Wiadomości

stat

Immortal Onion, Dalekie, Where is Jerry, Kalafior Derambo - recenzje nowych płyt z Trójmiasta

Immortal Onion to jeden z najciekawszych młodych zespołów jazzowych z Trójmiasta.
Immortal Onion to jeden z najciekawszych młodych zespołów jazzowych z Trójmiasta. mat. arch. zespołu

Młodzieńcza siła w jazzie i tanecznej elektronice, powrót indie rocka przetasowanego z grungem oraz rap, jakiego w Trójmieście od dawna brakowało. Oto cztery nowe wydawnictwa lokalnych artystów.



Immortal Onion - "Ocelot of Salvation" (Requiem Records)
"Nagranie na setkę" - to określenie zawsze przykuwa szczególną uwagę, ponieważ taki sposób rejestracji dźwięków oznacza uchwycenie wspólnej gry zespołu bez dokładania, przesuwania czy dzielenia ścieżek poszczególnych instrumentów na komputerze. Oznacza to, że wszystko, co słyszymy na "Ocelot of Salvation", trójmiejskie trio faktycznie potrafi odegrać, a jest to o tyle bardziej imponujące, że parają się wymagającą muzyką o jazzowym rodowodzie.

Gdyby korzystali z tej samej nazwy, ale zapisywanej w ojczystym języku, prawdopodobnie każdemu kojarzyliby się z jedną z wielu zawadiackich punk rockowych grup walczących z "systemem" przy użyciu humoru, na przykład z Sedesem czy Defektem Muzgó. Nieśmiertelna Cebula nie jest jednak żartem, lecz przedsięwzięciem korzystającym z szerokiej gamy inspiracji krążących wokół jazzu, a także przenikających jego mniej i bardziej eksperymentalne formy. Muzycy jako swoich ulubieńców wymieniają Esbjörna Svenssona, Hiromi Ueharę oraz Tigrana Hamasyana i rzeczywiście na "Ocelot of Salvation" wyraźnie słychać charakterystyczne dla tych twórców połączenie technicznej sprawności oraz rzadkiej umiejętności emocjonalnego poruszania.

Na papierze Immortal Onion może przypominać klasyczne trio z sekcją rytmiczną w tle oraz pianistą w roli lidera, ale nie bez przyczyny zespół nie nazywa się Tomir Śpiołek Trio. Każdy z muzyków w każdej z kompozycji wychodzi na front, a także tworzy odpowiednią przestrzeń dla ekspozycji kolegów i właśnie dzięki "nagraniu na setkę" najwyraźniej słychać, że mamy do czynienia ze znakomitym zespołem, a nie zbiorem zapatrzonych w siebie indywidualistów. Ci trzej młodzi gdańszczanie mają ogromny potencjał i na pewno warto zobaczyć ich występ chociażby 11 listopada podczas festiwalu Jazz Jantar.

Dalekie - "Futurama" (wydanie własne)
Wiadomo nie od dziś, że w Trójmieście rządzą gitary, a jeżeli już elektronika, to - poza kilkoma wyjątkami (na przykład Uku) - eksperymentalna, wymierzona w słuchacza o bardzo specyficznym guście. Kiedy więc pojawia się wydawnictwo z syntetycznymi dźwiękami, do których można tańczyć, mamy do czynienia z prawdziwym świętem.

EPka "Futurama" to nawet święto podwójne, bo nie dość, że muzyczne rewiry w Trójmieście dość rzadko eksploatowane, to jeszcze świeże i fascynujące podejście do tematu. Za wszystkim stoją Marcin Szulc, młody producent z Sopotu oraz jego laptop, a zaczęło się od pięknego gestu Trenta Reznora z Nine Inch Nails, który udostępnił część swoich utworów w wersjach umożliwiających swobodne tworzenie remiksów. Pomysły trójmiejskiego muzyka okazały się... dalekie od oryginału i właściwie jedynym, co łączy obydwa projekty jest chłodna, posępna aura. Prędzej przypasujecie jednak Szulca do londyńskiego Burial niż do prekursora industrialnego rocka.

"Futurama" trwa dwadzieścia minut, można by pomyśleć, że mało, ale intensywność tego materiału sprawia, że jest to objętość doskonała, nie przemęczająca i nie pozostawiająca niedosytu. Bity o tak dużej sile muszą się podobać, trudno pozostać obojętnym wobec czegoś, co prowokuje fizyczną reakcję, a jednocześnie ma do zaproponowania wystarczająco interesujące walory artystyczne, aby nie popaść w typowo imprezowe dudnienie. Materiał na kolejne wydawnictwo już jest, według zapowiedzi ma być "ciężej i brudniej" i aż się prosi, żeby dopisać także "lepiej".

Where is Jerry - "Bang! Bang!" (wydanie własne)
"Bang! Bang!" to czwarte wydawnictwo trójmiejskiego tria, a zarazem pierwszy studyjny materiał o długości przekraczającej czterdzieści minut. Baczni obserwatorzy lokalnej sceny muzycznej znają ich jednak doskonale z wielu koncertów, a także z wcześniejszych wcieleń poszczególnych muzyków - Tomek i Mateusz tworzyli sekcję rytmiczną nieodżałowanego Kevin Arnold, a Przemek to gitarzysta i wokalista, którego kilkukrotnie miałem przyjemność wysłuchiwać w... nu metalowym Line-In 01. Od razu podkreślę - to był naprawdę solidny nu metal i proszę się nie nabijać, że nie istnieje coś takiego, jak "solidny nu metal".

Nie znam historii kryjących się za dwunastoma opublikowanymi na początku czerwca utworami, ale umieszczone na jednym wydawnictwie nadają mu charakter kompilacyjny - niewiele pomiędzy nimi spójności, nie ma wyraźnego klucza, co oczywiście samo w sobie nie jest niczym złym. Bardziej przeszkadza zestawienie świetnych, chwytliwych pomysłów (najlepszy przykład to piosenka tytułowa) z transparentnymi, niepozostawiającymi żadnego śladu w pamięci indie rockowym (utrzymanymi w duchu lat 90.) standardami (na przykład "Black" albo "High Above").

Największą zaletą "Bang! Bang!" jest szczerość. Surowe nagrania i autentyczne zaangażowanie muzyków potrafią wciągnąć na dłużej, ale kiedy już raz zaprzestanie się zapętlania tego albumu, trudno znaleźć motywację, aby do niego wrócić.

Kalafior Derambo - "Bugibba" (Nasiono)
W lipcu recenzowałem najnowszy album RDW, zasłużonego rapera z Trójmiasta, który chwaliłem za "oldschoolowe" bity, a przy okazji narzekałem na typowe teksty "ulicy", z jakimi za nic nie potrafię się identyfikować. Niedługo później odkryłem Kalafior Derambo, a te dwa elementy niespodziewanie znalazły się w idealnej równowadze.

Syny, Pro8l3m, Almost Famous - to jedne z nielicznych współczesnych, rapujących projektów z Polski niosących za sobą większą niż doczesna, czysto imprezowa wartość. Podkłady, flow, snute przez nie opowieści są efektem solidnej, przemyślanej pracy, która jeżeli czerpie z aktualnych trendów, to wyłącznie biorąc je w niewolę, a nie bezwiednie za nimi podążając. Kalafior Derambo dołącza do tego grona, aczkolwiek bardziej niż wszyscy z wcześniej wymienionych może okazać się niestrawny dla fanów KęKę, Palucha i innych raperów ze szczytów notowań OLiS.

Podobnie jak Kaliber 44, także Kalafior Derambo nie ma precyzyjnie określonego odbiorcy, najłatwiej można by sklasyfikować jako po prostu fana muzyki alternatywnej. Zestawienie akurat tych dwóch przedsięwzięć nie jest natomiast przypadkowe - obydwa brzmią jak symbole minionej epoki, z tym, że Kaliber faktycznie nim jest, a Kalafior robi z przeszłości gatunku znakomity użytek i okrasza archaiczne bity słowami trafiającymi do dzisiejszego słuchacza.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (20)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Najnowsze wiadomości

Kalendarz imprez

kalendarz

Zdjęcia z imprez

    Nowe lokale

    Najczęściej czytane