Wiadomości

stat

Lonker See, RDW, GARS - recenzje nowych płyt z Trójmiasta

Lonker See po raz kolejny udowadnia, że są jednym z najbardziej oryginalnych zespołów na skalę co najmniej krajową.
Lonker See po raz kolejny udowadnia, że są jednym z najbardziej oryginalnych zespołów na skalę co najmniej krajową. fot. Paweł Jóźwiak

Unikalne połączenie rockowych i jazzowych inspiracji, hip-hop od lokalnego protoplasty gatunku, emocjonalny hardcore punk z domieszką rocka czy sludge - to muzyka, jaką znajdziecie na trzech kolejnych, tegorocznych wydawnictwach z Trójmiasta. Po raz kolejny możemy być dumni z "naszych".



Lonker See - "Lonker Sessions" (Music is the Weapon)

Gdyński zespół zgarnął w ubiegłym roku nagrodę Doki w kategorii Nowa Twarz, ale każdy, kto śledzi trójmiejską scenę muzyczną doskonale zna postacie zaangażowane w Lonker See. Są tu muzycy znani z 1926, Kiev Office, Olbrzym i Kurdupel czy zespołu Wojtka Mazolewskiego i już samo wymienienie tych nazw wiele mówi o twórczości, z jaką na "Lonker Sessions" przyjdzie się nam zmierzyć.

W dużym uproszczeniu - są elementy rockowe, są elementy jazzowe, a nade wszystko jest eksperymentalne podejście do obydwu gatunków, w którym kluczową rolę odgrywa sprzyjająca kierowaniu się ku odmiennym stanom świadomości atmosfera. Poniekąd jest to przedłużenie tego, co Bartosz Borowski i Joanna Kucharska robili w 1926, ale w wersji, której nie da się już przyrównywać do Swans, lecz do... No właśnie, Lonker See wytrąca dziennikarzom ich ulubiony oręż - porównania.

W otwierającym album "Dark Mother" wpierw eksploduje free jazzowy chaos, chwilę później wyłania się z niego hipnotyczny rytm z oplatającą go partią saksofonową, po kilku kolejnych sekundach całość zagłusza "wrzask" przesterowanej gitary, a wreszcie, w okolicach czwartej minuty następuje wyciszenie i zgrabne przejście do bardziej melodyjnego fragmentu z niemal szepczącym, kobiecym głosem w tle. Do czego to podobne? Nie wiem, ale jestem pewien, że za jakiś czas to właśnie do Lonker See będzie się przyrównywać inne, młode kapele, bo wartość inspiracyjna chociażby tych pierwszych dziesięciu minut "Lonker Sessions" jest ogromna.

Wydawnictwo składa się z dwóch płyt. Na pierwszą trafił premierowy materiał, czyli tylko cztery utwory trwające aż pięćdziesiąt osiem minut; na drugiej znalazł się zapis olsztyńskiego koncertu trwający blisko czterdzieści minut. W sumie niemal sto minut jednych z najciekawszych dźwięków, jakie nie trójmiejska, ale polska muzyka ma dzisiaj do zaoferowania.


RDW - "Kości" (Orient Records)

Macie dosyć "Migos flowu", trapowych bitów i auto-tune'a? Radosław Wielewicki vel RDW sięga daleko wstecz i przypomina, jak rapowało się dwie dekady temu.

Gdańszczanin nie musi sobie wyobrażać, jak to mogło kiedyś być. Już w 1998 roku występował wraz z grupą Analogia, a przez te wszystkie lata pojawiał się gościnnie na albumach WWO, Peji czy Eldo. Mogłoby się wydawać, że skoro raper z doświadczeniem sięga po truskul, to po prostu zasiedział się w minionej epoce, ale tak nie jest. RDW w wywiadach zapowiadał wstępne prace nad cloud-rapowym albumem, więc aktualne zjawiska zna doskonale. Brzmienie "Kości" to świadomy wybór przywołujący przeszłość w formie kamuflującej upływ czasu.

"Polska mowa jest bardzo dziś niezdrowa / Nowa moda Wujem Samem zarażona ona / W języku Michaela Jacksona i Antygona w Nowym Jorku / Niedługo dubbing na Bolku i Lolku" - rapowało w utworze "Język polski" z 1997 Wzgórze Ya-Pa 3, co było swoistą krytyką pierwszego krążka Liroya, na którym pojawiły się teksty dwujęzyczne. Na "Kościach" również mamy do czynienia z dwoma językami - a w dodatku często w jednym utworze - i również jest to kontrast, który momentami przeszkadza. Na plus należy odnotować jednak to, że autorami tych wersów są nowojorscy MC działający od lat w okolicach mainstreamu, ale niezmiennie pozostający w podziemiu. Zdecydowanie najlepszy kawałek na albumie to "Replays", gdzie spotykają się głosy RDW oraz Skyzoo i Torae, a DJ Lolo i DJ Haem sprawiają, że przenosimy się na Wschodnie Wybrzeże lat 90.

Wprawdzie teksty o trudach życia codziennego, kobietach i używkach kompletnie do mnie nie trafiają, ale najważniejsze jest to, że rymy są trójmiejskie, a nie częstochowskie. Czy słuchacze PlanuBe albo z drugiej strony KęKę odnajdą tu coś dla siebie? Prawdopodobnie nie, ale warto chociażby dla poszerzenia horyzontów sprawdzić, kim jest człowiek, którego niemal zawsze nazywa się "weteranem trójmiejskiego rapu". Nie trzeba stosować żadnej taryfy ulgowej ze względu na ten "tytuł", muzyka RDW broni się sama. Na pewno on sam także ma świadomość, że dla osób zasłuchujących się w dzisiejszym obliczu hip-hopu "Kości" będą jak szkolna wycieczka do Muzeum Ceramiki Kaszubskiej, z którego eksponatami trudno się identyfikować.


GARS - "Gone Away, Return to Sender" (Pasażer)

Zgodnie z sześcioletnią już tradycją każdy kolejny album GARS nosi tytuł, którego skrótem mogłaby być nazwa zespołu. Tradycją jest także to, że do każdego z tych materiałów pasuje etykieta hardcore punka, a jednak każdy wyraźnie różni się od poprzednich.

Na "Gdy Agresja Rodzi Spokój" z 2014 roku najwyraźniejszą odmianą było surowe brzmienie gitary przypominające nieco Killing Joke i przyznam, że to właśnie przez ten element bardzo szybko wciągnąłem się w materiał. "Gone Away, Return to Sender" już w pierwszych sekundach rozwiewa nadzieje - powrotu nie będzie. Gitarowe partie są tutaj jednymi z najlżejszych, jakie trójmiejska kapela kiedykolwiek nagrała, ale mniej więcej przy trzecim przesłuchaniu uporałem się z sentymentem i skupiłem na zgłębianiu nowych pomysłów.

Tym, co od zawsze odróżnia GARS od dziesiątek innych zespołów poruszających się w hardcore punkowej konwencji, jest różnorodność inspiracji faktycznie dopuszczanych do głosu. W "Przyszłości" sekcja rytmiczna serwuje partie (zwłaszcza na samym początku), które doskonale sprawdziłyby się, gdyby zamiast wrzasku Przemysława Lebiedzińskiego pojawił się czysty wokal na przykład Spiętego z Lao Che. Zresztą nie powinno to dziwić, skoro Adam Piskorz i Miłosz Rusakow od lat tworzą także inny, sięgający po elementy lo-fi i rocka, projekt - Czechoslovakię.

Na najlepsze trzeba poczekać do samego końca. "Obowiązek" zamyka album emocjonalnym komentarzem społecznym, który z początku przypomina punkową wściekłość (pojawia się nawet charakterystyczna dla anarchopunku kobieca melorecytacja w wykonaniu Emilii Daleckiej z zespołu Psychopill, co na chwilę kieruje słuchaczy w kierunku chociażby Włochatego), a później stopniowo zwalnia do sludge spod znaku Rosetty, by w finale niemiłosiernie atakować hałaśliwymi, gęstymi uderzeniami w crash i stopę.

Jedynym poważnym minusem "Gone Away, Return to Sender" jest jego długość. Po dwudziestu dwóch minutach moc premierowych utworów dopiero zaczyna działać, a już następuje koniec. Z drugiej strony lepiej zostawić niedosyt niż przekarmić słuchaczy.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (28)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Najnowsze wiadomości

Kalendarz imprez

kalendarz

Zdjęcia z imprez

    Nowe lokale

    Najczęściej czytane