Wiadomości

stat

Deriglasoff: "Spełniony? W moim słowniku nie ma takiego słowa"

Olaf Deriglasoff: Cyrk jest bandą zwariowanych muzykantów, wędrowną trupą kuglarzy i wesołą kompanią rybałtów, których zadaniem jest wpaść do klubu i rozkręcić bibę.
Olaf Deriglasoff: Cyrk jest bandą zwariowanych muzykantów, wędrowną trupą kuglarzy i wesołą kompanią rybałtów, których zadaniem jest wpaść do klubu i rozkręcić bibę. fot. Honorata Karapuda

Olaf Deriglasoff się nie zatrzymuje. Jak sam mówi: idzie się. Jakiś czas temu przypomniał światu o Dzieciach Kapitana Klossa. Tym razem zaskoczył nowym projektem. Cyrk Deriglasoff trafnie punktuje wiele naszych przywar, ale też pozostawia sporo miejsca na refleksję.



Patryk Gochniewski: Hej, panie Deriglasoff, co się z panem dzieje!?

Olaf Deriglasoff: "Ja się z pana śmieję", że tak odpowiem, zgodnie ze słowami pieśni, do której w pytaniu nawiązujesz (śmiech).

Pytam tekstem z piosenki, bo chyba niektórzy zarzucają ci, że co to w ogóle jest ten cały Cyrk? Jakby nie znali całej twojej twórczości, zwłaszcza solowej.

Zarzucają to chyba zbyt wielkie słowo. Po prostu część publiczności i środowiska muzycznego jest nieco zdezorientowana moimi nowymi pomysłami i lekką zmianą kursu. Ale przypomnijmy, że nie jest to w moim przypadku nic nowego, więc nie ma co robić afery. Zawsze podążam swoją własną drogą i wszystko co robię zawodowo, musi być na moich warunkach. Nie interesują mnie kompromisy artystyczne, więc gdy mam pomysł, to go po prostu realizuję i przy okazji poznaję nowe akweny, nowe lądy i nowych ludzi. Jako syn i wnuk marynarzy jest to dla mnie stan naturalny i można powiedzieć, że eksplorację i zapał do egzotycznych podróży wyssałem z mlekiem matki, która, nota bene, też pływała jakiś czas na holowniku.

Cyrk Deriglasoff jest...?

Bandą zwariowanych muzykantów, wędrowną trupą kuglarzy i wesołą kompanią rybałtów, których zadaniem jest wpaść do klubu i rozkręcić bibę. Chóralne śpiewy, nauka klaskania na dwa i wymuszanie na publiczności zaangażowania oraz aktywnego udziału w koncertowym misterium, gdzie muzycy i widzowie stają się jednym wielkim zespołem.

Od pojawienia się Hańby nie było chyba zespołu, który tak gęsto czerpałby z klimatu dawnych ulicznych kapel. Jest on ci bliski?

Oczywiście, zmęczyłem się już tym, że współczesny zespół, gdy nie ma dostępu do prądu, praktycznie nie jest w stanie zagrać żadnego koncertu. Gdy byłem małolatem to na naszym osiedlu, czyli na Przymorzu, mieliśmy zwyczaj siadywania na zsuniętych w krąg ławkach i śpiewania przy akompaniamencie gitar akustycznych. Postanowiłem założyć zespół, który będzie mógł zagrać w dowolnym miejscu, bez względu czy ma dostęp do magicznego gniazdka z prądem czy nie. Nasz Cyrk może zagrać z takim samym efektem i totalnym kopem na wielkim festiwalu, jak i przy ognisku nad jeziorem.

Olaf Deriglasoff: Zespoły rockowe nie wywołują wojen



Sporo w Cyrku jest dęciaków. Teraz co prawda skupiacie się na większych koncertach, ale co, jeśli zdarzy się trasa po mniejszych klubach - zmniejszycie tę sekcję czy będziecie kombinować, jak to wszystko upchnąć?

Nic nie trzeba upychać, mieścimy się z powodzeniem i w mniejszych miejscach. Jesteśmy doświadczonymi muzykami i umiemy grać w różnych warunkach. Mamy to wszystko przećwiczone, nie wybrzydzamy i nie stawiamy wymagań. Naszym zadaniem jest zagrać koncert, a punktem honoru jest, by stanąć na wysokości zadania bez względu na warunki.

Płytę wydałeś całkowicie sam. Rozumiem, że nie chciałeś mieć żadnego bata nad sobą i ludzi, którzy mówiliby "słuchaj, ale to to może jednak nie".

No jasne, jestem w tym biznesie od zbyt długiego czasu, aby jakaś banda cwaniaczków bez pomysłu i doświadczenia stawiała mi warunki, w dodatku jednocześnie nie dając nic w zamian. Współczesny kontrakt to istny cyrograf, gdzie artysta ma setki zobowiązań i ograniczeń, a wytwórnia nie jest zobligowana do niczego. Może coś tam zrobić, ale nie musi. To nie dla mnie. Jak już mówiłem, lubię podróżować na własnych warunkach.

Rockowe koncerty w Trójmieście


"Magia y Tresura". Ten tytuł, te piosenki... No śpiewasz chyba o Polsce i Polakach.

No oczywiście, że nie! (śmiech). A nie... czekaj. No może trochę. A tak poważnie, to gdziekolwiek na świecie bym nie był i jakiego społeczeństwa bym pod lupę nie wziął, to mam wrażenie, że wszędzie schemat jest ten sam. Ludziom trzeba dać trochę magii, trochę ich zaczarować, omamić, pokazać kolorową, cukierkową, pełną fajerwerków i barwnych opakowań iluzję, a potem lekko bacikiem smagnąć po tyłeczku, ustawić do pionu i pokazać, kto tu rządzi. I tak w kółko. Od zarania dziejów, po dziś, tak się rządzi społeczeństwami.

Nie ukrywam, że uwielbiam utwór "Babagadadodziada". Nic mnie bardziej nie rozsierdza na koncertach niż tabuny wrzeszczących do siebie ludzi. A najbardziej dziwi mnie, to że zapłacili za ten koncert. Po co w ogóle tam przyszli?

To bardzo ciekawe zjawisko i nie ma co ukrywać, że ten utwór powstał z czystej frustracji. Jednak jak na doświadczonego cyrkowca i profesjonalnego barda przystało, nie rzucam się z pięściami na publikę, tylko w lekko ironiczny sposób przypominam, że "to bez sensu przyjść na koncert i przez cały czas gadać". Rozładowuję w ten sposób wiszącą w powietrzu awanturę, unikając tego, co onegdaj przydarzyło się Czesławowi Mozilowi, który wnerwił się, przerwał występ i, jak to można było zobaczyć w necie, doszło do konkretnej zadymy. A tak mamy dwa w jednym - koncertowi gadacze są zawstydzeni, podczas gdy publiczność chóralnie śpiewa: "baba gada do dziada, dziad gada do baby". Myślę, że to fajny przykład transformacji gniewu w radość.

Wiem, że nie lubisz politykować, ale chyba też na tej płycie nie do końca udało ci się wszędzie od tego uciec. Choćby w otwierającym numerze.

E tam, od razu politykować, takie tam spostrzeżenia i refleksje. Nigdy nie wskazuję żadnej strony, nie opowiadam się za jakąś konkretną opcją, nie krytykuję czy chwalę żadnego ugrupowania. Widziałem wielu moich kolegów występujących na wielkich scenach, ramię w ramię z możnymi tego świata i potem ze smutkiem obserwowałem ich rozczarowanie, gdy byli wyrzucani na śmietnik jak wyciśnięta cytryna. Ja już tak mam, że wolę sobie stać z boku i obserwować ludzi i ich tajemniczy świat. I nie będę ukrywał, iż często nie czuję się tego świata częścią. Nie pojmuję podłości, bezwzględności i bezinteresownej nienawiści, na którą tak łatwo się natknąć na pierwszym lepszym portalu. Wystarczy poczytać komentarze.

Tęsknisz za Gdańskiem?

Trójmiasto, bo w swoim czasie mieszkałem w każdym z tych miast, to absolutnie moje ukochane miejsce na Ziemi. Uwielbiam tu wracać, znam tu każdy kamień i czasem mnie boli, jak piękne niegdyś miejsca zmieniają się w urbanistyczne potworki rodem z jakiegoś psychodeliczno-discopolowego studia architektonicznego. Na szczęście jest jeszcze wiele pięknych miejsc i ulic, które zachowały swój magiczny, ten sam od dekad, a może i wieków, klimat. Tęsknię bardzo, ale jako niespokojny duch, wieczny wagabunda, muszę się przemieszczać i ciągle szukam czegoś nowego i inspirującego.

Pytam, bo jest na "Magii..." trochę gdańskich akcentów. Jak wyglądało dzieciństwo na Zakręcie Pięciu Gwizdków?

Zakręt Pięciu Gwizdków to magiczna nazwa z mojego dzieciństwa. Ojciec mój pracował w Przedsiębiorstwie Robót Czerpalnych i Podwodnych i uczestniczył w pogłębianiu szlaków wodnych. Gdy działali w miejscu o tej tajemniczej nazwie, pogłębiarka wydobywała całe burty średniowiecznych okrętów. Maszty i starodawne armaty sunęły z hukiem rynną z tej pogłębiarki wprost do szaland, które wywoziły ten bezcenny urobek na głębokie morze. Ojciec opowiadał o tym ze zgrozą i oburzeniem, gdyż mimo informowania o tym przełożonych, absolutnie nikt nie reagował. Plan robót musiał być wykonany i tyle. Ale w wyobraźni młodego chłopaczka to wszystko układało się w romantyczną opowieść o dawnych pirackich okrętach pełnych skarbów, które spoczywają ukryte na wyciągnięcie ręki, tuż pod lustrem wody.

Myślisz, że kiedyś tu wrócisz?

Bardzo bym chciał i myślę, że kiedyś to się stanie, ale mam jeszcze dzieciaki w szkołach i z doświadczenia wiem, ile zamieszania w życiu młodego człowieka potrafi wprowadzić zmiana miejsca zamieszkania, środowiska i szkoły. Przeszedłem przez to w dzieciństwie wielokrotnie i bywało, że nie było wesoło. Jednak od lat bawię się tą myślą w skrytości ducha, mimo że ceny nieruchomości w Trójmieście to jakaś abstrakcja.

Odnoszę wrażenie, że jesteś teraz w miejscu, gdzie spełniasz wszystkie swoje - może nie marzenia - ale... jak by to ująć... zachcianki? Najpierw odkurzyłeś Dzieci Kapitana Klossa, teraz stworzyłeś kompletnie autorski Cyrk Deriglasoff.

Wybacz, ale w moim odczuciu zachcianka to jest wtedy, gdy syn bogatego przemysłowca chce sobie kupić nowy kabriolet z czerwonymi siedzeniami i białymi oponami. Ja po prostu realizuję swoje plany zawodowe, licząc na to, że zaciekawię publiczność na tyle, by przyszła na koncert i zapłaciła za bilet czy płytę. Dzięki wpływom z biletów mogę utrzymać rodzinę, bo granie muzyki to dla mnie przede wszystkim zawód, a nie, jak niektórzy sobie wyobrażają, forma spędzania wolnego czasu. To zresztą bardzo niełatwe i wymagające dużej ilości pokory zajęcie.

Z setek moich muzycznych kolegów z dawnych czasów na scenie pozostało zaledwie kilku najtwardszych i najbardziej zdeterminowanych. Reszta zajęła się pewniejszymi źródłami dochodów, pracami, do których nie trzeba dojeżdżać setki kilometrów tylko po to, aby popracować przez parę godzin i znowu wracać kilkaset kilometrów po nocy. Gdzie nie trzeba bez przerwy nosić w tę i z powrotem ciężkich wzmacniaczy i instrumentów, inwestować w profesjonalny sprzęt, który co pewien czas wymaga nietaniej naprawy. Pracy, w której nie trzeba się wykłócać z nieuczciwymi pracodawcami, gdzie nie ma podłego jedzenia w przydrożnych barach i spania w hotelach rodem z filmu o zombie. Absolutnie nie jest tak, że narzekam, ja te wszystkie rzeczy akceptuję i na swój sposób lubię. Jest to dla mnie częścią mojego stylu życia, mojego dziwnego, szalonego świata. A nagrodą za te wszystkie niedogodności jest ten magiczny moment jedności z publicznością. Świadomość, że dałem im coś, być może ulotnego, ale jednak wyjątkowego i poruszającego.

Cyrk będzie już projektem długofalowym, na zawsze? Czy może jeszcze zdarzy ci się jeszcze zagrać w innych kapelach jak kiedyś?

Zawsze gram jednocześnie w kilku zespołach, tak jak zawsze czytam co najmniej trzy książki naraz. To część mojej osobowości - wielopłaszczyznowość działań i szerokopasmowość inspiracji. Jednak w obecnej chwili Cyrk to mój priorytetowy zespół, z którym mam zamiar spróbować zawalczyć o większą publiczność. Zatem w najbliższych miesiącach weźmiemy udział w kilku znaczących festiwalach, planujemy jesienną trasę klubową, następna płyta już w przygotowaniu, jak widzisz nie mam zamiaru zasypiać gruszek w popiele.

Powiedz mi, już na koniec, czy czujesz się dzięki Cyrkowi spełniony czy też jeszcze wiele przed tobą do odkrycia?

Spełniony? W moim słowniku nie ma takiego słowa. Po osiągnięciu na mej drodze kolejnego słupka milowego nie odnoszę wrażenia osiągnięcia celu. To po prostu mało istotny element mojej podróży, kolejny krok, kilometr, kontynent. Idzie się.

Opinie (19) 3 zablokowane

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

22

czerwca

Lato zaczyna się #wGdyni. C... Gdynia, Plaża Gdynia Śródmieście

23

czerwca

Grupa MoCarta - Wśród gwiazd Sopot, Tarasy przy Aquaparku

25

czerwca

Toto - 40 Trips Around The Sun Sopot, Opera Leśna

Kultura

Udany koncert plenerowy na Politechnice Gdańskiej
Udany koncert plenerowy na PG
Poznaj Gdańsk z Lokalnymi Przewodnikami i Przewodniczkami
Poznaj Gdańsk z nowej perspektywy

Kulinaria

Nowe lokale: pizza, risotto, tacos i pierogi
Nowe lokale: pizza, risotto, tacos i pierogi
Ponad dwieście rodzajów piwa na festiwalu Hevelka
Po festiwalu piwa Hevelka

Planuj z nami tydzień

Wygraj bilety,
sprawdź nasze konkursy

    Najczęściej czytane

    Sprawdź się

    Związany z Gdynią, polski saksofonista jazzowy, to: