot: trwa kulinarny festiwal na Molo
Trwa Slow Fest Sopot na Molo

    Najczęściej czytane

    Sprawdź się

    Jakie zwierzę chwilę po wyjściu ze schronu na powierzchnię zobaczyli bohaterowie "Seksmisji"?