Wiadomości

stat

Kiev Office: Kosmopolityzm kontrolowany, dźwięki nieokiełznane

Kiev Office: Jesteśmy w bardzo fajnym dla nas miejscu. "Modernistyczny Horror" spaja i podsumowuje wszystkie wątki muzyczne, które dotychczas miały miejsce na naszych płytach. Nigdzie się nie spieszymy i pozwalamy naszej muzyce dojrzewać, robimy absolutnie co chcemy.
Kiev Office: Jesteśmy w bardzo fajnym dla nas miejscu. "Modernistyczny Horror" spaja i podsumowuje wszystkie wątki muzyczne, które dotychczas miały miejsce na naszych płytach. Nigdzie się nie spieszymy i pozwalamy naszej muzyce dojrzewać, robimy absolutnie co chcemy. fot. Paweł Jóźwiak

Kiev Office to zespół, który stał się jedną z wizytówek trójmiejskiej sceny muzyki niezależnej. Gdyńskie trio jest potwierdzeniem tezy, że tu, nad morzem, zawsze wiatr wiał inaczej, dzięki czemu i muzyka była wyjątkowa w skali kraju. Nam opowiedzieli o swojej trwającej już dziesięć lat historii i o tym, co po nich może nastąpić.



Patryk Gochniewski: Z początku powieje nudą i sztampą, ale to pytanie samo się nasuwa. Bo jednak dekada to dość sporo. Jak się z tym czujecie. Jesteście zadowoleni z tych dziesięciu lat Kiev Office?

Michał Miegoń: Kiev Office to już po części styl życia, który uskuteczniamy spotykając się razem. Mamy za sobą blisko setkę skomponowanych utworów, pięć albumów i masę pomysłów na kolejne muzyczne przygody. Każdemu życzę takich dziesięciu lat w życiu w takim gronie przyjaciół, a warto dodać, że znamy się jeszcze dłużej, bo od lat wczesnonastoletnich. Nawet jeśli po drodze nad grupą unosiły się burzowe chmury, to zawsze można było je przepędzić lub schować się pod dach. Kiev Office ma najważniejsze miejsce w moim sercu spośród muzycznych projektów, w których uczestniczę, bo historia grupy rozpoczęła się od zacisza pokoju, gdy mieszkałem jeszcze z rodzicami. Choć wówczas już wiedziałem, że chcę się zajmować muzyką. Zamykając tę dekadę, jesteśmy gotowi na nowe rozdanie kart.

Krzysztof Wroński: Odwiedziliśmy fantastyczne miejsca, poznaliśmy fantastycznych ludzi i podróżowaliśmy fantastycznymi środkami transportu. A przede wszystkim każde z naszej trójki dało duży kawał siebie tworząc Kiev Office, który jest teraz dla nas chyba jednak czymś więcej niż po prostu zespołem.

Joanna Kucharska: Kiev Office to zdecydowanie historia naszego dorastania, muzycznego i nie tylko. Nie zmieniłabym nic z tych ostatnich dziesięciu lat i jestem bardzo ciekawa kolejnych.

Kiev Office: "Modernistyczny Horror" - recenzje nowych płyt z Trójmiasta

Ten okres przypieczętowaliście płytą - "Modernistyczny horror". Pierwszy człon tytułu jednoznacznie kojarzy się z waszą Gdynią. Ale drugi? To jakaś uszczypliwość w czyimś kierunku?

MM: Płyta jest hołdem dla wszystkich gdyńskich oficyn, podwórek i miejsc z tajemnicą, z dreszczykiem, które uwielbiamy. Doceniamy gdyńskie walory modernistyczne i miejsca reprezentatywne. Jednak dla nas, jako artystów, szczególnie inspirujące są szlaki nieuczęszczane, wymykające się jednoznacznym ocenom - tam znajdujemy również piękno. Zawodowo zajmuję się również dziejami miasta Gdynia, wykorzystałem więc w tekstach sporo legend miejskich. Album zabiera słuchacza w podróż do jądra miasta. Bez retuszu, bez zbędnego cukru. Nasza trójka razem zwiedziła niejeden tunel przeciwlotniczy, podwórko czy krzaki. Warto dodać, iż przy okazji płyty Paweł Jóźwiak sfotografował nas w opuszczonej modernistycznej kamienicy w dzielnicy Działki Leśne.

Każdy z nas kocha Gdynię i jesteśmy dumni mogąc ją reprezentować na arenie muzyki rockowej lub, jak kto woli, alternatywnej. Gdynia to moc! Jeśli chodzi o horror z tytułu, to odnosi się on do kondycji współczesnego człowieka i pochłaniania natury przez tkankę miejską, co potraktowaliśmy w kontekście szerszym, globalnym, jak w utworach "8 Lat w Tybecie" i "Daj mu jeść".

JK: Dla mnie tytuł jest częściowo umiejscowieniem nas w pastiszowej rzeczywistości - Gdyni z kampowych horrorów, wynaturzonych budynków modernistycznych, tajemniczych potworów ze studzienek kanalizacyjnych.

Moim zdaniem, na obecnej scenie muzyki niezależnej, tworzycie obok Spiętego z Lao Che najciekawsze treściowo i językowo teksty. To był od początku wasz znak rozpoznawczy - macie jeszcze trudności z pisaniem czy przychodzi to już z łatwością?

MM: Na naszych albumach zdecydowanie przeważają piosenki, które stanowią dziewięćdziesiąt procent naszej twórczości, więc widocznie pisanie przychodzi z łatwością. Na dzień dzisiejszy mam już gotowych kilkanaście tekstów na kolejny album, staram się utrzymywać reżim pracy. Począwszy od płyty "Modernistyczny Horror" zaczynamy pracę od tekstów, muzyka przychodzi później. Nie wyobrażam sobie, abyśmy grali jedynie muzykę instrumentalną, tekst jest równie ważny co muzyka, nadaje ton i nastrój charakterystyczny dla naszej twórczości.

Lubicie indie-rock?

MM: Lubię. Generalnie doceniam każdy gatunek muzyczny. Czy to indie-rock, trash-metal, trap, techno, jazz albo i nawet muzyka biesiadna - wartością muzyki jest to, iż porusza w człowieku czułe struny, trafia do jego serca, wywołuje emocje.

KW: Więcej teraz słucham instrumentalnych folków i dronów, ale ładnymi, smutnymi piosenkami wciąż nie pogardzę

JK: Lubię indie-rock, bo wzbudza we mnie nostalgiczne uczucia, takie jak tęsknotę za liceum, ale nie powiem, żebym słuchała go obecnie dużo.

Kiev Office
Kiev Office fot. Paweł Jóźwiak
Pytam, bo jakby z marszu zostaliście przypisani do tego nurtu, ponieważ powstaliście w momencie ponownego jego rozkwitu. Jednak nigdy nie tworzyliście w jego sztywnych ramach. Przeszkadza wam ta łatka czy już się z niej otrzepaliście?

KW: Bardziej podoba mi się łatka autorstwa naszego przyjaciela, Maxa Białystoka z zespołu Królestwo - indie art punk

MM: Tak, indie art punk to my. Faktycznie, gdy zespół startował koncertowo na początku 2008 roku, dziennikarze przypisywali nas do gatunku indie. Warto pamiętać, że był to wówczas moment królowania tego nurtu na świecie oraz prób jego przeszczepienia na grunt krajowy - czasopismo PULP, imprezy z muzyką indie i cała fala grup. Nie było naszą intencją podłączyć się do tego nurtu, natomiast w Gdyni, w tamtym czasie, faktycznie istniały niemalże same grupy post-grunge'owe i metalowe, więc odświeżające było dla nas granie w stylu The Fall, Franz Ferdinand, Bloc Party, których słuchaliśmy, bo sami towarzysko co sobotę uczęszczaliśmy na legendarne imprezy Indie Night Party w Uchu.

Nasz pierwszy album, "Jest Taka Opcja", to obraz tamtych czasów. Roztańczonych, pełnych hi-hatów i wysoko nastrojonych gitar. Jednak w 2010, wraz z albumem "Anton Globba", przenieśliśmy się w krainę nieoczywistości, totartu i utworów, które ciężko jednoznacznie sklasyfikować. Na początku była zabawa, potem wykorzystywaliśmy naszą muzyczną erudycję w sposób dość bezkompromisowy dla słuchacza, co do dziś sprawia nam frajdę - gra konwencjami. Koncertowaliśmy zarówno z NoMeansNo, Schizmą, ale i z formacjami elektronicznymi. Osobiście nie mam problemu z tym, jeśli ktoś nazywa nas zespołem indie-rockowym. Ja sam mówię, że gramy po prostu rock, tudzież rock alternatywny.

Zastanawiacie się jeszcze czasem, kto i dlaczego wpadł na pomysł, aby wasze dość przestrzenne i jednoznacznie nieokreślone brzmienie ubrać w szaty prostych akordów?

KW: Nie.

W jakim miejscu jesteście w tym momencie jako Kiev Office? Bo spotykam się z pytaniem "to oni jeszcze grają?". Nie wychylacie się, przyznajcie.

KW: Kiev dalej jest dla nas statkiem matką, do którego wracamy. Znamy się i gramy ze sobą tak długo, że nie czujemy jakiejś presji, by tworzyć materiał na siłę, bo tak trzeba. Energia sama się pojawia, czasami wcześniej, czasami później. Zresztą z takiego luźnego podejścia, nagle, w ciągu zaledwie kilku, kilkunastu prób skomponowaliśmy całość "Statku Matki".

MM: Jesteśmy w bardzo fajnym dla nas miejscu, uważam iż "Modernistyczny Horror" spaja i podsumowuje wszystkie wątki muzyczne, które dotychczas miały miejsce na naszych płytach. Nigdzie się nie spieszymy i pozwalamy naszej muzyce dojrzewać, robimy absolutnie co chcemy. Stąd może wrażenie, iż pojawiamy się i znikamy. Uważam, że jest to bardzo higieniczne, bo pozwala zachować świeżość i radość wspólnego grania. Wielu wieszczyło nasz koniec, ale pod względem funkcjonowania jesteśmy przygotowani na taktykę kaszubskiego The Rolling Stones i będziemy grali póki mamy siłę.

JK: Robimy to bez zadęcia, dla zabawy. W takiej atmosferze materiał w zasadzie robi się sam.

Ale z drugiej strony media o was pamiętają. I to nie tylko te lokalne. Przekłada się to na, powiedzmy, sprzedaż płyt w skali kraju?

MM: Sprzedaż płyt w Polsce to temat analizowany przez wiele mądrych głów i myślę, że wiesz o tym, iż płyta jest obecnie raczej wizytówką i nierzadko pretekstem do grania koncertów. Jako zespół być może myślimy o płycie staroświecko, jako pewnego rodzaju całość. Wydajemy albumy z potrzeby ducha. Wtedy, gdy mamy coś wartościowego do przekazania. Na szczęście, mimo rozpieszczonego streamingiem współczesnego odbiorcy, każdorazowo czeka na nas baza fanów, która jest zainteresowana naszą nową propozycją i, tak jak my, ceni fizyczny nośnik, który każdorazowo staramy się graficznie uatrakcyjnić. Cieszy nas również popularność utworu "Cafe Santana", dzięki któremu nasz nowy album trafił również do słuchaczy niekoniecznie obeznanych z muzyką alternatywną.


Udzielacie się też w dużej liczbie innych projektów - nie zaniedbujecie przypadkiem trochę swojego statku-matki?

KW: Jak mówiłem wcześniej - do statku-matki zawsze się wraca, a dłuższe nieobecności mogą przynieść tylko nową dozę świeżych pomysłów.

MM: Moglibyśmy siedzieć na tym statku cały czas, ale jest tyle ciekawych lądów do odwiedzin... Życie jest krótkie i należy je wykorzystywać do maksimum. Oczywiście z zachowaniem podstawowych zasad BHP typu zdrowy sen. Tak naprawdę nigdy nie wypadliśmy z obiegu - gramy cały czas, planujemy, komponujemy, może nie zauważycie nas na wielomiesięcznych trasach koncertowych, ale nie pozwalamy o nas zapomnieć, nawet w przerwach między wydawaniem płyt.

Udaje wam się zachować zdrowy balans między tym wszystkim? Bo podobno ważna jest dla was liczba "4" - jako synonim harmonii. Was jest jednak trójka, projektów pobocznych na pewno więcej. Nie boicie się czasem, że możecie się pogubić? Czy też wszystko ma swoje miejsce i czas?

KW: U mnie to kwestia aktualnych pomysłów i natchnienia. Kiedy coś się pojawia, potrafię rzucić wszystko inne i wpaść w wir pracy. Więc tak, czasami trudno pogodzić ilość obowiązków, a doba jest zwyczajnie za krótka. Na szczęście na próby Kiev Office zawsze udaje mi się dotrzeć. Choć nieraz z opóźnieniem.

MM: Akurat zespoły, w których się udzielamy, grają na tyle inne nastrojowo utwory, iż raczej nie mamy szansy się pogubić. Kosmopolityzm kontrolowany, dźwięki zaś nieokiełznane.

Nie było was trzy lata, wróciliście na dziesięciolecie. Planujecie jakieś bardziej huczne świętowanie czy to nie w stylu Kiev Office?

KW: Świętowanie było wyjątkowe - zagraliśmy nasz jubileuszowy koncert w studiu koncertowym im. Janusza Hajduna w Radiu Gdańsk, w ramach cyklu Metropolia jest Okey. Wraz z nami wystąpili fantastyczni goście: Przemysław Dyakowski, Maciej Polak z Pin Park, Piotr Czerski, Marcin Lewandowski z Judy's Funeral i to była właśnie ta energia, radość, moc. Energia taneczna była rozsiewana z entuzjazmem godnym naszych początków, z siłą co najmniej tuzina indie-rockowych kapel.

MM: W tym roku czeka na nas album koncertowy z prawdziwego zdarzenia, rejestrowaliśmy go właśnie podczas tego magicznego wieczoru. Planujemy również serię koncertów z przekrojowym materiałem no i pracę nad kolejnym premierowym materiałem. Ten rok jest również ważny z powodu pozytywnych i ożywczych zmian dotyczących przyszłości zespołu, o których wszyscy zainteresowani przekonają się tej wiosny.

Kiev Office
Kiev Office fot. Paweł Jóźwiak
Na pewno największym prezentem musi być dla was to, że jubileuszowa płyta jest uznawana za najlepszą w waszym dorobku.

MM: Myślę, że nie będę zaprzeczał, że jest to bardzo miłe i budujące. Jest też to pewne wyzwanie - teraz należy tą poprzeczkę przeskoczyć!

JK: Na pewno jest najdojrzalsza muzycznie i jest w pewnym sensie skwitowaniem naszej artystycznej drogi ostatnich dziesięciu lat.

Dokąd zmierza teraz statek-matka - jak długo będzie krążyć zanim znów na chwile zaparkuje na gdyńskim parkingu?

KW: Statek-matka krąży teraz po wodach Bałtyku, nie oddalając się zbytnio od gdyńskiego portu. Niespiesznie generuje nowe, przestrzenne dźwięki. Może za jakiś czas na powrót zawinie do Gdyni.

MM: Nie parkujemy na chwilę - mamy stały abonament parkingowy. Wypatrujcie nowin na naszym facebooku, bo mamy zamiar się rozprzestrzeniać na kolejne obręby i rewiry. I zapraszamy do Gdyni!

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (27)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

11

grudnia

Merylin Mongoł Gdynia, Teatr Muzyczny

14

grudnia

Karolina Czarnecka: Solariu... Sopot, S.F.I.N.K.S 700

14

grudnia

Cohen i Kobiety Gdynia, Gdynia Arena

Kultura

Teatr Miejski w Gdyni zostanie przebudowany
Teatr Miejski w Gdyni do przebudowy
Sztuka pod młotkiem w Sztuce Wyboru
Sztuka pod młotkiem w Sztuce Wyboru

Kulinaria

Jak smakują Święta? Sprawdź na Smakuj Trójmiasto
Sprawdź, jak smakują Święta

Planuj z nami tydzień

Wygraj bilety,
sprawdź nasze konkursy

    Najczęściej czytane