Wiadomości

Gdzie utknęli trójmiejscy podróżnicy?

Najnowszy artukuł na ten temat

Mniej ślubów w Trójmieście. Także tych plenerowych

Dorota i Michał dokumentują czas spędzony w Australii kręcąc filmy.

Pojechali w podróż i... utknęli. Na stronach naszego portalu często rozmawiamy z trójmiejskimi podróżnikami. Część z nich epidemia koronawirusa zastała właśnie na wyjeździe. Postanowiliśmy sprawdzić, gdzie się teraz znajdują, jak sobie radzą i jak zmieniły się ich plany na przyszłość.



Czy koronawirus pokrzyżował twoje plany podróżnicze?

tak, utknęł(a)m za granicą 5%
tak, musiałe(a)m szybko wracać do Polski 2%
tak, odwołałe(a)m zaplanowane na ten czas podróże 59%
nie, nic takiego się nie wydarzyło 34%
zakończona Łącznie głosów: 554

Na australijskiej wsi



Dorotę KacperekMichała Miziarskiego poznaliśmy jako twórców marki Pole Pole, produkującej ubrania w Tanzanii. Po zakończeniu pierwszego etapu projektu odzieżowego, podróżnicy wybrali się do Australii.

- Pięć miesięcy temu przylecieliśmy do Sydney. Gdy zarobiliśmy wystarczająco pieniędzy, spontanicznie kupiliśmy vana przerobionego na kampera i ochrzciliśmy go imieniem Vandzia. Aby przygotować się do podróży dookoła Australii, zostawiliśmy Vandzię u mechanika na dwa tygodnie... i wtedy nastała pandemia. Granice stanów Australii zamknięto, a wszystkie podróże zostały zabronione. Tymczasem my złożyliśmy już wypowiedzenie z mieszkania i po odbiorze auta, zamieszkaliśmy w nim. Kilka dni spędziliśmy przy plaży w Sydney zastanawiając się, gdzie możemy przeczekać pandemię.

Otworzył sklep z modą z Tanzanii. Michał Miziarski i jego Pole Pole



Trafiliśmy na grupę na Facebooku "Adopt a backpacker NSW", w której Australijczycy oferowali schronienie przyjezdnym w zamian za drobną pomoc w ich gospodarstwach. Po drodze mieliśmy sporo wzlotów i upadków. Z pierwszej farmy uciekliśmy po godzinie, gonieni przez tysiące komarów, innego dnia spisała nas policja i kazała wracać pod adres, na który mamy zarejestrowane auto... Sytuacja wydawała się beznadziejna, ale tego samego dnia pojechaliśmy sześć godzin drogi dalej i trafiliśmy na farmę pana Roberto, gdzie bezpiecznie zaparkowaliśmy naszą Vandzię. Uszyliśmy mu flagę, wyplewiliśmy ogródek i pomogliśmy w budowie ogrodzenia. Jesteśmy w górach i niedługo nadejdzie zima, co można odczuć już podczas chłodnych nocy. Liczymy na to, że pandemia minie szybko, a my ruszymy na ciepłą północ kontynentu. Tak czy siak, mamy i będziemy mieli o czym opowiadać w naszych filmach na YouTube - mówi Michał Miziarski.

Na kotwicy w zatoce White Bay



Na początku roku rozmawialiśmy z Małgorzatą i Krzysztofem Rybickimi, którzy ze swoimi dziećmi - sześcioletnim Stasiem i trzyletnią Anią postanowili spędzić trzy lata żeglując po morzach i ocenach. Plan podróży był bogaty, jednak epidemia pokrzyżowała im plany.

Spędzą z dziećmi trzy lata na morzach i oceanach



- Od trzech tygodni stoimy na kotwicy w zatoce White Bay przy wyspie Jost Van Dyke na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych - relacjonuje Małgorzata Rybicka. - Najpierw zamknięto granice kraju, a następnie wprowadzono tu pięciodniową całodobową godzinę policyjną. Zamknięto wszystko, łącznie ze sklepami i aptekami, po czym dano ludziom trzy dni na uzupełnienie zapasów. Pierwszego dnia zakupy mogły robić osoby o nazwiskach od A do I, drugiego od J do R, a trzeciego pozostali. W kolejkach stało się po 10 godzin... Po tych zakupach ogłoszono kolejną, dwutygodniową kwarantannę.

Załoga s/y Rybka podczas kwarantanny

Rodzina Rybickich utknęła na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych.


Jak wygląda codzienność przy takich obostrzeniach?

- Nie możemy iść do sklepu, uzupełnić wody, gazu, paliwa, a nawet zejść na plażę, do której mamy 50 metrów. Na szczęście jesteśmy żeglarzami z doświadczeniem bałtyckim, gdzie jachty prowiantuje się na kilka tygodni do przodu. Produkujemy prąd z paneli słonecznych, wodę pozyskujemy dzięki odsalarce, a butlę gazową udało nam się uzupełnić przed kwarantanną. Sami pieczemy chleb, a biały ser robimy z mleka w proszku. W zatoce jesteśmy sami, nasi jedyni sąsiedzi to płaszczki, żółwie i tarpony. Dajemy jednak radę! Wiemy, że tutaj lepiej nie chorować, bo lekarzy i szpitali jest tu jak na lekarstwo - mówi Małgorzata Rybicka.
Rodzina Rybickich musiała zmienić też swoje podróżnicze plany.

- Musimy w tym roku odpuścić Pacyfik. Nie dopłynęliśmy do Puerto Rico i do San Blas, a za kilka dni mieliśmy przechodzić Kanał Panamski. Nie odwiedzą nas też znajomi, którzy już mieli kupione bilety. Żeglujące po Pacyfiku rodziny z dziećmi nie mają, gdzie popłynąć, brakuje im gazu i paliwa, czasami też jedzenia... - mówi Małgorzata Rybicka. - Tu jesteśmy bezpieczniejsi. Musimy tylko zastanowić się, gdzie spędzić zbliżający się sezon huraganów. Mamy jeszcze dwa-trzy miesiące i wielką nadzieję, że otworzą się granice Trynidadu czy Grenady. Najważniejsze jednak, że jesteśmy razem - cali i zdrowi.

Pożar samochodu w Hiszpanii



Anna Maria BinieckaPrzemysław Trepka w połowie lutego wylądowali na lotnisku w Maladze. Plan podróży zakładał trzy miesiące podróży kamperem w stronę Polski.

- Od dłuższego czasu na południu Andaluzji stał zaparkowany Smok - duży, zielony dom na kółkach Anny Marii, który czekał na lepszy moment finansowy, aby wrócić nim do Polski. Planowaliśmy podróż powrotną rozciągnąć na trzy miesiące, pracując zdalnie, fotografując i nie spiesząc się - mówią Przemysław TrepkaAnna Maria Biniecka. - Dzień przed tym, kiedy Hiszpania miała zamknąć granice, o czym mówiły jeszcze niepotwierdzone informacje, postanowiliśmy wyjechać bardziej na zachód, w mniej zaludnione tereny. W tym pierwszym tygodniu Estado de alarma, każde nasze spotkanie z Guardią Civil czy policją, kończyło się na otrzymywaniu sprzecznych pouczeń. Na przykład w Conil de la Frontera, gdzie byliśmy 16 marca, policja nakazała nam jechać na kemping. Tam powiedziano nam, że z polecenia policji nie mogą nikogo więcej wpuszczać i skierowali nas do hotelu, ale hotele także nie przyjmowały nowych gości. Pomimo zamknięcia granic, dowiedzieliśmy się od konsula w Madrycie, że do Polski możemy jechać, że powinni nas wypuścić z Półwyspu Iberyjskiego.
Anna Maria i Przemek ruszyli w podróż powrotną do Polski, obserwując mapę zachorowań w Hiszpanii, śledząc doniesienia z Polski i omijając duże miasta.

- Gdy usłyszeliśmy, że Hiszpania planuje zaostrzyć regulacje, wbrew wcześniejszym planom, postanowiliśmy udać się na północ, pod Saragossę, gdzie znajomi Anny Marii niedawno kupili dom, którego remont został wstrzymany przez wirusa. Nie wiedzieliśmy, co tam będzie, poza tym, że będziemy mogli tam swobodnie zaparkować i nikt nie powinien się nami interesować - relacjonują podróżnicy. - Nasi znajomi, przestrzegając panujących zasad, chroniąc swoje, swojego dziecka i nasze zdrowie nie mogli się z nami spotkać w "normalny" sposób. Mieliśmy swoistą "ustawkę" na stacji benzynowej, w maseczkach, po zmroku, gdzie przez uchylone okno nastąpiło przekazanie klucza. Przez najbliższe dwa dni padał deszcz. Regenerowaliśmy się po trasie, praktycznie nie wychodząc z vana. Gdy wreszcie wyszło słońce, mogliśmy wziąć ciepły prysznic w Smoku (w domu jest tylko zimna woda), wyjąć koce, śpiwory, poduszki i posprzątać. Kończyły nam się zapasy świeżej żywności, w planie zatem była również "wycieczka" po zakupy - prawdziwa "atrakcja" w dobie COVID-19.
Niestety, to nie był koniec trudnych przejść Ani i Przemka.

- Gdy Anna Maria pojechała do sklepu i po raz pierwszy mogliśmy się rozdzielić, wraz ze mną pozostało kilka, pozornie przypadkowych rzeczy; co jednak ważne, nasz sprzęt komputerowy i fotograficzny. Nie minęło wiele czasu, jak otrzymałem od Anny telefon; z cierpieniem i płaczem powiedziała, że Smoka nie ma - straciliśmy nasz dom, Smok spłonął. Gdy dotarłem na miejsce, nie było już policjantów ani strażaków. Stała tylko zapłakana, brudna od sadzy, lekko poraniona i trzęsąca się Anna. W tle, niczym po niedokończonym prysznicu, stał utopiony w pianie spalony Smok - mówi Przemysław Trepka.
Podróżnicy przez tydzień odzyskiwali z vana to, co nie spłonęło. Później samochód pojechał lawetą na prywatny parking. Decyzje co do jego przyszłości nie zostały jeszcze podjęte. Ania i Przemek mieszkają w tej chwili w domu ich hiszpańskich przyjaciół, gdzie w podziękowaniu za schronienie, robią remont. Ich przyjaciele zorganizowali zbiórkę, żeby wspomóc ich finansowo w tej trudnej sytuacji,  a Anna i Przemek kontynuują się zbierając fundusze na nowy środek lokomocji.

- To, co do nas spłynęło, niezależnie od wysokości kwoty, miało gigantyczną moc. Do tego stopnia, że potrafimy znaleźć w tym, co się wydarzyło inspirację i naukę. Wiemy, że nie chcemy żyć inaczej. By się dalej rozwijać i tworzyć, potrzebujemy samochodu, w którym możemy mieszkać - tylko wtedy czujemy się na swoim miejscu. To, co zbierzemy, chcemy przeznaczyć na Nowe Wcielenie Smoka - mówią Anna Maria BinieckaPrzemysław Trepka. - Nie wiemy, jak długo będziemy szukać ani ile będziemy potrzebować. To może potrwać wiele miesięcy. Będziemy wdzięczni za każdą formę wsparcia. Przygotowaliśmy symboliczne dowody wdzięczności w postaci pomysłowych niespodzianek i myślimy nad kolejnymi, a jesteśmy bardzo kreatywni. Dziękujemy!

Kwarantanna w Salwadorze



Anita Demianowicz miała zupełnie inny plan na tegoroczną wiosnę. Podróż do Salwadoru, a następnie powrót na festiwal TRAMPki - Spotkania Podróżujących Kobiet, którego jest organizatorką. Niestety, festiwal został przeniesiony na jesień, a podróżniczka utknęła w kwarantannie.

Motywuje kobiety do podróży. Rozmowa z Anitą Demianowicz



- Do Salwadoru wjechałam w dniu, w którym zamykali granicę. Udało mi się jeszcze wjechać, ale gdybym dotarła godzinę później, zostałabym odesłana z kwitkiem. Salwador jako pierwszy kraj na świecie zdecydował się na tak drastyczne posunięcie, czyli totalne zamkniecie granic. Dzięki temu jednak krzywa zachorowań wzrasta tu bardzo powoli w porównaniu do wyliczeń, które przeprowadzono w oparciu o rozprzestrzenianie się wirusa w krajach europejskich. Od 11 marca każda osoba, która przyjeżdża na granicę lądową, jeśli jest Salwadorczykiem lub rezydentem, wieziona jest na 30-dniową kwarantannę do specjalnych ośrodków. Turyści nie są w ogóle wpuszczani. Przypadków "domowych" jest zaledwie kilkanaście. To głównie ci, którzy nielegalnie przekroczyli granicę i nim ich złapano, zdążyli mieć kontakt z większą liczbą osób - tłumaczy Anita Demianowicz.
Anita Demianowicz czas epidemii spędza w Salwadorze.
Anita Demianowicz czas epidemii spędza w Salwadorze. mat. prasowe
21 marca Salwador wprowadził obowiązkową, trzytygodniową kwarantannę dla wszystkich. Podróżniczka również jej podlega, co opisuje na swoim bloguInstagramie.

- Można wyjść tylko do sklepu, do apteki, lekarza. Na zakupy może wyjść tylko jedna osoba z rodziny. Plaż pilnują policjanci. Na wejściu do sklepu mierzą temperaturę. Złamanie kwarantanny niesie ze sobą konieczność spędzenia kwarantanny w specjalnym ośrodku, z dala od rodziny. Zniesione zostały opłaty za gaz, wodę, prąd, internet, telefon itd. i wielu obywatelom przysługuje pomoc w postaci 300 dolarów. Tu wiele osób żyje z dnia na dzień i jeśli nie wyjdzie jednego dnia do pracy, to często tego dnia nic nie zje. Obecnie wydłużono o cztery dni kwarantannę, by w tym czasie zdecydować, czy wydłużyć ją o kolejne dwa tygodnie, a nawet o miesiąc, by uniknąć rozprzestrzenianie się wirusa. Obawiam się jednak, że ludzie tu tego nie wytrzymają, bo wielu nie ma już z czego żyć - mówi Anita Demianowicz.

07

sierpnia

Sanah Sopot, Opera Leśna

08

sierpnia

LemON - Summer Acoustic Sopot, Opera Leśna

12

sierpnia

Nowe idzie od morza do Wrze... Gdańsk - wrzeszcz,

Kultura

Kobieca moda w czasach II wojny światowej
Kobieca moda w czasach II wojny światowej
Znikająca wystawa trwała pięć minut
Znikająca wystawa trwała pięć minut

Kulinaria

Ranking: najlepsze bistra w Trójmieście
Ranking: najlepsze bistra w Trójmieście
Do restauracji z pupilem. Lokale przyjazne zwierzętom
Lokale przyjazne zwierzakom

    Najczęściej czytane

    Sprawdź się

    Sezon letni w Gdyni inauguruje festiwal: