Ewangelia św. Patryka. Recenzja filmu "Pitbull"

I powiedział Bóg do Vegi: "przeczytasz, Patryku, Stary Testament i zrobisz mi tu gangsterskie kino, ale tym razem bez żadnego śmieszkowania, takie na poważnie, jak kiedyś". Słowo filmem się stało. "Pitbull" to eksplodujące niedorzecznością teologiczne kino akcji, w którym reżyser biblijną narrację łączy z opowieściami o "Pershingu", "Masie" i diabolicznym bomberze wysadzającym w powietrze policjantów. Kuriozalna to produkcja, aczkolwiek odległa od najgorszych niewypałów Vegi. Równie odległa, niestety, również od pierwszego i niedoścignionego "Pitbulla".



"Pitbull", po tym jak w 2018 roku przygarnął go Władysław Pasikowski, wraca do prawowitego właściciela. Patryk Vega odzyskał prawa autorskie do zapoczątkowanej w 2005 roku serii. Po 16 latach jego filmowe stadko, bez Dorocińskiego, Stroińskiego czy choćby Stramowskiego, jest już jednak dość mocno przetrzebione, bo na reżyserskiej smyczy ostał się jedynie "Gebels". To właśnie historia Jacka Goca (Andrzej Grabowski) i psychopatycznego bombera o pseudonimie "Nos" (Przemysław Bluszcz) posłużyła Vedze do stworzenia piątego filmu w całym "pitbullowym" uniwersum.

Fabularnie podzielono film na dwie czasowe płaszczyzny. Pierwsza sięga lat 90., gdy "Nos" zostaje zleceniobiorcą pruszkowskiego bossa, "Pershinga" (Tomasz Dedek). To głównie z jego rozkazów specjalista od materiałów wybuchowych dokonuje kilkudziesięciu zamachów bombowych na terenie całego kraju. Przy okazji dorabia jeszcze na porwaniach dla okupu. Gdy "Nos" podkłada ładunek na jednej ze stacji benzynowych, ginie policyjny saper. Właśnie wtedy przestępca trafia na radar "Gebelsa", funkcjonariusza rozpracowującego wówczas "pruszkowskich". Rozpoczyna się pomiędzy nimi wyjątkowo brutalna i nieczysta gra, bo nawet stróż prawa nagina tutaj moralne zasady i kodeks obowiązujący mundurowych.

Ścieżki obu bohaterów ponownie przeplatają się 20 lat później. Syn "Gebelsa", Jarek (Sebastian Dela), studiuje informatykę, ale razem z grupą przyjaciół z roku dochodzi do wniosku, że od powolnej edukacji bardziej interesuje go szybki zysk. Dysponujący dostępem do nowoczesnej technologii i mający fachową wiedzę na temat alarmów młodzieńcy postanawiają okradać domy zamożnych właścicieli. Pechowo obrabiają posiadłość "Nosa", który w bezceremonialny sposób nakazuje studentom zwrot "fantów" i karne 10 milionów złotych rekompensaty. O sprawie dowiaduje się "Gebels", który musi teraz zdecydować, czy ratować za wszelką cenę syna i ponownie wypowiadać wojnę "Nosowi", czy posłać Jarka za kraty.

Syn "Gebelsa" (Andrzej Grabowski), Jarek (Sebastian Dela), wpada w kłopoty, bo obrabował nie tę osobę, którą powinien. Ojciec będzie musiał jeszcze raz stawić czoła bezwzględnemu "Nosowi", gangsterowi, który swoją pozycję w przestępczym świecie wypracował dzięki podkładaniu bomb i porwaniom.
Syn "Gebelsa" (Andrzej Grabowski), Jarek (Sebastian Dela), wpada w kłopoty, bo obrabował nie tę osobę, którą powinien. Ojciec będzie musiał jeszcze raz stawić czoła bezwzględnemu "Nosowi", gangsterowi, który swoją pozycję w przestępczym świecie wypracował dzięki podkładaniu bomb i porwaniom. mat. prasowe/ Kino Świat

Vega lubi wracać tam, gdzie był



Szczególnie na początku filmu Vega z powodzeniem wraca w swoje ulubione rejony kina i w sprawny sposób snuje opowieść o retrogangsterce. W swoim stylu interpretuje zabójstwa "Pershinga" i generała Papały, w krzywym zwierciadle portretuje "Masę" (Michał Karmowski) i nawiązuje do głośnych spraw, jak wybuch bomby na stacji Shell. Również na kolejnych etapach filmu inspiruje się historią zorganizowanej przestępczości, jak choćby wówczas, gdy grupę rabujących domy nerdów konstruuje na wzór słynnego "gangu karateków". Postać "Nosa" też ma swój pierwowzór - w osobie Andrzeja Pałuckiego, konstruktora bomb na usługach polskiej mafii, z którym Vega przeprowadził wielogodzinne wywiady.

Do chwytliwych historii i smakowitych wątków reżyser zawsze lubił dołączać sporo autorskiego komentarza w postaci niewybrednych żartów czy dosadnej przemocy. Tym razem jednak Vega niemal całkowicie z tego rezygnuje. Nie ma dowcipów "z brodą", fizjologicznego humoru i epatowania brutalnością. Doskonale widać to w jednej ze scen, gdy widzimy dopiero końcowy efekt tortur pewnego nieszczęśnika. "Dawny" Vega z całą pewnością pokazałby krok po kroku każdą katorgę, jaką wycierpiała ofiara, nie oszczędzając przy tym na sztucznej krwi. Widać więc pewną zmianę strategii. Widać też odpowiednią jakość w efektach specjalnych, bowiem wszystkie ekranowe eksplozje (a jest ich sporo) prezentują się świetnie. Niestety reżyserowi nadal nie znudziła się technika kręcenia połowy filmu z wykorzystaniem drona. Szkoda, bo ujęcia "z ręki" mają swoją niepodrabialną dynamikę.

W "Pitbullu" Patryk Vega wraca do słynnych spraw z lat 90. Pojawia się więc zabójstwo gen. Papały czy zamachy bombowe, jak ten na stacji Shell. Reżyser nadal ma smykałkę do interpretowania głośnych faktów związanych z działalnością polskiej mafii.
W "Pitbullu" Patryk Vega wraca do słynnych spraw z lat 90. Pojawia się więc zabójstwo gen. Papały czy zamachy bombowe, jak ten na stacji Shell. Reżyser nadal ma smykałkę do interpretowania głośnych faktów związanych z działalnością polskiej mafii. mat. prasowe/ Kino Świat

Scenariusz jak kościelne kazanie



Wydaje się, że wszystkie wymienione wyżej elementy świadczą o tym, iż rzeczywiście w nowym "Pitbullu" obserwujemy powrót Vegi do korzeni. Otóż niekoniecznie, bo owe korzenie sięgają znacznie dalej niż do 2005 roku. Dokładnie do... Starego Testamentu. Już w drugim akcie reżyser rozpoczyna mozolną i zupełnie przy tym bezsensowną ewangelizację. "Gebels" zasłuchuje się z coraz większą pasją w audiobookach streszczających biblijną Księgę Wyjścia, do której niebezpiecznie upodabnia się cała filmowa fabuła. Do tak absurdalnego stopnia, że w jednej ze scen policjanci czerwoną farbą znaczą hotelowe pokoje, które mają omijać napuszczeni przez "Gebelsa" zabójcy. W finałowej sekwencji w pastiszowy niemal sposób pokazano z kolei, jak przed pewnymi uciekinierami - niczym Morze Czerwone - rozstępuje się policyjny kordon. Końcowy monolog Andrzeja Grabowskiego pozostawię już bez komentarza.

Dosłowność, która od zawsze jest piętą achillesową Vegi, kolejny raz daje znać o sobie i zwyczajnie rujnuje film. Od momentu połączenia biblijnych plag i ucieczki Izraelitów z mafijno-policyjnym zatargiem "Gebelsa" i "Nosa", "Pitbull" zjeżdża po równi pochyłej w piekielne odmęty, gdzie fabuła nie ma już większego sensu i żadnej logiki. To nie tak, że religijne aluzje są nie na miejscu. Po prostu ich proporcje kompletnie zaburzają główny wątek. Kolejny raz (podobnie było w "Small World") Vega wszelkie konflikty na linii dobro-zło sprowadza do poziomu katechizmu. Zupełnie pozbawiając przy tym swoich bohaterów samodzielności i decyzyjności.

Trudno w "Pitbullu" znaleźć kompletne aktorskie kreacje. Nie brakuje natomiast ciekawostek w obsadzie. Na ekranie można zobaczyć m.in. mistrza UFC, Jana Błachowicza.
Trudno w "Pitbullu" znaleźć kompletne aktorskie kreacje. Nie brakuje natomiast ciekawostek w obsadzie. Na ekranie można zobaczyć m.in. mistrza UFC, Jana Błachowicza. mat. prasowe/ Kino Świat

"Pitbull" już w wieku emerytalnym



Taka teologiczna taktyka kręcenia filmów szkodzi także aktorom, bowiem w nowym "Pitbullu" ze świecą szukać udanej kreacji. Poziom stara się trzymać Andrzej Grabowski, ale w drugiej połowie filmu potencjał jego postaci zostaje gwałtownie zahamowany. Od początku za to w bardzo majestatyczne tony uderza Przemysław Bluszcz. Rozumiem, że twórcom zależało na ukazaniu "Nosa" jako niepokojącego i wzbudzającego grozę psychopaty, ale nie można po prostu w tak dosadny sposób portretować złoczyńcy, któremu do kompletnego anturażu brakuje już chyba tylko diabelskich rogów. Nie winiłbym aktora, lecz scenariusz pozbawiony właściwie dobrych dialogów. "Pitbulla" najlepiej oglądałoby się bez dźwięku. Poza Tomaszem Dedkiem (chętnie obejrzałbym go w głównej roli w filmie o "Pershingu") cały aktorski drugi plan prezentuje poziom z telewizyjnych paradokumentów. To trudne sprawy niestety.

Trudno również określić jakąkolwiek przyszłość "Pitbulla", bo zdaje się, że zarówno format, jak i materiał źródłowy zostały wyczerpane. Ciężko też opierać całą serię jedynie na barkach Andrzeja Grabowskiego, któremu ewidentnie brakuje wsparcia i starej ekipy. W nowym filmie Patryka Vegi zabrakło tymczasem umiaru i wstrzemięźliwości, choć tym razem akurat nie pod kątem realizacji, a scenariusza. Nadal jest to kino, które w mocno ograniczonym stopniu, ale jednak spełnia ogólnie przyjęte standardy masowej rozrywki i zagorzałym fanom twórczości reżysera może jeszcze przynieść odrobinę frajdy. Wydaje się jednak, że "Pitbull" policyjną służbę u boku Vegi zakończył i pora na zasłużoną emeryturę.

OCENA: 4/10

Film

Pitbull
4.0 32 oceny

Pitbull (9 opinii)

produkcja
Polska
premiera
11 listopada 2021
czas trwania
1 godz. 52 min.

Opinie wybrane


wszystkie opinie (42)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze

więcej artykułów »

Wydarzenia

Kazik
Kazik
rock / punk
mar 11
piątek, g. 20:00
Gdańsk, Stary Maneż
IRA
IRA
rock / punk
mar 12
sobota, g. 17:00
Gdańsk, Filharmonia Bałtycka
Pat Metheny - Side Eye
Pat Metheny - Side Eye
jazz
cze 3
piątek, g. 20:00
Sopot, Opera Leśna

Nowe Lokale

Sprawdź się

Sprawdź się

Koncert węgierskiego artysty Havasiego w Ergo Arenie w 2018 roku uznano za bardzo spektakularny ponieważ: