Wiadomości

stat

Cygańska opowieść "Papusza" kolejnym kandydatem do Złotych Lwów

Jowita Budnik, czyli filmowa "Papusza".
Jowita Budnik, czyli filmowa "Papusza". mat. prasowe

Epicka, cygańska opowieść pt. "Papusza" kolejnym wielkim kandydatem do Złotych Lwów. Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze stworzyli dzieło niezwykle złożone, aczkolwiek niełatwe w odbiorze. Prezentujemy też dwa thrillery - "Drogówkę" i "Układ zamknięty" oraz dramat obyczajowy "Bejbi blues".



Papusza
reż. Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze

Po pokazie prasowym "Papuszy" usłyszałem za plecami: "No to mamy główną nagrodę". Czy to możliwe, żeby czarno-biały, dwugodzinny, niemal dokumentalny film o Cyganach i do tego z dialogami w języku romskim zdobył Złote Lwy? Do tego w zasadzie film nieaktualny, bo ostatnie sceny mają miejsce bodaj w latach siedemdziesiątych, a na ekranie widzimy w większości dawno nieistniejące osady cygańskie i żydowskie. A jednak oglądając "Papuszę" ma się wrażenie, że obcuje się z wielkim dziełem, za którym stoi tytaniczny wysiłek i poświęcenie reżyserów Krzysztofa Krauze i Joanny Kos-Krauze. Trudno uwierzyć, że tej parze udało się tak wniknąć w hermetyczny cygański świat. Stworzyli film epicki, a jednocześnie kameralny, momentami wręcz intymny. Zaskarbili sobie zaufanie Romów w takim stopniu, że prawdopodobnie jako pierwsi sfilmowali, jak wygląda cygański sąd. Udało im się zrobić to, za co sama Papusza, czyli poetka Bronisława Wajs została wyklęta i skreślona z cygańskiego rodu. A została wyklęta za zdradzenie cygańskich tajemnic i obyczajów, za to, że miała czelność nauczyć się czytać, a do tego pisała wiersze. "Papusza" to film trudny w odbiorze i nie ukrywa tego sam Krzysztof Krauze, który na konferencji prasowej wyraził nadzieję, że widzowie sobie z tymi trudnościami poradzą. Warto ten film zobaczyć dla zapierających dech w piersiach zdjęć Krzysztofa Ptaka i Wojciecha Staronia, dla muzyki Jana Kantego Pawluśkiewicza, dla świetnych ról Jowity Budnik (Papuszy) i jej filmowego męża Zbigniewa Walerysia, którzy specjalnie na potrzeby filmu nauczyli się języka romskiego. "Papusza" ma ogromne szanse na nagrodę za zdjęcia (przede wszystkim), muzykę oraz dla aktorów. A czy na Złote Lwy?

Bejbi blues
reż. Katarzyna Rosłaniec

To film, który premierę miał w 2012 roku i odniósł spory sukces komercyjny, więc można zakładać, że spora część czytelników już miała okazję go zobaczyć. "Bejbi blues" to film dla mieszkańców Trójmiasta jednak wyjątkowy, bo wyreżyserowała go Katarzyna Rosłaniec - absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego. Jest to artystka ze wszech miar ciekawa, bo specjalizuje się w pracy z młodzieżą debiutującą na ekranie. Tak było w przypadku jej pierwszego filmu "Galerianki" i tak jest w przypadku "Bejbi blues". Rosłaniec została doceniona na wielu międzynarodowych festiwalach (m.in. Kryształowy Niedźwiedź w Berlinie), ale niekoniecznie dobrze jest oceniana przez krajową krytykę. Oskarżano ją m.in. o to, że w swoim filmie pokazuje bohaterów, którzy niewiele mają wspólnego ze współczesną młodzieżą. Główną bohaterką jej filmu jest nastoletnia Natalia (Magdalena Berus), kolorowa nastolatka, dla której najważniejsze na świecie są modne ciuchy i... jej mały synek Antoś, którego ojcem jest dziewiętnastoletni Kuba (Nikodem Rozbicki). Jej świat po urodzeniu dziecka przewraca się do góry nogami. Natalia nie chodzi do szkoły i nie pracuje, a pieniądze dostaje od matki, która (udaje, że) pracuje za granicą. Natalia z początku radzi sobie całkiem nieźle, ale krok po kroku zaczyna wkraczać w świat narkotyków. Bohaterka stacza się coraz szybciej. Czy to historia, która mogła wydarzyć się w świecie rzeczywistym? Mało prawdopodobne. Rosłaniec rysuje swoje postaci nieco przerysowane (i przez to niestety trochę jednowymiarowe). A jednak filmowy mikroświat wciąga widza i hipnotyzuje kolorami owocu zakazanego (narkotyki, przygodny seks). Fakt, że "Bejbi blues" wydaje się mało prawdopodobny, sprawia jednak, że o filmie szybko się zapomina. Bo przecież to się nie może wydarzyć nikomu, kogo znamy.

Drogówka
reż. Wojciech Smarzowski

Co film na 38. Gdynia - Festiwalu Filmowym to inne tabu: społeczne czy polityczne. "Drogówka" Wojciecha Smarzowskiego brutalnie pokazuje zepsucie moralne polskiej policji: korupcję, alkoholizm i przekręty na grubą skalę. Strach żyć w kraju, w którym władza mogłaby stosować takie środki. I choć "Drogówka" jest z pewnością nieco przerysowana, a aktorzy nieco karykaturalni, to jednak współpraca między światem przestępczym a policją z pewnością ma miejsce w naszym (i nie tylko w naszym) kraju. Smarzowskiemu jednak nie udało się w "Drogówce" osiągnąć tego, co w "Róży" czy "Domu złym". Film obfituje w tajemnice kryminalne, ale brakuje mu tajemnicy człowieczej. Czegoś, co by sprawiało, że w widzu budzi się trudny do nazwania niepokój. W "Drogówce" mamy wszystko położone kawa na ławę. Policjanci jeżdżą na dziwki, zdradzają swoje żony z koleżankami z pracy, układają się z politykami, a każdy sobie rzepkę skrobie. Trudno na kimkolwiek polegać, a jeśli kolega policjant pomoże, to z pewnością nie bezinteresownie. Kto Smarzowskiego zna (zwłaszcza jego "Wesele"), wie czego można się spodziewać, tym bardziej że reżyser sięga po znanych bohaterów (m.in. Marian Dziędziel). Mimo pewnych uproszczeń to nadal jeden z najlepszych polskich thrillerów ostatnich lat.

Układ zamknięty
reż. Ryszard Bugajski

Kolejny thriller polityczny na festiwalu w Gdyni nie ma tej mocy co "Drogówka". Bugajski jest bardziej zachowawczy, momentami wręcz serialowy. Mimo to, doskonale wywołuje w widzach poczucie bezradności wobec tytułowego układu zamkniętego, zawartego między politykami, prokuraturą i urzędem skarbowym. Film łapie za gardło, głównie dlatego, że fabuła została oparta na faktach. Czy to naprawdę może zdarzyć się każdemu z nas? Ryszardowi Bugajskiemu udało się mnie prawie przekonać, że tak. Film trzyma w napięciu, akcja idzie do przodu, a świetnie zagrane postaci Kazimierza Kaczora, Janusza Gajosa i ich bulteriera, prokuratora Kamila Słodowskiego (Wojciech Żołądkowicz) nie pozostawiają złudzeń. Ci panowie idą po trupach do celu. Dosłownie. Bugajski ubolewał, że nie może w filmie pokazać autentycznych zdarzeń i postaci. W USA prawo na to pozwala, dlatego powstają takie filmy jak "Social Network" o twórcy Facebooka czy "jOBS" o twórcy potęgi Apple. Gdyby "Układ zamknięty" wprost dotyczył rzeczywistych zdarzeń, byłby kandydatem numer jeden do Złotych Lwów (chyba że wcześniej, jak przewiduje reżyser, film zostałby aresztowany). Bez tego brakuje mu siły artystycznej, żeby zachwycić jury.

festiwal filmów gdynia

Opinie (21) 1 zablokowana

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

24

listopada

Niezapomniani Artyści Gdynia, Sala Koncertowa Portu Gdynia

01

grudnia

Mikołaje na Motocyklach Gdańsk, Stadion Energa Gdańsk

07

grudnia

Sorry Boys Gdańsk, Parlament

Kultura

Dzieła sztuki i wyroby lokalnych artystów. Gdzie je kupić?
Gdzie kupić prace lokalnych artystów?
Pomóż gdańskim carillonom dostać się na listę UNESCO
Carillony na liście UNESCO

Kulinaria

Jemy na mieście: Chwila Moment w Gdyni - udana wizyta
Jemy na mieście: Chwila Moment w Gdyni
Jak smakuje wino z 2019 roku? Beaujolais nouveau w Trójmieście
Beaujolais nouveau w Trójmieście

Planuj z nami tydzień

Planszówki, Peja i inne koncerty. Planuj tydzień
Planszówki, Peja i koncerty. Planuj tydzień

    Najczęściej czytane

    Sprawdź się

    Na sopockim hipodromie ścigają się :