Wiadomości

Ludzie Trójmiasta: Helena Dmochowska - kobieta, która pokochała stocznię

Pani Helena prowadzi spacery po stoczni szlakami pracujących tam 5 tysięcy kobiet - suwnicowych, biurowych, spawaczek, dyrektorek, pielęgniarek szpitala stoczniowego. Na jej ostatni spacer przyszło dwa razy więcej chętnych niż zapisanych na listę.
Pani Helena prowadzi spacery po stoczni szlakami pracujących tam 5 tysięcy kobiet - suwnicowych, biurowych, spawaczek, dyrektorek, pielęgniarek szpitala stoczniowego. Na jej ostatni spacer przyszło dwa razy więcej chętnych niż zapisanych na listę. fot. Weronika Pochylska/Trojmiasto.pl

Jako suwnicowa przepracowała 35 lat. Dziś oprowadza młodych mieszkańców Trójmiasta po terenach dawnego zakładu pracy, by udowodnić, że "Stocznia jest kobietą". Pozytywnie zakręcona emerytka, dla której nie istnieje słowo "nuda". O Helenie Dmochowskiej piszemy w ramach kolejnego reportażu z cyklu "Ludzie Trójmiasta". Miesiąc temu pisaliśmy o zakochanych w kawie Basi Szparagowskiej i Leszku Jędrasiku, a kolejnymi bohaterkami będą Gosia Cieślak i Ola Kulińska, które prężnie i kreatywnie koordynują działania Banku Żywności w Trójmieście.



Szybka szkoła dojrzewania

Urodziła się w Boże Narodzenie 1941 roku w podtarnowskim Radłowie. Okrutny czas wojny nie oszczędził jej rodziny. Tata zginął na froncie, niedługo później mama wyszła do sklepu i nie wróciła - łapanka na przymusowe prace w Austrii. Po kilku latach pojawiła się z powrotem w Radłowie - inna, nieobecna, obca dla małej Helci.

Miłość niemal matczyną, opiekę i wiedzę dostała od dziadka.
Dzięki niemu, w wieku 5 lat potrafiła liczyć do 100, znała się na zegarze, czytała, pisała pismem drukowanym. To wszystko przydało się już dwa lata później, kiedy po śmierci dziadka, mama i ojczym zabrali ją do Gdańska, by zacząć od nowa. A nowe nie zawsze równa się łatwe.

8 kilometrów. Tyle codziennie pokonywała małymi krokami z plecakiem na ramionach, by zdążyć na 8 do szkoły. Żeby się udało, trzeba było wyjść około 6 i maszerować polaną z Motławą po jednej i gruzami po drugiej stronie. Pierwsze budynki zaczynały się na początku Oruni, przy ul. Przybrzeżnej, a upragniony cel był tuż obok Bramy Nizinnej. Nie zawsze udawało się dotrzeć na czas - a wtedy, w zależności od tego, kto miał pierwszą lekcję, kończyło się krzykiem, uwagami lub przed religią - karami cielesnymi, najczęściej w głowę i plecy.

Zaraz po tym, kiedy nauczyciele mieli obowiązek sprawdzić warunki, w jakich mieszkają i docierają do szkoły ich uczniowie, wychowawczyni obiecała, że już nigdy nie podniesie głosu na Helę.

Zapisała też pozytywne wspomnienia z gdańskiej szkoły przy Nizinnej. Pierwsza klasa: Helenka nie może wytrzymać z nudów, kiedy inne dzieci ćwiczą to, czego już dawno nauczył ją dziadek. Liczenie na patyczkach, nauka pisania. Nuda. Ona uwielbia się uczyć, ale nie ma czego, więc odważnie prosi o spotkanie z kierownikiem szkoły, by móc awansować klasę wyżej. Podczas egzaminu zjadający ją stres, zjadł również "cz" w wyrazie szczotka, który kazano jej zapisać na tablicy. Tej "szotki" nie zapomni do końca życia. "Ja mieszkam w Gdańsku" było bezbłędne - udało się!

Niewiele później nastąpił okres rejonizacji i przeniesienie Heleny do Szkoły Towarzystwa Przyjaciół Dzieci przy Smoleńskiej. Dodatkowe zajęcia, podchody w Parku Oruńskim i rozbudzenie bezgranicznej miłości do książek.

Kiedyś już raz naukę przerwała jej choroba, a teraz kolejny pech - przeprowadzka mamy i ojczyma na ziemię kupioną pod Starogardem. Pierwszym problemem był język gwarowy, drugim - przytłaczająca nuda i tęsknota za Gdańskiem. "Dokończyć tu szkołę i wyjechać" - obiecała sobie, kiedy po raz pierwszy wysiadła tu z autobusu. I rzeczywiście pierwszym kierunkiem było rodzinne Radłowo i dom ukochanej cioci.

W międzyczasie mama listownie nalegała, by Helena sprzedała dom, który w spadku zapisał jej dziadek. Mając 16 lat niewiele mogła zdziałać u rejenta, mimo że ten przyjmował ją z wyraźną sympatią i podziwem za odwagę. "Jeśli nie sprzedasz, nie wracaj" - to kiedyś przeczytała Helena i zamiast popadać w smutek, odpisała - nie zamierzam, chcę i będę pracować.

Chcesz się podzielić z nami swoją historią? A może znasz kogoś, o kim powinniśmy napisać? Czekamy na maile: ludzietrojmiasta@trojmiasto.pl


Pączki bez lukru czy suwnica?

W poszukiwaniach pierwszej pracy pomagała ciotka - początkowo u krawcowych, ale problemem był brak miejsc i niepełnoletność Heli. Pomogła pani z radłowskiego pośredniaka, która zrozumiała trudną sytuację rodzinną i wysłała wtedy jeszcze nastolatkę do pracy w kuchni pobliskiego Ogrodnictwa.

- Z perspektywy czasu wydaje mi się, że byłam opętana (śmiech), bo po jakimś czasie napisałam list do prezydenta, w którym śmiało stwierdziłam, że za taką pracę należą się większe pieniądze. Jakież było moje zdziwienie, kiedy kilka tygodni później po Ogrodnictwie krążył elegancko ubrany urzędnik z Dębna Lubuskiego i... poszukiwał Heleny Dmochowskiej. Porozmawiał ze mną, wysłuchał moich racji i pomógł załatwić nieco lepsze stanowisko pracy - z uśmiechem opowiada pani Helena Dmochowska.
W tamtych stronach pracowała 2 lata, odłożyła dużo pieniędzy, po czym chwilowo wróciła do Borzechowa. Stwierdziła, że brak wyższego wykształcenia nie musi oznaczać pracy fizycznej, dlatego kierunek był prosty - Gdańsk i w przyszłości - techniczny zawód. Pokój zapewnili jej znajomi ojczyma, a ona intensywnie przeglądała dziennik w poszukiwaniu ofert pracy. Któregoś dnia cukiernia "Palermo" z Wrzeszcza ogłosiła, że poszukuje pani do pracy.

- Poszłam, ale zaraz po wejściu miałam ochotę zawrócić. W kolejce 22 dziewczyny - wszystkie pięknie ubrane, umalowane, pewne siebie. A ja wtedy pierwszy i ostatni raz pomyślałam o sobie jak o dziewczynie ze wsi, która nic nie umie i w takim towarzystwie nie ma czego szukać. Do pozostania przekonała mnie pani, z którą stałam na końcu kolejki. Tydzień później pani Zofia, u której wynajmowałam pokój mówi: Słuchaj Hela, był pan z cukierni, tam leży twój fartuch, jutro musisz być w Palermo na 8!
Poszła i przepracowała rok.
Słodki, bo z jednej strony przydział 15 ciastek dziennie i możliwość wyjadania ulubionych pączków prosto z frytury, bez lukru. Gorzki, bo przez 365 dni wolny miała tylko pierwszy dzień świąt. Żona szefa obiecała, że zastąpi ją choć raz w miesiącu, nie przyszła nigdy.

- Jakkolwiek śmiesznie to zabrzmi, byłam wtedy więźniem cukierni, dlatego musiałam odejść, mimo bardzo dobrej pensji - tłumaczy.
Wróciła do przeglądania rubryki ogłoszeń w lokalnym dzienniku, aż wreszcie oko zabłysnęło na widok informacji, że gdańska stocznia szuka pracowników. Z gazetą zwiniętą w rulon pobiegła do szpitala przy Łąkowej, gdzie leżał ciężko chory ojczym. Zapytała go o zdanie, a ten bez namysłu stwierdził "Rzuć cukiernię, zdobądź zawód, nie będziesz żałowała". Zaufała.

Za odłożone pieniądze kupowała jedzenie i buty, uszyła sukienkę na miarę. Przez tydzień zaliczyła więcej wizyt kontrolnych u lekarzy niż przez całe dotychczasowe życie.

- Nigdy nie zapomnę testów psychotechnicznych, na których trzymano nas 8 godzin bez wody i przez cały ten czas wymagano najwyższego skupienia. Pod koniec, osuwając się po ścianie pytałam siebie, czy aby na pewno obieram dobrą drogę, ale kiedy zdałam za pierwszym razem, byłam dumna, szczęśliwa i ciekawa tego, co wydarzy się wkrótce.
Później były niezliczone kursy, do których przygotowywała się tak, jakby nauka o suwnicy była co najmniej prestiżowymi studiami.
Nie zmieniła zdania przez kolejne 35 lat pracy przy żeliwnych nastawnikach. Z żywiołową gestykulacją i błyskiem w oku opowiada o tym, jak funkcjonowały stare suwnice. Współpraca, komunikacja, podnoszenie, opuszczanie, pion, poziom, tonaż, moment oddania gotowego statku - mogłaby mówić o tym godzinami.

Stocznia jest przestrzenią wyjątkowo podatną na poważne wypadki. Kiedy pytam, jak to się stało, że przez tyle lat nigdy nie zdarzyło się, by brała udział w żadnym z nich, odpowiada:

- Myślę, że to po prostu szczęśliwa ręka. A może robienie na szydełku, tworzenie serwetek i drobnych ozdób świątecznych sprawia, że my - kobiety - byłyśmy jeszcze bardziej uważne za sterami suwnic. Brzmi śmiesznie, ale sprawdzało się - to najważniejsze!
Jeszcze bardziej polubiła swoją pracę, kiedy odchodząca pani Wandzia powiedziała jej "Helena, nie ma możliwości, by ktoś inny przejął rolę Przewodniczącej Komisji Kobiet na wydziale. Tylko ty to pociągniesz!". Spróbowała. Zaczęła zrzeszać kobiety w najróżniejszych celach. Wspólnie szyły czapki i kotyliony dla dzieci, przygotowywały ośrodki kolonijne. W komisji socjalnej organizowały miejsca w przedszkolach i wakacyjne wyjazdy dla dzieci z biedniejszych rodzin. Paczki szkolne i świąteczne, organizacja kursów i warsztatów dla kobiet - to wszystko leżało po ich stronie:

- W końcu nie samą maszyną człowiek żyje, trzeba od czasu do czasu wspólnie pójść na kurs kroju i szycia, szydełkowania czy dekorowania stołów. Ja po prostu starałam się zachęcić kobiety do wyjścia z domu, zrobienia czegoś więcej niż praca w domu po pracy w stoczni - opowiada pani Helena.
Na jednym ze zdjęć, które przyniosła w torebce, widać obchody Dnia Kobiet na sali wydziałowej. Eleganckie kwieciste sukienki, perfekcyjne fale we włosach, a na stołach więcej pełnych popielnic niż ciasta. - Pani też paliła? - pytam.

- Nigdy. Wiem, że wtedy paliło się wszędzie, ale do czego było mi to potrzebne?
W międzyczasie zapisała się do gdańskiej "Topolówki". W tygodniu pracowała w gdańskiej stoczni, a w weekendy uczyła się w klasie z marynarzami i wojskowymi. W okresie przygotowań do egzaminu końcowego zaszła w ciążę - nie udało się zdać matematyki, ale poprawka poszła śpiewająco, jak to po wakacjach z niemowlęciem na rękach i książkami przed nosem. Edukacja, mimo że zdobywana "na raty", przynosiła jej tyle radości, że nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek miała się zakończyć.

Za każdym razem, gdy słyszała charakterystyczną muzyczną czołówkę "Wielkiej gry" Stanisławy Ryster, miała ochotę wysłać swoje zgłoszenie. Dzisiaj nieco żałuje, że zabrakło odwagi, ale z sentymentem wspomina umysłowe konkursy organizowane w stoczni. W jednym z nich - z wiedzy o świecie i literaturze wygrała talon na 300 zł. Wszystko wydała na książki. Każdą, która kiedykolwiek wpadła jej w ręce - przeczytała od deski do deski.

Szczerze przyznaje, że nie uczestniczyła w strajkach solidarnościowych:

- Nie byłam bohaterką, ja po ludzku obawiałam się utraty pracy i środków na utrzymanie rodziny. Na moich oczach zginął jeden z naszych, został pochowany na cmentarzu tuż obok mojej mamy. Zrozumiałam powagę sytuacji. Być może ktoś zarzuci mi, że wygodnie stałam obok. To była moja świadoma decyzja, ale wszystkie inne szanowałam i zawsze trzymałam kciuki za wszystkich kolegów i koleżanki z pracy. Spełniałam się w swojej Komisji Kobiet, niezależnie od sytuacji politycznej i myślę, że tam udało mi się zdziałać wiele dobrego.
Z ogromnym zaangażowaniem, humorem i przede wszystkim - dawką wręcz niemożliwych do zapamiętania szczegółów sprzed wielu lat opowiada o tym, jak wyglądało życie stoczniowców przed i po zrywie solidarnościowym. Zawsze elegancka, przygotowana, z pięknie pomalowanymi ustami.
Z ogromnym zaangażowaniem, humorem i przede wszystkim - dawką wręcz niemożliwych do zapamiętania szczegółów sprzed wielu lat opowiada o tym, jak wyglądało życie stoczniowców przed i po zrywie solidarnościowym. Zawsze elegancka, przygotowana, z pięknie pomalowanymi ustami. fot. Weronika Pochylska/Trojmiasto.pl
Nie zatrzymywać się

Dziś pani Helena rozkwita na emeryturze. Nie ma czasu myśleć o zdrowotnych dolegliwościach, bo częściej niż w domu bywa na Uniwersytecie III Wieku, wydarzeniach organizowanych w Instytucie Kultury Miejskiej i na wycieczkach.

W ramach projektu historycznego "Metropolitanka" prowadzi spacery po gdańskiej stoczni szlakami pracujących tam 5 tysięcy kobiet - suwnicowych, biurowych, spawaczek, dyrektorek, pielęgniarek szpitala stoczniowego. Na jej ostatni spacer przyszło dwa razy więcej chętnych niż zapisanych na listę.

Z ogromnym zaangażowaniem, humorem i przede wszystkim - dawką wręcz niemożliwych do zapamiętania szczegółów sprzed wielu lat opowiada o tym, jak wyglądało życie stoczniowców przed i po zrywie solidarnościowym. Zawsze elegancka, przygotowana, z pięknie pomalowanymi ustami. Jest dowodem na tezę projektu "Metropolitanki" - tak, stocznia jest kobietą.

W 2013 udało jej się zdobyć dyplom technika agroturystyki. Uwielbia pływać rowerem wodnym z koleżankami, z zachwytem opowiada o wszystkich miejscach, które udało jej się zobaczyć dzięki wycieczkom z Uniwersytetem - dopiero dzięki niemu na nowo odkryła pobliski Puck i Hel.

- A niedawno byłam w Chmielnie na balu, ale to jakim! Prezes naszego Stowarzyszenia świętował 25-lecie pracy. Było 60 osób, szampan, zabawa do 2 w nocy, a jedzenie takie, że och! Atmosfera, muzyka, cudownie! Inni wczasowicze wychodzili z namiotów, by tańczyć razem z nami - dawno nikt tak pięknie nie zachwycał się przy mnie drobnym szczęściem.
W lutym zapisała się na kurs angielskiego, którego nie lubiła przez całe życie. Przełamała się mając 75 lat. Próbowała też gimnastyki:

- Długo to nie potrwało, bo po udarze jest mi trudno z tak intensywnym tempem zajęć, które narzucił młody prowadzący. A po drugie, powiem pani, że żadna strata, bo na podłodze tyle kurzu, że po tym tarzaniu wracałam jakbym z komina wyszła - śmieje się Helena.
Młodsza część rodziny z lekkim przekąsem mówi, że komputer jest raczej ozdobą w jej mieszkaniu, ale kiedy już go włącza, uwielbia oglądać zdjęcia z Chin i Rosji. Ostatnio jej zdjęcie i autorski przepis znalazły się w "Drugiej Sąsiedzkiej Książce Kucharskiej". Helena się nie zatrzymuje.

O czym jeszcze marzy?

- Chciałabym nauczyć się włoskiego i zwiedzić Drezno. Żeby porównać rzeczywistość z tym, co o nim przeczytałam.
Z całą stanowczością mówi o tym, że jeśli starsi ludzie są wykluczeni ze społeczeństwa, w większości przypadków wynika to z ich własnego wyboru.

- Oferta bezpłatnych zajęć i aktywności, przynajmniej w Trójmieście, jest tak ogromna, że w ogóle nie wyobrażam sobie, jak można siedzieć w domu i oglądać seriale. Trzeba wyjść do ludzi, również tych młodych, którzy są na nas coraz bardziej otwarci. Musimy dać sobie wzajemnie szansę.

Opinie (31) 9 zablokowanych

  • wspaniała kobieta. ogólnie mamy wiele wybitnych kobiet w trójmieście (5)

    Niektóre jak Pani Krzywonos wręcz bohaterki! Pamiętajmy o tym!

    • 22 31

    • KRZYWONOS????? (2)

      Prąd wyłączyli komuniści to jej tramwaj stanął.

      • 24 10

      • grunt że prezesik była na barykadach

        • 3 6

      • Na jej widok to tylko tramwaj staje !

        • 2 0

    • krzywonos z lechem sami obalili komunę!!! (1)

      • 2 6

      • A potem sie obudzileś.

        • 5 1

  • "Trzymano nas 8 godzin bez wody i wymagano najwyższego skupienia". Ciekawe, co brak wody ma tu do rzeczy? Nawet w siłach specjalnych jest wręcz nakaz picia, żeby właśnie mózg i cały organizm dobrze pracował a nie na odwrót :D

    • 7 25

  • Proszę o pokazanie co ma na tą panią IPN....

    • 10 15

  • Wspaniała!

    Oby tacy ludzie zostali z nami jak najdłużej :) kolejny inspirujący tekst, kolejna osoba, ktora po prostu... Jest Gdańskiem :) pozdrowienia dla Pani Heleny!

    • 16 3

  • Jakie piękne zdjęcie... :) (1)

    Czekałam na kolejny reportaż i jak zawsze nie jestem zawiedziona :) zapisuję się na kolejny spacer po stoczni, żeby posłuchać Pani Heleny.
    PS tekst o fitnessie bezbłędny :P

    • 7 2

    • Piękna, silna i inspirująca

      Pani Heleno, szacunek :)

      • 6 3

  • To swietnie opisuje jak wielkie znaczenia miały stocznie w Trójmiescie w koncu 2 najwieksze osiedla powstały dla stoczniowców

    Niestety zostały zniszczone przez układy polityków bo były zbyt konkurencyjne dla zachodu.

    • 10 5

  • Takich tekstów i takich emocji potrzebujemy!

    • 10 3

  • Niesamowita!

    Fascynująca kobieta, chciałabym poznać więcej tych historii. A jeszcze tak pięknie opisanych! — przez artykuł po prostu się płynie i zakończenie przyszło zdecydowanie za szybko!

    • 10 3

  • Stocznia zawsze będzie kobietą (1)

    Jak zwykle przepiękny tekst, doskonałe zdjęcia. Historie kobiet ze stoczni stara się wymazać od lat, tego się jednak nie da ukryć. Oby więcej takich reportaży, oby więcej takich kobiet.

    • 5 4

    • Kto stara się wymazać historie kobiet ze stoczni? Jak ?

      Kolejna teoria spiskowa.

      • 4 1

  • No dobrze Pani Weroniko - to może jednak taki tekst do cyklu co tydzień, hmmmm?

    • 4 1

1

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

28

lipca

XXIII Gdański Festiwal Cari... Gdańsk, Kościół Św. Katarzyny

01

sierpnia

Letnie Brzmienia: Jazz Band... Gdańsk, Plac Zebrań Ludowych

Kultura

Milord de Molo: Byłem rybakiem, zostałem malarzem
Milord de Molo: Rybak został malarzem
Najciekawsze eksponaty Muzeum Bursztynu
Najciekawsze bursztynowe eksponaty

Kulinaria

Dlaczego wychodzimy z restauracji przed złożeniem zamówienia?
Dlaczego wychodzimy z restauracji?

    Najczęściej czytane

    Sprawdź się

    Publiczny teatr dla dzieci i młodzieży, znajdujący się w Gdańsku nosi nazwę: