Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz: Berlin dał mi spełnienie, a Thierry Mugler miłość

Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz: Przez długi czas chciałem zaskakiwać. To było dla mnie priorytetem w działaniu. Jednak po pewnym czasie wykształcił się we mnie taki język wypowiedzi, że jestem uczciwy wobec siebie - w życiu i w tym, co robię. A to, że ciągle pojawia się nowe medium czy środki wyrazu, to wynika z tego, że mam otwarty umysł. Więcej widzę, zauważam. Świadomie się rozwijam duchowo, a co za tym idzie - jako artysta.
Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz: Przez długi czas chciałem zaskakiwać. To było dla mnie priorytetem w działaniu. Jednak po pewnym czasie wykształcił się we mnie taki język wypowiedzi, że jestem uczciwy wobec siebie - w życiu i w tym, co robię. A to, że ciągle pojawia się nowe medium czy środki wyrazu, to wynika z tego, że mam otwarty umysł. Więcej widzę, zauważam. Świadomie się rozwijam duchowo, a co za tym idzie - jako artysta. fot. Studio Metrage

Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz to bez wątpienia jeden z najbardziej znanych przedstawicieli trójmiejskiego świata artystycznego. Przekraczający granice, często prowokujący, czasem szokujący, zawsze szukający nowych artystycznych wyzwań. Prywatnie jednak to niesamowicie ciepły, sympatyczny, otwarty i inteligentny człowiek, a rozmowa z nim jest czystą przyjemnością. Od wielu lat dzieli swoje życie między Sopotem i Berlinem. Jak sam mówi, jest teraz szczęśliwy. Zarówno jako artysta, ponieważ w końcu jest całkowicie niezależny, jak i w życiu, które prowadzi z partnerem, światowej sławy projektantem Manfredem Thierrym Muglerem. Od piątku, 8 października, w sopockich Dwóch Zmianach będzie można oglądać jego najnowszą wystawę.



Sprawdź repertuary teatrów do końca roku



Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz - ur. 15 lipca 1963 roku w Lipianach - aktor, performer, choreograf. W latach 1987-1995 był tancerzem i asystentem choreografa w Teatrze Ekspresji w Sopocie. Brał udział we wszystkich realizacjach scenicznych i filmowych teatru. Od 1995 roku prowadzi własny teatr - Patrz Mi Na Usta; najpierw w Gdańsku, a od 1997 roku w Berlinie. Jako tancerz i choreograf współpracował z berlińskim teatrem Moving M3 i z Teatrem Babcia Zosia. Od 2005 roku współpracował z niemiecką performerką polskiego pochodzenia Mariolą Brillowską. Przez wiele lat związany był z sopockim Sfinksem, dla którego tworzył choreografie do pokazów mody, performance'ów i happeningów. Obecnie Dziemaszkiewicz skupia się na tworzeniu obrazów przy pomocy taśm klejących - sam nazwał tę technikę tapingiem.


Patryk Gochniewski: Szperając w twoim życiorysie, natknąłem się na ciekawą rzecz. Widnieje w nim Wydział Ekonomiki Produkcji. Kto by pomyślał, że jesteś ekonomistą z wykształcenia. Wprawdzie bez dyplomu, ale jednak.

Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz: Zrobiłem z wielkim trudem trzy semestry. To było w 1982 roku, były tam wrześniowe nabory. A żeby nie pójść do wojska, trzeba było pójść na studia. Więc tak z marszu, po nieudanych egzaminach na studia aktorskie, postanowiłem pójść na studia ekonomiczne. Akurat to był wydział na Uniwersytecie Gdańskim, na którym jeszcze we wrześniu były wolne miejsca. Przyjechałem tutaj z Zachodniego Pomorza, zdałem egzamin i tak zostałem w Trójmieście. Ekonomiki nie skończyłem, mimo że przeciągałem te studia, ile mogłem, bo studiowałem aż pięć lat, a zaliczyłem tylko trzy semestry (śmiech).

Przed wojskiem udało się uciec?

Tak, ale co się nakombinowałem, to moje.

Słyszałem, że miesiąc spędziłeś w gdańskim szpitalu psychiatrycznym.

Zgadza się. To był rok 1987. Gdy już było wiadomo, że więcej nie mogę się bujać na studiach, bo wyczerpałem wszystkie możliwości przedłużenia nauki, to nie pozostało nic innego, jak udawać wariata. Byłem wtedy członkiem grupy teatralnej przy Ośrodku Zdrowia Psychicznego w Gdyni prowadzonej przez doktor Magdalenę Tyszkiewicz. Pani doktor mocno wspierała i pomagała młodym artystom, szczególnie tym potłuczonym przez życie. Gdy pewnego dnia wracałem z wakacji, na dworcu w Szczecinie Dąbiu zobaczyłem obwieszczenie, żeby urodzeni w danym czasie zgłosili się do komisji poborowej (śmiech). Wtedy wiedziałem, że muszę pójść do lekarza i coś przyświrować. I na początku to faktycznie było świrowanie, ale potem uczciwa rozmowa. Wisiało nade mną piętno osoby wrażliwej, ukrytego homoseksualisty. Pójście do wojska z taką łatką w tamtych czasach to było coś nie do wyobrażenia. Moja wrażliwa dusza pragnęła realizacji na scenie, a nie na poligonie.

Agata Grenda: W Gdańskim Teatrze Szekspirowskim będzie trochę zmian



Kiedy nastąpił moment, w którym poczułeś, że sztuka jest tym, co chcesz robić w życiu?

Zawsze chciałem być wyjątkowy, wyróżniać się i szansy na to upatrywałem w aktorstwie. Jeszcze w międzyczasie dwa razy próbowałem się dostać na ASP do Gdańska, ale się nie udało. O performansie, choreografii wtedy nawet nie myślałem. Na studiach zostałem członkiem Teatru Warunkowego. Był to teatr studencki, który prowadził Marek Gałązka. Zacząłem też robić jakieś pierwsze indywidualne akcje. To był początek drogi. Mój charakter, światopogląd, świadomość zaczęły się kształtować chyba w czasach Teatru Ekspresji i wtedy zacząłem na poważnie myśleć o tym, żeby być artystą. Po drodze były różne happeningi, był Totart, wyjazdy na zagraniczne festiwale, później emigracja do Berlina... tak to się wszystko działo samoistnie.

Twoja kariera nabrała tempa po zmianie ustroju. Byłeś związany z wieloma przedsięwzięciami teatralnymi, robiłeś choreografię, kostiumy, w końcu założyłeś własny Teatr Patrz Mi Na Usta.

Paradoksalnie to wiąże się z odejściem z Teatru Ekspresji. Byłem tam na etacie. Tam zacząłem robić to, co lubię, kocham - występować i współtworzyć. Po rozstaniu z Wojtkiem Misiuro zostałem z niczym. To było dla mnie motywujące do wzmożonej aktywności. Niedługo później wyjechałem do Berlina. I tam wygrałem casting do spektaklu w offowym teatrze. Ta przygoda skończyła się po trzech miesiącach i wtedy też postanowiłem zostać w Niemczech. Mieszkałem tam, ale pracowałem w Polsce. Dużo robiłem, ale moje życie było ciężkie w tamtym momencie. Walka o przetrwanie.

Czytaj także: Maciej Nowak: o wege, równości przy stole i tęsknocie za ziemniakiem

Zastanawiałem się właśnie, czy wyjechałeś, bo Sopot był już dla ciebie za ciasny i szukałeś nowych wyzwań i dróg ekspresji, czy też chodziło o konieczność podtrzymania egzystencji.

Zdecydowanie ta druga opcja. Po wielu latach w Berlinie, w 2004 roku, wróciłem do Polski - i to był powrót właśnie w poszukiwaniu nowych dróg artystycznych. W Berlinie robiłem jedynie jakieś sporadyczne rzeczy. W Polsce było łatwiej po powrocie. Od razu zrobiłem spektakl Teatru Patrz Mi Na Usta - "Cafe Domino Zaprasza". Zaprosiłem do współpracy siedmiu tancerzy, pięć modelek... To było wtedy duże przedsięwzięcie. Z dużym sentymentem i radością to wspominam. I po tym zostałem w kraju na dziesięć lat. To był ten moment, w którym ukształtował się w pełni świadomy Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz. Łącznie z dodaniem mojego pseudonimu artystycznego - Leon - do nazwiska, już oficjalnie. Właśnie tutaj zacząłem robić wiele rzeczy, głównie związane z performensem. Dzięki Ali Grucy i Robertowi Florczakowi miałem otwartą scenę w Sfinksie. Działałem ze swoim teatrem, ale z czasem właśnie, po tych 10 latach, zrobiło się za ciasno. Potrzebowałem więcej bodźców.

"Prowokacja, którą stosuję, ma pobudzić widza do samodzielnego myślenia" - często powtarza Leon Dziemaszkiewicz.
"Prowokacja, którą stosuję, ma pobudzić widza do samodzielnego myślenia" - często powtarza Leon Dziemaszkiewicz. fot. materiały prasowe
No, ale nie da się ukryć, że przeszło 25 lat żyjesz w dwóch dalekich od siebie miejscach. To chyba też nie jest tryb życia, o którym się marzy.

To nie jest dobry tryb życia, to fakt. Ale ja też specjalnie go nie wybierałem. Sytuacja mnie do tego zmusiła. Z jednej strony chęć funkcjonowania w normalnym - dla mnie, jako geja - środowisku, czyli w Berlinie, ale też moje przywiązanie - z racji narodowości - do Polski, powodowały, że odbywała się ta ciągła podróż. W końcu jednak, siedem lat temu, zdecydowałem się na to, żeby osiąść w Berlinie. Zostałem członkiem spółdzielni artystów, w której mam ubezpieczenie, numer podatkowy i wszystko odbywa się legalnie. Bo wcześniej to było na dziko. Jednak życie powodowało, że musiałem iść tą drogą.

Myślałeś kiedyś o tym, co byś stracił albo czego byś nie osiągnął, gdybyś nie pojechał do Berlina?

Myślę, że bym został alkoholikiem (śmiech). Mógłbym popaść w jakiś rodzaj depresji, ale równie dobrze mogłoby się stać odwrotnie. Ale śmieję się, że mam w nadmiarze jakiś chromosom, który odpowiada za zbytnie puszczanie hamulców w sytuacjach towarzyskich. I pewnie bym wtedy też na zdrowiu podupadł. Jedyne, co by mogło zmienić moją drogę - patrząc z perspektywy czasu - to dostanie się za młodu na ASP. Wtedy to by się inaczej potoczyło. Tak mi się wydaje, że ta droga nie byłaby taka wyboista.

Rozmawiamy już chwilę i każdy, kto by się nam przysłuchiwał, stwierdziłby, że twoje życie jest gotowym scenariuszem na film. Film, który powstał dzięki Studiu Metrage, ale się jeszcze nie ukazał.

Jeszcze się nie ukazał, musimy dokręcić dwie sceny. Teraz, po moim wernisażu w Dwóch Zmianach, jadę do Krakowa, a potem będą dokrętki z moim synem Konstantym Spiralskim. Film reżyseruje Wojtek Gostomczyk, który jest też producentem "Wesela" Smarzowskiego. I stąd też opóźnienia - najpierw lockdown, a później praca nad "Weselem", a na koniec jeszcze musieliśmy nakręcić sceny z moim partnerem życiowym w Berlinie. Trudno mi powiedzieć, kiedy w końcu dokument ujrzy światło dzienne.

Jesień w trójmiejskich teatrach. Plany repertuarowe scen w Trójmieście



Rozmawiamy w Dwóch Zmianach, gdzie można oglądać wystawę twoich obrazów. Tym razem motywem przewodnim jest taśma klejąca. Ty chyba nie lubisz wyrzucać żadnych materiałów - każdy wykorzystasz w pracach. Nic nie jest zbędne.

Tak, dokładnie. Robiłem różne prace z wielu rzeczy recyklingowych, m.in. z butelek, materacy itd. Taśma w ogóle wzięła się stąd, że korzystałem z niej podczas performensów, oklejając swoje ciało. Ta technika tapingu - którą dumnie tak nazwałem - ewoluowała z ciała na obiekty. A teraz, jako efekt ewolucji, tworzę taśmą obrazy. Różnorodność taśmy klejącej jest ogromna - mam taśmy z Florydy, z Japonii, ale i u nas są specyficzne taśmy. Zaczynałem od zwykłych taśm izolacyjnych - srebrnych i czarnych. Z czasem jednak okazało się, że spektrum taśm jest ogromne. Można je potraktować jako paletę malarską.

Czujesz się spełnionym artystą?

Tak, czuję się w pełni spełniony jako artysta. Czuję się bardzo szczęśliwy i z czasem ten proces twórczy jest takim spokojnym, rytualnym, harmonijnym. Moment tworzenia jest związany z życiem - to współgrająca ze sobą materia. Robię rzeczy bez określonego terminu.

Czyli jesteś teraz na etapie życia, w którym tworzysz, bo możesz i chcesz, a nie bo musisz.

Tak. Moja sytuacja życiowa sprawia, że nie jestem zmuszony, by walczyć o byt. Jak powiedziałeś - tworzę, bo mam potrzebę i chęć, a nie przymus ekonomiczny. W trakcie pierwszych lat w Berlinie pracowałem w różnych miejscach - na budowie, jako model do aktów, w klubach sprzątałem potłuczone szkło.

Skoro czujesz się spełniony jako artysta, to czy czujesz się spełniony jako człowiek?

Tak. Ponieważ te dwie sprawy są dla mnie równorzędne. Artysta i człowiek - te dwie materie w pewnym momencie się ze sobą połączyły. Poza tym jestem w szczęśliwym związku od siedmiu lat. Wiesz, ten związek ewoluuje, nastąpił rodzaj partnerstwa. Dotychczas, przez moje pięćdziesięcioletnie życie, zanim nie poznałem Manfreda, nie rozumiałem w ogóle, że można być w związku partnerskim. Miałem taką bardziej seksualną sferę w podejściu do związków - tak to jakoś miałem w bani zakodowane.

Dziemaszkiewicz o związku z Manfredem Thierrym Muglerem: Magnesem była fizyczność i seksualność. Od samego początku. To był powód, dla którego się spotkaliśmy i dlaczego kontynuowaliśmy naszą przygodę. Potem zaczęły wychodzić różnego rodzaju podobieństwa w naszej naturze. Okazało się, że jest ktoś, z kim możesz być.
Dziemaszkiewicz o związku z Manfredem Thierrym Muglerem: Magnesem była fizyczność i seksualność. Od samego początku. To był powód, dla którego się spotkaliśmy i dlaczego kontynuowaliśmy naszą przygodę. Potem zaczęły wychodzić różnego rodzaju podobieństwa w naszej naturze. Okazało się, że jest ktoś, z kim możesz być. fot. Studio Metrage
No właśnie. Te dwa pytania o spełnienie pojawiły się również w odniesieniu do twojego życia prywatnego. W żadnym przypadku nie chcę być wścibski, ale dzielisz życie z ikoną - Thierry Mugler to człowiek instytucja, światowej sławy projektant mody, fotograf, pisarz. Jak wy się w ogóle poznaliście?

Ja w ogóle na początku, jak się poznaliśmy, nie wiedziałem, że to Thierry Mugler. To było dla mnie zaskoczenie, bo zawsze byłem fanem jego fotografii, mody, kolekcji, które często oglądałem w internecie po powrocie z imprez. Oczywiście, ja sobie zdaję sprawę, że ten związek mocno nakręcił zainteresowanie moją osobą. Wcześniej jakoś to szło, a od czasu, kiedy jesteśmy ze sobą, to lawinowo dostaję propozycje.

Spotykasz się z zawiścią i hejtem? Nie słyszysz głosów, że jesteś z Muglerem, aby zagwarantować sobie artystyczne jestestwo?

Ależ oczywiście! Bardzo często. Do tego głosy umniejszające mnie, wartość mojej sztuki. Słyszę głosy, że korzystam z postaci Muglera, aby się wypromować. Wiesz, jak mi pomógł? Dwa razy mogłem otworzyć jego wystawę swoim performensem. W Montrealu i Rotterdamie. I to tyle. Nie mieliśmy żadnych wspólnych projektów. On nie toruje mi drogi. Nie ma takiej konieczności ani takiej możliwości. Dobra, na początku myślałem, że może będę mógł zrobić choreografię do jego pokazów, ale okazało się, że od dawna już nie zajmuje się modą. My wspieramy się wzajemnie, włącznie z konstruktywną krytyką. A to, co robię, co widać, to jest wyłącznie efekt drogi, którą przebyłem.

Obaj jesteście artystami interdyscyplinarnymi. Czy to zamiłowanie do szeroko pojętej sztuki było jakimś łącznikiem, magnesem, który was zbliżył?

Nie. Magnesem była fizyczność i seksualność. Od samego początku. To był powód, dla którego się spotkaliśmy i dlaczego kontynuowaliśmy naszą przygodę. Potem zaczęły wychodzić różnego rodzaju podobieństwa w naszej naturze. Okazało się, że jest ktoś, z kim możesz być, możesz przy tym być sobą i nikt ci nie mówi, że masz się zmienić albo robić coś inaczej.

Czytaj także: 5 miejsc w Trójmieście przyjaznych miłośnikom literatury

Gdy się poznaliśmy, nie wiedziałem, że to Thierry Mugler. To było dla mnie zaskoczenie, bo zawsze byłem fanem jego fotografii, mody, kolekcji, które często oglądałem w internecie po powrocie z imprez. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że ten związek mocno nakręcił zainteresowanie moją osobą.
Gdy się poznaliśmy, nie wiedziałem, że to Thierry Mugler. To było dla mnie zaskoczenie, bo zawsze byłem fanem jego fotografii, mody, kolekcji, które często oglądałem w internecie po powrocie z imprez. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że ten związek mocno nakręcił zainteresowanie moją osobą. fot. Studio Metrage
Ostatnio jest moda na tworzenie biografii o ikonach mody. I są one często pokazywane jako apodyktyczne, nierzadko zamordystyczne postaci. Jak to wygląda u was? Dzień z życia Dziemaszkiewicza i Muglera.

W pewnym sensie można powiedzieć, że to jest nuda i sztampa. Zwłaszcza dla kogoś z zewnątrz. Nie funkcjonujemy, wisząc na sobie nieustannie. Jesteśmy w tym samym miejscu, ale dajemy sobie przestrzeń. Wyobrażam sobie, że artyści, osoby publiczne, które osiągnęły sukces, że one chcą mieć spokój. Ludzie tego nie rozumieją i mają poczucie, że mogą zawracać głowę w każdej chwili. A każde takie zachowanie jest jak wbity w ciebie gwóźdź. Wiesz, jacyś tam ludzie, których kiedyś w przelocie spotkałeś, ledwo znasz, a chcą się z tobą przyjaźnić. To jest trudne zwłaszcza dla kogoś, kto ma dużą empatię. Trudno wtedy jest to uciąć, trudno jest nie rozmawiać. Chociaż akurat ja w ostatnim czasie nauczyłem się zachowywać... nie to, że nieelegancko...

Stałeś się po prostu asertywny.

O tak, właśnie. Świetne słowo. Ale tak, tego brakowało mi przez całe życie.

Dobra, wróćmy jednak do sztuki. Ciągle zaskakujesz różnymi formami ekspresji. Od lat. Jak udaje ci się pozostać w twórczym ciągu?

Przez długi czas faktycznie chciałem zaskakiwać. To było dla mnie priorytetem w działaniu. Jednak po pewnym czasie wykształcił się we mnie taki język wypowiedzi, że jestem uczciwy wobec siebie - w życiu i w tym, co robię. Nie staram się za wszelką cenę czegoś zrobić, tylko - tak, jak rozmawialiśmy - mam komfort. A to, że ciągle pojawia się nowe medium czy środki wyrazu, to wynika z tego, że mam otwarty umysł. Więcej widzę, zauważam. Świadomie się rozwijam duchowo, a co za tym idzie, rozwijam się jako artysta. W życiu każdego człowieka pojawiają się nowe rzeczy, ale nie każdy chce je zauważać i pójść w coś nieznanego.

Czy kiedyś wrócisz na stałe do Sopotu? Chcesz, myślisz o tym?

Nie wiem. To jest otwarte pytanie. Nie zarzekam się, że nigdy nie wrócę. Sopot jest fajny, ale... Naprawdę nie wiem. Będzie, co ma być. Ale czy do Sopotu? Może nie. Wszystko się może zdarzyć, jak to śpiewała Anita Lipnicka (śmiech).

Opinie wybrane


wszystkie opinie (66)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze

więcej artykułów »

Wydarzenia

Jarmark Bożonarodzeniowy
Jarmark Bożonarodzeniowy
jarmark
lis 19-24.12
g. 12:00 - 20:00
Gdańsk, Targ Węglowy
Aga Zaryan Christmas Songs
Aga Zaryan Christmas Songs
kolędy i pastorałki
gru 12
niedziela, g. 19:00
Gdańsk, Stary Maneż
Tymek
Tymek
hip-hop
gru 16
czwartek, g. 20:00
Gdańsk, Stary Maneż

Nowe Lokale

Sprawdź się

Sprawdź się

Nocny bieg na 5 km po gdańskim lotnisku nazywa się: