Wiadomości

stat

Czy stand-up jest dla kobiet? Wywiad z Wiolką Walaszczyk

"Wiem, że scena jest moim miejscem, czego bym na niej nie robiła, czy to będzie stand-up czy podrzucanie piłeczek" mówi Wiolka Walaszczyk.
"Wiem, że scena jest moim miejscem, czego bym na niej nie robiła, czy to będzie stand-up czy podrzucanie piłeczek" mówi Wiolka Walaszczyk. mat. prasowe

"Wyjście na scenę wymaga przełamania się, obnażenia swoich uczuć i kompleksów" przyznaje Wiolka Walaszczyk, stand-uperka, improwizatorka i prawdziwy wulkan energii. W rozmowie z nami opowiada o tym, co dało jej dzieciństwo na Zaspie, jaki powinien być dobry stand-up i dlaczego kobiety nie garną się do rozśmieszania na scenie.



Aleksandra Wrona: Dlaczego zaczęłaś zajmować się stand-upem?

Wiolka Walaszczyk: Stand-up znalazł się w moim życiu niespodziewanie. Wcześniej przez kilka lat improwizowałam w grupie "W Gorącej Wodzie Kompani", kiedy grupa się rozwiązała poczułam, że muszę znaleźć sposób, żeby pozostać na scenie. Odezwałam się wtedy do Abelarda Gizy, który zachęcił mnie do wystąpienia podczas cyklicznej imprezy na Elżbietańskiej. Tak to się zaczęło. Wtedy jeszcze obowiązywała zasada "buczenia" i kiedy publiczności nie podobał się jakiś występ, mogli go po prostu "wybuczeć", a występujący musiał opuścić scenę. To brzmi okrutnie, ale ta metoda szybko weryfikowała to, czy ludzie śmieją się kurtuazyjnie czy są naprawdę rozbawieni. Wystąpiłam kilka razy i ani razu nie zostałam "wybuczana". Myślę, że dało mi to odwagę, żeby dalej występować.

Zaczęło się od improwizacji, a ewoluowało w stand-up. Zawsze chciałaś rozśmieszać ludzi?

Chciałam być aktorką i to było moim największym marzeniem. W gimnazjum uczęszczałam do klasy teatralno-filmowej, kilka razy w miesiącu chodziliśmy do kina i teatru, mieliśmy zajęcia z aktorstwa, m.in. z Marzeną Nieczuja-Urbańską, której bardzo dużo zawdzięczam. Chodziłam też do Wybrzeżaka, czyli stowarzyszenia, w ramach którego aktorzy z Teatru Wybrzeże prowadzili z dziećmi zajęcia teatralne. Wariatem byłam zawsze, dlatego dołączyłam do grupy improwizacyjnej, którą stworzył Wojciech Tremiszewski, jednak w międzyczasie starałam się dostać do szkoły aktorskiej.

Robiłaś coś w tym kierunku?

Wiele razy docierały do mnie głosy, że kobiety nie nadają się do stand-upu, że nie są śmieszne, że mężczyzna zawsze będzie lepszy w rozśmieszaniu. Może i będzie, rzecz gustu, ale mówienie, że kobieta się gdzieś nie nadaje trochę zalatuje mi średniowieczem.
Rok przygotowywałam się do Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie, chodziłam na zajęcia z aktorstwa i śpiewu, a kiedy przyszło do przesłuchań to uwaga: przegapiłam termin.

Pamiętam, że stałam w kuchni, kiedy zadzwonił do mnie kolega z Krakowa z pytaniem,gdzie jestem, na co ja spokojnie odpowiedziałam, że w kuchni! Uświadomił mi, że właśnie przestałam w kuchni mój rok przygotowań. Straszliwie się rozpłakałam i tak jak stałam, w kapciach, pobiegłam z Zaspy do Wrzeszcza do mojego nauczyciela aktorstwa. Później próbowałam się jeszcze dostać do Studium Wokalno-Aktorskiego im. Danuty Baduszkowej, ale się nie udało. Uznałam, że jest to znak. Teraz, kiedy myślę o tym, z iloma wyrzeczeniami wiąże się praca aktora czuję, że raczej nie dałabym rady tak się jej poświęcić. Prędzej czy później i tak bym zrezygnowała.

Kiedy robisz stand-up wydajesz się być w swoim żywiole.

Wiem, że scena jest moim miejscem, czego bym na niej nie robiła, czy to będzie stand-up czy podrzucanie piłeczek. Kiedyś zorganizowałam w 107 wieczór poetycki, podczas którego ja i kilku moich kolegów - m.in. Wojtek Tremiszewski i Szymon Jachimek - prezentowaliśmy swoje wiersze. Wtedy też czułam się jak ryba w wodzie. W moim życiu cały czas przewija się scena i choć w tym momencie najbliższa jest mi komediowa, marzę, żeby jeszcze kiedyś wystąpić w teatrze.

Na scenie stand-upowej jesteś jedną z niewielu kobiet. Jak myślisz, z czego wynika ta męska dominacja w tej dziedzinie?

Wydaje mi się, że jest tych kobiet coraz więcej, ale to prawda, że wciąż jesteśmy zahukane przez mężczyzn tak ogólnie. Wyjście na scenę wymaga przełamania się, obnażenia swoich uczuć i kompleksów. Wszystko jest oceniane na bieżąco przez widownię. Oczywiście, można robić zapobiegawczy stand-up i wcielać się w różne role, ale na dłuższą metę to nie przejdzie. Uwielbiam szczery stand-up, ludzi, którzy nie boją się mówić o sobie. Wydaje mi się, że kobiety wciąż są przez mężczyzn zdominowane. Ludzie mówią, że czasy się zmieniły, że coraz więcej z nas robi karierę, jesteśmy pewne siebie, ale ja się z tym nie zgadzam...

Będąc na scenie zawsze wypierałam to, że jestem kobietą i stawiałam się na równi z facetami. Wiele razy docierały do mnie głosy, że kobiety nie nadają się do stand-upu, że nie są śmieszne, że mężczyzna zawsze będzie lepszy w rozśmieszaniu. Może i będzie, rzecz gustu, ale mówienie, że kobieta się gdzieś nie nadaje, trochę zalatuje mi średniowieczem.

Może kobiety nie chcą wychodzić na scenę, bo często są na niej obiektem seksistowskich żartów?

Nie wiem, czy tak jest. Raczej nie. To prawda, że w stand-upie pełno jest żartów o seksie, wysyłaniu kobiet do kuchni itd. Ale stand-up rządzi się swoimi prawami. Jak są to dobrze skonstruowane żarty, to jest ok, ale jeśli wychodzi facet i koniecznie chce powiedzieć, jak to kobieta jest od "bzykania" i jaka to nie jest ograniczona i nie ma w tym nawet pół żartu, to czuję duży niesmak. Kiedy tego słucham, myślę: "Dobra, stary, powiedz wreszcie coś innego. Jeśli ciągle gadasz o tylko tym samym, to znak, że bardzo ci tego brakuje". Ile można wałkować to samo? To męczące.

Myślisz, że to powstrzymuje kobiety przed występowaniem na scenie?

Wydaje mi się, że przyczyna leży gdzie indziej. Raczej chodzi o brak potrzeby występowania. Mam wrażenie, że kobiety są lepiej rozwinięte emocjonalnie i nie musimy niczego nikomu udowadniać na scenie. Nie chce nam się walczyć o czyjąś uwagę - po co, w imię czego mamy to robić? Myślę, że to znajduje odbicie w stand-upie. Kobiety mają na głowie dom, pracę, dzieci, bycie ładną, bycie mądrą, więc po co mają jeszcze do tego udowadniać, że są śmieszne? Myślę, że kobiety są ponad tym, niech faceci sobie rozbawiają. Jeśli nie ciągnie kogoś na scenę, to po co na siłę się tam pchać?

Ciebie jednak na scenę ciągnie. Skąd bierzesz inspirację do twoich występów?

Inspiracją jest moje życie. Wszystko, co mówię na scenie, jest wzięte z mojego życia. Wiadomo, że czasem podkoloryzuję żart, ale jego sedno zawsze jest w 100 proc. prawdziwe. Nie wyobrażam sobie usiąść do stand-upu i pisać np. o filiżankach. Dla mnie stand-up powinien być osobisty, indywidualny, spersonalizowany. Traktuję go trochę jak terapię. Lubię, kiedy ludzie wychodzą na scenę i opowiadają, co się u nich dzieje, to jest prawdziwe. Mi też zdarza się wplatać w swoje występy tematy, które nie są śmieszne, ale leżą mi na wątrobie i chcę o nich ludziom powiedzieć.

Pochodzisz z gdańskiej Zaspy. W twoich stand-upach czasem pojawiają się motywy np. miejskich festynów czy ojca-zawodnika sopockiej drużyny rugby. Jak wpłynęła na ciebie Zaspa? Jesteś dziewczyną z blokowiska?

Tak, jestem dziewczyną z blokowiska, wychowałam się w tych "betonowych lasach". Zaspa dała mi wszystko, czym jestem. Mam trzech starszych braci, to oni mieli ogromny wpływ na moją osobowość i im zawdzięczam tę "męską" część we mnie. Często ją wspominam, kiedy opowiadam o sobie.

Czy spotkały cię kiedyś nieprzyjemności związane z tym, że występujesz na scenie?

Kobieta, która przeklina nie jest dobrze odbierana, kobiecie nie wypada być wulgarną. Myślę, że gdybym była mężczyzną, mniej osób miałoby z tym problem.
Całe mnóstwo! Nieprzyjemności goniły nieprzyjemności. Spotykały mnie zarówno w domu, jak i podczas występów... wszędzie i co chwilę. Kobieta, która przeklina nie jest dobrze odbierana, kobiecie nie wypada być wulgarną. Starałam się to ograniczyć, ale na scenie jestem sobą, a w życiu prywatnym też przeklinam, szczególnie kiedy się ekscytuję. Myślę, że gdybym była mężczyzną, mniej osób miałoby z tym problem.

Masz jakieś marzenia dotyczące twojej kariery stand-upowej?

Nie, zupełnie nie. Nie mam żadnych oczekiwań, planów, marzeń. Robię to, co robię i sprawia mi to radość.

Co poradziłabyś osobie, która marzy o stand-upie, ale nie może zebrać się w sobie, żeby wyjść na scenę?

Nie ma czegoś takiego jak "nie mogę się zebrać". Tu nie ma nad czym rozmyślać. Po prostu tam idź! Życie ucieka, a nikt inny go za ciebie nie przeżyje. Jeśli chcesz czegoś spróbować, spróbuj. Ze stand-upem jest jak z każdą decyzją, z którą się zwleka... To twoje życie, samo nic się w nim nie wydarzy. Najwyżej wyjdziesz na scenę i ci nie pójdzie, ale jeśli naprawdę tego chcesz, to będziesz napierać dalej, niezależnie od tego, czy ci to wychodzi, czy nie. Rozmyślanie nic nie daje, tylko cię blokuje. Podążaj za impulsem, ja całe życie tak robię.

Dobrze na tym wychodzisz?

Różnie. Czasem dobrze, czasem nie, ale kiedy zaczynam za dużo myśleć i analizować, wtedy się blokuję i zniechęcam. Wpadam w pułapkę. Nie wolno sobie tego robić.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (69)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

25

września

Gdańscy Żydzi - wykład Miec... Gdańsk, Instytut Kultury Miejskiej

30

września

Drużyna MEGamocnych - warsz... Gdynia, Muzeum Emigracji

05

października

Maciej Sadowski Kwadrat Sopot, Teatr BOTO

Kultura

Dom Kultury wraca do Nowego Portu, choć jeszcze nie na stałe
Dom Kultury wraca do Nowego Portu
Bar mleczny "Słoneczny" w nowej odsłonie
Bar mleczny "Słoneczny" w nowej odsłonie

Kulinaria

Oktoberfest w Trójmieście. Gdzie uczcić bawarskie święto piwa?
Oktoberfest. Dokąd na święto piwa?

Planuj z nami tydzień

Planuj tydzień: będzie różnorodnie
Planuj tydzień: będzie różnorodnie

    Najczęściej czytane