Wiadomości

Blisko nokautu. Recenzja filmu "Mortal Kombat"

Makabryczne egzekucje i tryskająca na ekranie krew to z pewnością znak rozpoznawczy jednej z najbrutalniejszych komputerowych bijatyk. Jeżeli ktoś przy "Mortal Kombat" wyrabiał nadgodziny w salonie gier lub wciskał mordercze kombinacje klawiszy na domowym pececie w tajemnicy przed rodzicami, ten w filmie Simona McQuoida odnajdzie sporo z tej gaminowej ekscytacji. Pozostałym widzom nowa filmowa wersja kultowej gry będzie raczej kojarzyć się z produkcją klasy B, w której na fabule dokonano bolesnego "fatality".



Na początku lat 90. programista Ed Boon i scenarzysta John Tobias postanowili rzucić wyzwanie gigantom z Capcom i ich przebojowej grze "Street Fighter II", która na świecie opanowała niemal każdy salon z automatami. Stworzony przez duet projekt pod nazwą "Mortal Kombat" błyskawicznie zepchnął największego rywala z pozycji lidera komputerowych bijatyk. I nawet jeśli komuś nie przydarzyło się wcielić w Liu Kanga czy Johnny'ego Cage'a, to o "Mortalu" i tak usłyszał. Choćby kilka lat później za sprawą rytmicznej melodyjki, która jako monofoniczny dzwonek była hitem wśród posiadaczy mało poręcznych wówczas telefonów komórkowych.

Słynny muzyczny motyw pochodził oczywiście z pierwszej ekranizacji gry z 1995 roku, której realizacyjny kicz nie odebrał statusu kultowej produkcji wśród fanów kina akcji. Autorzy tegorocznej wersji mierzyli się więc nie tylko z legendą gry, lecz zarazem dysponowali znacznie większymi możliwościami niż Paul W.S. Anderson. I nie chodzi tylko o kilkunastokrotnie większy budżet. Drastyczne zawyżenie kategorii wiekowej pozwoliło twórcom nowego "Mortal Kombat" na większy realizm, którego brak zarzucano z kolei ekipie sprzed ponad 25 lat. Czy zatem Simonowi McQuoidowi powiodła się misja ubrutalnienia filmowego "Mortala"? Oj tak. Nowa wersja to skąpana we krwi demonstracja przemocy, której oczekiwali fani serii.

Wykorzystanie "fatality", sięgnięcie po wielu, czasami nieoczywistych bohaterów gry, kilka udanych nawiązań do oryginału i świetna scena otwarcia to największe atuty nowego "Mortala". Lista zarzutów niestety jest znacznie dłuższa.
Wykorzystanie "fatality", sięgnięcie po wielu, czasami nieoczywistych bohaterów gry, kilka udanych nawiązań do oryginału i świetna scena otwarcia to największe atuty nowego "Mortala". Lista zarzutów niestety jest znacznie dłuższa. mat. prasowe/ Warner Bros.
Przy remake'u "Mortal Kombat" z 1995 roku wygląda jak familijna disneyowska produkcja na niedzielne popołudnie przy szarlotce i kakao. Twórcy tegorocznego tytułu rzucają mięsem dosłownie i w przenośni, nie szczędzą swoim postaciom bolesnych tortur, a niektórych bohaterów skazują na rozczłonkowanie za pomocą morderczych nakryć głowy czy... ogrodowego krasnala. Słynne określenie egzekucji wieńczącej walkę, czyli "fatality", wyznacza tu tempo akcji. Jest makabrycznie, czasami z przymrużeniem oka, a dzięki ekranowemu Kano (Josh Lawson) także z odrobiną czarnego humoru i autoironii. Wydaje się więc, że zamknięta w arkadowych automatach magia "Mortala" przedostała się w końcu na ekran.

Niekoniecznie, bowiem filmowej jakości brakuje tu bardziej niż niektórym postaciom kończyn. Wariant optymistyczny: porządna rozróba, wciągająca opowieść i zakamuflowane po kątach odniesienia do gry to jakieś 20-30 proc. filmu. Wariant pesymistyczny: wszystko, co najlepsze, widać w trailerze. Niestety przez pozostały czas skazani jesteśmy na ślęczenie przy marnie napisanych i nudnych bohaterach czy śledzenie pobocznych wątków, którymi można leczyć chroniczną bezsenność. Nie funkcjonuje element zaskoczenia, dynamika akcji wyparowuje w połowie filmu, zaś scenariusz nie oferuje - poza kilkoma zgrabnymi one-linerami ("Kano wins!") - ani linijki dobrego dialogu.

Oczywiście, to nie jest, nie było i nigdy nie będzie kino nastawione na wyrafinowaną fabułę. Żyjemy jednak w czasach, w których przeciętny nawet akcyjniak posiada choćby zarys opowieści, a każda gra komputerowa obudowana jest odpowiednią narracją. Należało więc po "Mortal Kombat" oczekiwać choć skrawka wciągającej historii. Tymczasem serią kopniaków i wyprowadzanych "na ślepo" ciosów filmowcy wyautowali fabułę poza ekranowy ring. Szczególnie może to stanowić problem dla widzów, którzy nie są zaznajomieni z grą, nie rozumieją niesygnalizowanej metamorfozy postaci, ciągłych zmian lokalizacji i motywacji bohaterów.

Opowieść tym razem skupia się wokół Cole'a Younga, bohatera, który nie wywodzi się bezpośrednio z gry. I jest to jedna z gorszych decyzji twórców filmu. Główny bohater wydaje się wręcz najsłabszą postacią całej produkcji. Aż razi brak Johnny'ego Cage'a.
Opowieść tym razem skupia się wokół Cole'a Younga, bohatera, który nie wywodzi się bezpośrednio z gry. I jest to jedna z gorszych decyzji twórców filmu. Główny bohater wydaje się wręcz najsłabszą postacią całej produkcji. Aż razi brak Johnny'ego Cage'a. mat. prasowe/ Warner Bros.
Trudno także wytłumaczyć racjonalnie skupienie fabuły wokół tak mdłej, niewyraźnej i nudnej postaci, jaką jest Cole Young (Lewis Tan). Tym bardziej, że jest to jedyny bohater filmu, który nie ma pierwowzoru w grze. Były gwiazdor MMA dowiaduje się, że w jego żyłach płynie krew wojowniczego klanu, który chronił Ziemię przed przybyszami z Pozaświatów. Zwerbowany przez pozostałych wojowników rusza na turniej sztuk walk. Turniej, którego... tak właściwie nie ma. I to kolejny absurd tej produkcji. Podobnie jak castingowy niewypał w przypadku Sonyi Blade czy kompletnie zmarnowane potencjały Goro, Liu Kanga, Raidena czy Shang Tsunga. Na plus można natomiast ocenić sięganie po wojowników znanych nie tylko z pierwszej części gry. Niektórzy na dalekim planie wypadli całkiem przyzwoicie.

Największym pożytkiem dla nowego "Mortal Kombat" byłoby rozłożenie akcentów na jedyne dwie nieźle rozpisane postaci: Scorpiona (Hiroyuki Sanada) i Sub-Zero (Joe Taslim). Panowie, poza znakomitą sekwencją otwierającą film, której akcja dzieje się w feudalnej Japonii, nie mają jednak zbyt wiele do pogrania. Zresztą to jedyny fragment filmu, w którym operatorska praca, scenografia i muzyka podążają w tym samym kierunku. Po wiele obiecującym prologu wszystkie elementy filmowego rzemiosła rozjeżdżają się w cztery strony świata.

Dotyczy to również tak istotnego dla tego typu kina aspektu jak choreografia walk. Co prawda twórcom filmu nie można odmówić dość wiernego odwzorowania stylu poszczególnych bohaterów, ale sposób nakręcenia pozostawia już spory niedosyt. Tylko w niektórych sekwencjach operator pozwala nam łaskawie śledzić postaci w pełnej ich okazałości i bez natrętnego montażu. Większość zainscenizowanych walk jest już bezlitośnie pocięta i odarta tym samym z odpowiedniej dynamiki i widowiskowości. Jest przyzwoicie, acz mogło być znacznie, znacznie lepiej. Gdyby twórcy "Mortala" pokusili się o inspirację choćby "The Raid", z przyjemnością można byłoby ich rozgrzeszyć z pozostałych wpadek i nietrafionych decyzji.

Autorzy "Mortal Kombat" zbyt mocno skupili się na przygotowywaniu gruntu pod kolejne części. Tymczasem ta pierwsza ledwie trzyma się na nogach. Trudno przewidzieć, czy producenci są gotowi na kolejne ciosy. Jeśli nie, to zdecydowanie muszą zmienić zasady gry.
Autorzy "Mortal Kombat" zbyt mocno skupili się na przygotowywaniu gruntu pod kolejne części. Tymczasem ta pierwsza ledwie trzyma się na nogach. Trudno przewidzieć, czy producenci są gotowi na kolejne ciosy. Jeśli nie, to zdecydowanie muszą zmienić zasady gry. mat. prasowe/ Warner Bros.
Czy do takich zalicza się sam seans filmu? Cóż, trzeba precyzyjnie wyważyć monetę, którą zamierzamy wrzucić do filmowego automatu z napisem "Mortal Kombat". Niestety już w połowie opowieści da się zauważyć, że twórców bardziej od budowania postaci i wątków interesuje wylewanie fundamentów pod kolejne części. Wszak w planach jest trylogia, a "jedynka" wydaje się spełniać jedynie funkcję sparingpartnera. Obyśmy już w kolejnych odsłonach zobaczyli w końcu czempiona na miarę kultowego tytułu. Potencjał jest, ale z tego projektu trzeba usunąć masę "bugów". Na "mortalowym" ringu w pojedynku reżyserów górą na razie autor pierwszej ekranizacji. Pora więc ogłosić, że "Anderson wins!" i włączyć nieśmiertelny "Mortal Kombat Theme Song". Tym razem już w polifonii.

OCENA: 4/10

Film

Mortal Kombat
6.2 16 ocen

Mortal Kombat (1 opinia)

produkcja
Kanada, USA
premiera
29 maja 2021
czas trwania
1 godz. 50 min.

Opinie wybrane


wszystkie opinie (44)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze

więcej artykułów »

28

lipca

Wystawa Pająków Gdańsk, ARANEUS

30

lipca

Lato w Plenerze | Guzior, Ż... Gdańsk, S1 - Scena plenerowa

06

sierpnia

Letnie Brzmienia: Kuba Bada... Gdańsk, Plac Zebrań Ludowych

Kultura

Milord de Molo: Byłem rybakiem, zostałem malarzem
Milord de Molo: Rybak został malarzem
Najciekawsze eksponaty Muzeum Bursztynu
Najciekawsze bursztynowe eksponaty

Kulinaria

Dlaczego wychodzimy z restauracji przed złożeniem zamówienia?
Dlaczego wychodzimy z restauracji?

    Najczęściej czytane

    Sprawdź się

    Pierwszym dyrektorem Teatru Wybrzeże był: