Wiadomości

stat

Co zjemy na Openerze do 20 zł i muzyczne oczarowania pierwszego dnia

Strefa gastronomiczna jest w tym roku imponująca - zjemy tu niemal wszystko, ale trzeba się liczyć z wydatkami. Tanio nie jest.
Strefa gastronomiczna jest w tym roku imponująca - zjemy tu niemal wszystko, ale trzeba się liczyć z wydatkami. Tanio nie jest. fot. Lucyna Pęsik/Trojmiasto.pl

Opener ruszył pełną parą, pora więc na pierwsze relacje. Co zjemy w przyzwoitej cenie w strefie gastro, czy coś się zmieniło oraz kto nas muzycznie w środę zachwycił?



Zobacz także: krótki przewodnik po Open'erze

Co zjemy do 20 zł w strefie gastronomicznej? Cóż, niewiele...



Nie będziemy nawet udawać, że Open'er to tania impreza - koszty są wysokie, a wiedzą o tym zwłaszcza ci, którzy przyjechali z daleka i muszą np. przez kilka dni płacić za nocleg. Postanowiliśmy zatem sprawdzić, czy dodatkowo nie "popłyniemy z kasą" na jedzeniu i w dostępnych w strefie gastronomicznej food truckach zjemy porządny posiłek w niezaporowej cenie. Jednorazowo możemy wydać maksymalnie 20 zł. Poniżej wnioski.

Pierwszy wniosek: jest drogo. Znalezienie food trucka z daniami do 20 zł nie jest łatwe, a jeśli nam się to uda możemy być pewni, że w tej cenie otrzymamy frytki (są nawet za 15 zł, a dobrze znane belgijki kosztują 19 zł), zapiekankę (ale też nie zawsze, najczęściej "zapieks" kosztuje aż 25 zł) lub wegetariańskie potrawy i to w wersji podstawowej, czyli nie na bogato.

Nam udało się "ustrzelić" do 20 zł: tradycyjne dania kuchni polskiej, czyli bigos, pierogi i kiełbasę; jaglany burger w Krowierzywej; panini z serem; gofry na słodko; naleśniki z mozzarellą, szynką i rukolą; 25-centymetrowe zapiekanki z różnymi dodatkami lub 58-centymetrowe w wersji podstawowej, czyli z pieczarkami i keczupem; frytki z dodatkami, np. pieczoną łopatką wieprzową lub chili con carne i śmietaną oraz kanapki z kurczakiem, salami lub wege. Najmniej kosztowały zupy w food trucku z daniami kuchni japońskiej: trzeba za nie zapłacić jedynie 8 zł.

Niestety, jeśli chcemy zjeść ciekawiej, musimy się liczyć z większym wydatkiem - zazwyczaj za dania zapłacimy od 25 do 40 zł. Chyba jednak najbardziej smucą ceny zapiekanek (25 zł i więcej). Czy naprawdę kawałek bagietki z serem i pieczarkami jest wart aż takich pieniędzy? Wiadomo, ten smak (dzieciństwa) kochamy nie bez powodu oraz taką bułą można na długo zaspokoić dokuczliwy głód, ale wciąż to dość zaskakująca kwota...

Uwaga:
w drodze na teren festiwalu, mniej więcej na wysokości pól namiotowych, również czynna jest mniejsza strefa gastro - tutaj zjemy za bardzo przyzwoitą cenę, np. za 12 zł naleśniki lub tortillę, kanapki za 8 zł, zupę dnia za 12 i kaszotto 10 zł.

Drugi wniosek: zjemy tu niemal wszystko. W tym roku strefa gastronomiczna rozrosła się do ogromnych rozmiarów i przemieszczając się między scenami co rusz otoczeni jesteśmy przez food trucki oraz stoiska z alkoholem, głównie piwem. To dobrze, bo jest w czym wybierać. Zainteresowanie też jest spore, bo niemal do każdego barowozu ciągną się kolejki i na zamówienie trzeba czekać od kilkunastu do kilkudziesięciu minut.

Z jednej strony kuszą nas burgery w każdym możliwym wydaniu, z innej pizze, makarony, przysmaki kuchni meksykańskiej i azjatyckiej. Jak mamy jeszcze miejsce, to zawsze możemy zjeść coś słodkiego: owoce w czekoladzie, lody, churrosy, gofry i naleśniki. Jeżeli mamy ochotę na coś bardziej wytrawnego i eleganckiego, czeka na nas namiot, w którym spróbujemy dań wymyślonych przez Mateusza Gesslera. Przyjemność ta kosztuje 60 zł, gdy zrobimy rezerwację przez internet lub 75 zł, jeśli przyjdziemy bez zapowiedzi. W menu dwa zestawy z złożone z przystawki (np. szparagi z sosem vinaigrette i czipsami z batatów) i dania głównego (np. naleśnik gryczany z kozim serem, szpinakiem, szparagami i musem pomarańczowym).

Co nas w środę olśniło / co nas wkurzyło?



Alicja

Olśniło: niestety, środa bez olśnień, ale wiele sobie obiecuję po czwartku.
Wkurzyło: absurdalnie wysokie ceny za proste jedzenie i brak klimatyzacji w autobusie w trakcie godzinnego przejazdu w upale.

Patryk

Olśniło: Arctic Monkeys, którzy zagrali najlepszy koncert na obecnej trasie oraz przygotowanie terenu w okolicy bram wejściowych.
Wkurzyło: Problemy z zasięgiem, trudne przejście (wertepy) między dużą sceną a sceną namiotową, brak wody w niektórych strefach sanitarnych.


Tłumy, dobre koncerty Arctic Monkeys i Nicka Cave'a



Trzeba to jasno zaznaczyć - dawno (a najpewniej nigdy) pierwszy dzień Open'era nie widział takich tłumów. Zazwyczaj takie morze ludzi widzieliśmy dopiero w weekend. Można już śmiało powiedzieć, że tegoroczna edycja będzie rekordowa pod względem liczby uczestników. Organizatorzy nie żartowali.

Na pewno bardzo duży wpływ na środową frekwencję miał headliner. Arctic Monkeys wrócili do koncertowania po czterech latach. Zostali ogłoszeni jeszcze przed wydaniem swojej najnowszej płyty, "Tranquility Base Hotel & Casino", i - wobec ogromnych oczekiwań z racji powrotu - z miejsca stali się powodem, aby przybyć na gdyńską imprezę.

Chociaż ta płyta jest inna, bez przebojów, odbiegająca od tego, co wcześniej tworzyli, nie przeszkodziło to w zgromadzeniu tłumów pod sceną. Po sporej już liczbie koncertów promujących krążek można było mieć obawy. Zespół bardzo długo ze sobą nie grał, widać było, że nie czuje się najlepiej na scenie. Sporo było negatywnych ocen i piosenki nie brzmiały tak dobrze, jak powinny. Mało tego - nawet największe hity były spowalniane.

Ale w Gdyni coś się zmieniło. Tak, jakby Arctic Monkeys czekali, żeby wytoczyć najcięższe działa właśnie nad polskim morzem. Nie ukrywam, byłem bardzo sceptycznie nastawiony do tego koncertu. Ba, typowałem go na największe rozczarowanie tegorocznej edycji. I jakże miło zostałem zaskoczony.

Koncert był zbudowany fantastycznie. Idealnie skonstruowany pod brzmienie nowej płyty. Premierowe utwory na żywo brzmiały o niebo lepiej, a dopełnione nieco zapomnianymi utworami, jak "Teddy Picker", "Pretty Visitors" czy "Crying Lightning" i klasykami, "R U Mine?", "Brainstorm" oraz "I Bet That You Look Good on the Dancefloor" zyskały zupełnie nową energię. I chociaż że Alex Turner bardzo zmienił swój sceniczny image, nie kokietował publiczności jak za czasów płyty "AM", można było poczuć potężną dawkę energii, profesjonalizmu i zarazem pokory.

Pierwszy dzień w ogóle minął pod znakiem bardzo szeroko pojętej alternatywy. Dobrze wypadł Noel Gallagher ze swoim zespołem, ale - nie oszukujmy się - wieloletnia wojna ze swoim bratem o dziedzictwo Oasis to istna farsa. Zamiast być dzisiaj legendą, jeden i drugi częściej skupia się na wywoływaniu niepotrzebnego zamieszania. Są kogutami próbującymi udowodnić, który jest lepszy. Ale hity ikony brit-popu wybrzmiały i były tym, czego publiczność oczekiwała.

Nie można także zapominać o fenomenalnym Nicku Cave'ie. Wielu winduje go do rangi bóstwa. Ale w sumie trudno się dziwić. Jest to ten rodzaj artysty, który rodzi się raz na pół wieku albo i rzadziej. Potwierdził to na Open'erze. Nie ukrywam, że chętniej bym go widział po zmroku, ale i przed zachodem słońca ta muzyka ma swoją moc.

Nick Cave na Openerze:

Wertepy oraz zmiana na plus


Ale Open'er to nie tylko kwestie muzyczne. To także próba przetrwania czterech bardzo intensywnych dni. Przez wiele lat problemem był teren, na którym można było połamać nogi. I dalej można, niestety. Nie wyrównano odcinka między sceną główną a namiotem, co bardzo utrudnia przemieszczanie się. Zwłaszcza po zmroku.

Jednak, żeby nie narzekać aż tak bardzo, warto odnotować jedną naprawdę kluczową i pozytywną zmianę. Wielokrotnie na przestrzeni lat wytykano organizatorom problem, jakim był teren zaraz za sceną główną. Ten odcinek trawy, który prowadził do bram wejściowych. Dziury wielkości meteorów w końcu zostały zasypane, dzięki czemu można sprawnie pokonać tę trasę, a dodatkowo postawiono światła niwelujące kontrujące jupitery z okolic pola namiotowego, które dotychczas sprawiały, że szło się - dosłownie - na czuja. Teraz nie trzeba się obawiać, że wyląduje się twarzą w suchej trawie. Za to, jak na razie, największy plus.

A co na minus? Poza wspomnianym wyżej terenem - problemy z zasięgiem, które wydłużały czas realizacji płatności, zbyt małe food trucki, które nie wyrabiały się z wydawaniem jedzenia (a to dopiero pierwszy dzień!) i brak bieżącej - albo jakiejkolwiek - wody przy sanitariatach od strony pasa startowego.

Arctic Monkeys - R U Mine?:

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (242)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

23

października

Musical Kosmos Gdańsk, Teatr Szekspirowski

23

października

To o Nas - spotkanie autors... Gdańsk, Oliwski Ratusz Kultury

04

listopada

Drużyna MEGamocnych - warsz... Gdynia, Muzeum Emigracji

Kultura

Otwarcie Kunsztu Wodnego dopiero w przyszłym roku
Otwarcie Kunsztu Wodnego w przyszłym roku
Krew nie woda, majtki nie pokrzywa. O spektaklu "Chłopem i babą stworzył nas Bóg"
O "Chłopem i babą stworzył nas Bóg"

Kulinaria

Okiem dietetyka: sezon na dynię
Okiem dietetyka: sezon na dynię
Smaki deluxe: jesienne menu w trójmiejskich restauracjach
Jesienne menu w restauracjach

Planuj z nami tydzień

Planuj tydzień: trochę jesiennego wyciszenia
Planuj tydzień: trochę jesiennego wyciszenia

    Najczęściej czytane