Wiadomości

stat

"Ludzie z tła" na pierwszym planie. Powstał film o gdańskich stoczniowcach

"Stoczniowcy. Ludzie z tła" to dokumentalna historia ośmiu byłych pracowników Stoczni Gdańskiej, którzy po kilkudziesięciu latach wspominają przed kamerą swoje zaangażowanie w robotnicze strajki i powstanie "Solidarności".
"Stoczniowcy. Ludzie z tła" to dokumentalna historia ośmiu byłych pracowników Stoczni Gdańskiej, którzy po kilkudziesięciu latach wspominają przed kamerą swoje zaangażowanie w robotnicze strajki i powstanie "Solidarności". mat. prasowe

Zazwyczaj stali w drugim, a nawet dalszym szeregu. Ich wkład w budowę mitu "Solidarności" był jednak nieoceniony. "Stoczniowcy. Ludzie z tła" to tytuł filmu dokumentalnego o byłych pracownikach Stoczni Gdańskiej, którzy o wolność walczyli stojąc ramię w ramię z postaciami rozpoznawalnymi dziś na całym świecie. O bohaterach, którzy przemówili po blisko pół wieku rozmawiamy z twórcą filmu, Markiem Osiecimskim.



Był "Człowiek z żelaza", są "Ludzie z tła". Marek Osiecimski opowiada historię ośmiorga byłych pracowników Stoczni Gdańskiej, którzy aktywnie brali udział w protestach robotników z grudnia 1970 roku i w strajkach, jakie były organizowane dekadę później. Reżyser 45-minutowego dokumentu dotarł do osób, które mimo dużego wkładu w walkę o wolność pozostały anonimowe, a nawet zapomniane. Zdjęcia do filmu trwały od września 2018 do czerwca 2019 roku. Zamknięty przedpremierowy pokaz filmu zaplanowano w piątek 30 sierpnia w klubie B90. Twórcy dokumentu rozmawiają już jednak z dystrybutorami i planują wysłać film na różne międzynarodowe festiwale.

Tomasz Zacharczuk: Dokument jest sentymentalną podróżą nie tylko w charakterystyczne dla Gdańska i całej Polski miejsca, ale również próbą dotarcia do "niemych" bohaterów dawnych wydarzeń. Jak bohaterowie pana filmu zareagowali na taką inicjatywę i na fakt, że po tylu latach to oni teraz będą w centrum uwagi?

Cykl Filmowe w Trójmiasto: wszystko o lokalnych filmach


Marek Osiecimski: Część naszych bohaterów znaleźliśmy przypadkiem i to w najdosłowniejszym tego słowa znaczeniu. Bardzo charakterystyczny jest tu dzień zdjęciowy na Zaspie, w którym wybraliśmy się na spacer dookoła bloku z naszym bohaterem, panem Markiem. Ekipa wyszła nieco wcześniej, żeby przygotować kamerę i zarejestrować wyjście pana Marka z klatki schodowej. Wychodzi, rejestrujemy, ale po paru sekundach z klatki wychodzi także sąsiad pana Marka, pan Kazimierz z psem. Widzi kamerę, pyta "co jest grane", pan Marek odpowiada, że robią film o starych stoczniowcach. Pan Kazimierz na to, że on też jest stoczniowcem. Zgodził się wziąć udział w filmie, a spacer i rozmowa, jaką odbyli wtedy ze sobą jest jednym z najbardziej magicznych momentów filmu, prawdziwą ucztą dla dokumentalisty. Czysty przypadek!

Ale to nie wszystko, gdy wrócili pod klatkę, z kościoła wracał kolejny sąsiad, pan Staszek, który stał się kolejnym, bardzo ważnym bohaterem naszego filmu. Mieliśmy sporo szczęścia, ale trochę też temu szczęściu pomagaliśmy, spędzając całe godziny na gdańskich blokowiskach. A poza tym pani Basia zadzwoniła do pani Urszuli, ta z kolei do Halinki i do Krystyny. I tak poszło, po nitce do kłębka. Żaden z naszych bohaterów nigdy nie myślał o sobie w kategoriach bohatera i ostatnią rzeczą, której by sobie życzyli, jest bycie w "centrum uwagi". Z drugiej strony, część z nich przyznaje, że czują się samotni i zapomniani. Jestem im bardzo wdzięczny za udział w tym filmie, bo nie było łatwo ich do tego przekonać.

Jakimi ludźmi są bohaterowie dokumentu? Jakie historie mają do opowiedzenia? W jaki sposób to oni (nie stojąc w pierwszym szeregu) walczyli o wolność?

Są skromnymi, prostolinijnymi, nieznoszącymi fałszu i obłudy ludźmi. To nieprawdopodobne, jak bardzo ich wszystkich łączą te cechy. Wciskanie kitu wyczują na odległość. Przy pewnej skrytości, o której wspomniałem wcześniej, są jednocześnie niezwykle gościnni. Gdy już zawitaliśmy u nich w domach, zawsze podejmowani byliśmy jak członkowie rodziny. Nie zliczyłbym kalorii, które przyjęliśmy w ramach poczęstunków, a przecież nie wypada odmówić!

Gdy zaufają, otwierają się w całości. Wie pan, czasami czułem, że oni wiedzą, że mają ważne historie do opowiedzenia i coraz mniej czasu, żeby to zrobić. Ta świadomość udzielała się im i nam w trakcie wizyt i rozmów. To historie o bardzo ciężkiej pracy, jaką przyszło im wykonywać w niezwykłym zakładzie i mieście. To historie ich młodości. Być może dlatego, mimo olbrzymiego trudu pracy, opowiadali o niej z nostalgią i dumą.

Wszyscy kochają morze i statki. Wodowanie statku dla wszystkich było zawsze świętem. Są twardzi, honorowi, bez wyjątku i bez względu na płeć. O wolność walczyli tak, jak pracowali. Sumiennie, z zaangażowaniem. Gdy trzeba było, rzucali kamieniami (choć nie tylko), w milicję czy KW PZPR w grudniu 1970 roku. A gdy zostali w stoczni w sierpniu '80, żaden z naszych bohaterów nie odpoczywał. Powielali ulotki, robili kanapki dla reszty strajkujących, zabezpieczali ciepłą wodę i prąd, by strajkować w ludzkich warunkach. Owszem, byli w drugim szeregu, w tle tych najważniejszych postaci, ale bez nich ci z pierwszego rzędu nic by nie zrobili.


- Uderzyło mnie, że historią życia każdego z nich można by obdzielić osobny film. I to najlepiej fabularny. Do filmu nie zmieściła się cała masa fascynujących wątków. Dlatego już teraz myślę o stworzeniu serii dokumentalnej - podkreśla twórca dokumentu, Marek Osiecimski.
- Uderzyło mnie, że historią życia każdego z nich można by obdzielić osobny film. I to najlepiej fabularny. Do filmu nie zmieściła się cała masa fascynujących wątków. Dlatego już teraz myślę o stworzeniu serii dokumentalnej - podkreśla twórca dokumentu, Marek Osiecimski. mat. prasowe
Stoczniowcy są bardzo specyficzną grupą zawodową - jaki etos pracy wypływa z ich wspomnień i opowieści?

Wręcz ewangelicki. Praca była dla nich wszystkich bardzo ważna. Dla pracy poświęcali niemal wszystko. Gdy rozmawiałem z ich dziećmi, trudno było nie wyczuć pewnego żalu w ich głosie, że stocznia w dużym stopniu zabrała im dzieciństwo. Ich rodzice potrafili spędzać w stoczni niedziele i święta (sobota i tak była pracująca), bo była robota do zrobienia, a "przecież nikt za nas tego nie zrobi". A to zerwały się cumy od wiatru w Boże Narodzenie i trzeba było do Nowego Roku ściągać statki i naprawiać zniszczenia; a to ktoś zapomniał o fragmencie izolacji na maszcie i trzeba się było wdrapać bez zabezpieczenia. Świątek, piątek, nadgodziny. Za które zresztą, w najlepszych latach stoczni, zarabiało się dobre pieniądze na tle reszty społeczeństwa.

Mówię oczywiście o naszych bohaterach. Nie wykluczam, a nawet jestem pewien, że wśród stoczniowców było mnóstwo ludzi mających skrajnie odmienne podejście do pracy, ale "nasi" filmowi stoczniowcy pracę szanowali wyjątkowo. Inna sprawa, że miejsce pracy, a więc zakład - szanował ich znacznie mniej. A potem, gdy na przykład przeszło się na emeryturę, już nikt z zakładu się nie odzywał. Dom, cztery ściany i wspomnienia...

Czy z punktu widzenia filmowca trudno było dotrzeć do takich ludzi i zachęcić ich do wspomnień? Jaki był pana pomysł na ten film?

W dużym stopniu odpowiedziałem już na to pytanie. O wielu rzeczach decydował przypadek i szczęście, któremu trzeba było pomóc. Nie zawsze szło jednak jak po sznurku, czasem ponosiłem porażkę. Udało mi się odnaleźć człowieka, który na słynnym zdjęciu triumfującego Wałęsy na ramionach swoich kolegów, jest jednym z tych kolegów. Podtrzymuje prawe udo legendy. Chodziłem od klatki do klatki jednego z falowców, bo ktoś powiedział mi, że tam właśnie mieszka. Pytałem ludzi, w końcu dowiedziałem się, że muszę wejść do tej klatki, na to piętro.

Recenzje filmów


Po wielu godzinach trafiłem na tego człowieka. To było wstrząsające - te same, żywe oczy na postarzałej już twarzy. Ten pan w sierpniu pełnił rolę jednego z ochroniarzy Wałęsy. I byłem bardzo bliski przekonania się o jego sile fizycznej, która - podejrzewam - wciąż jest niemała. Krótko mówiąc - spławił mnie, powiedział, że nie chce mieć już z tamtymi czasami nic wspólnego. Byłem zdołowany. Facet jest na wszystkich najważniejszych zdjęciach z Wałęsą z Sierpnia i nie chce mieć z tym nic wspólnego. Ma wyraźnie dosyć wspomnień. Ma też pewnie swoje powody. I to też jest część prawdy o tych ludziach i nie należy o tym zapominać, tylko uszanować. Dlatego jestem tak wdzięczny Markowi, Krystynie, dwóm Staszkom, Urszuli, Halince i Basi, a także Kazikowi, że jednak się zgodzili.

Czy w rozmowach ze stoczniowcami coś szczególnie pana zaskoczyło, a może poniekąd wpłynęło na zmianę wyjściowej koncepcji dokumentu?

Klarowność wspomnień, nawet tych najodleglejszych. Jak mówi Staszek Broniś, "mogę nie pamiętać, co było wczoraj na kolację, ale grudnia 1970 roku na pewno nie zapomnę. Tego się nie zapomina". A to było już prawie 50 lat temu. Uderzające było dla mnie to, o czym niektórzy moi bohaterowie nie chcą powiedzieć przed kamerą. Wydawałoby się, że są to powody do największej dumy, chwały na cały świat, a uparli się, że przed kamerą tego nie opowiedzą. Ze strachu, że w dzisiejszej Polsce mogłoby to być wykorzystane przeciwko nim.

Uderzyło mnie też coś, co dla reportera czy filmowca powinno być oczywiste. Że historią życia każdego z nich można by obdzielić osobny film. I to najlepiej fabularny. Do filmu nie zmieściła się cała masa fascynujących wątków. Dlatego już teraz myślę o stworzeniu serii dokumentalnej, żeby każdy z odcinków poświęcić jednej postaci.

Filmowcy z kamerą zaglądają do mieszkań stoczniowców, poznają ich rodziny, jedzą wspólne posiłki. Wraz ze swoimi bohaterami odwiedzają też miejsca, które już na zawsze zapisały się nie tylko w pamięci starszych dziś osób, ale stanowią wciąż żywy fragment historii całego kraju.
Filmowcy z kamerą zaglądają do mieszkań stoczniowców, poznają ich rodziny, jedzą wspólne posiłki. Wraz ze swoimi bohaterami odwiedzają też miejsca, które już na zawsze zapisały się nie tylko w pamięci starszych dziś osób, ale stanowią wciąż żywy fragment historii całego kraju. mat. prasowe
Spędził pan zapewne wiele czasu z bohaterami filmu - jaki oni dziś mają stosunek do stoczni i tego wszystkiego, co dzieje się w Gdańsku i kraju?

W rozmowie z nimi świadomie unikałem bieżącej polityki. Może też o tyle łatwiej było mi zdobyć ich zaufanie. Film nie rozstrzyga kwestii "który Lech był ważniejszy". Ale można wyczuć, że są zniesmaczeni bieżącymi kłótniami, które ich piękny ruch i idee za nim stojące wyrzuciły w błoto. To, co dzieje się dzisiaj ze stocznią, stan budynków, fakt, że wiele z tych budynków już nie istnieje, bardzo ich smuci. Wiedzą, że powrotu do dawnej stoczni, piątej potęgi stoczniowej na świecie, już nie będzie. A skoro tak, to chcieliby, żeby wróciła tam jakaś forma życia. Najlepiej rzecz jasna związana z przemysłem stoczniowym, ale nawet jeśli mowa jest o wybudowaniu na tych terenach nowej dzielnicy, to niech znajdzie się tam miejsce na upamiętnienie ich kochanego zakładu i niesamowitych rzeczy, które się tam działy. Z tego co wiem, inwestorzy tzw. Młodego Miasta mają takie plany. Mam nadzieję, że je sumiennie zrealizują.

Maratony filmowe w Trójmieście


Film jest bardziej sentymentalną podróżą w głąb ważnych dla całego kraju wydarzeń czy może filmową lekcją historii dla współczesnych pokoleń?

To nie jest film informacyjno-instruktażowy o tym, czym była stocznia i na czym polegała praca stoczniowca. Nie jest to film historyczny, ani edukacyjny. To jest przede wszystkim film o ludziach. To jest ich historia, ich emocje, ich wspomnienia, łzy i śmiech. Dla kogo jest to film? Dla ludzi lubiących prawdziwe filmy o innych ludziach. Człowiek jest zawsze najważniejszy. Mam nadzieję, że dzięki temu będzie to film uniwersalny i zrozumiały, zarówno w Gdańsku, w Wałbrzychu, Madrycie, czy Seulu. Choć nie ukrywam, że dla mnie jako urodzonego i mieszkającego obecnie w Gdyni, wychowanego w Sopocie i Gdańsku obywatela Trójmiasta, jest to film o ludziach z mojego świata. Bardzo osobisty.

08

grudnia

Jarmark Świąteczny w Gdyni Gdynia, Plac Grunwaldzki

10

grudnia

Mela Koteluk Migawka Gdańsk, Stary Maneż

13

grudnia

SpaceFest 2019 Gdańsk, B90

Kultura

Oryginalne tablice z postulatami Sierpnia '80 mogą zniknąć z ECS
Muzeum Morskie chce tablic z Sierpnia '80
Jacek Friedrich ma zostać dyrektorem Muzeum Narodowego w Gdańsku
Friedrich nowym dyr. Muzeum Narodowego

Kulinaria

Jemy na mieście: restauracja Deska - smak i duże porcje
Jemy na mieście: Deska - duże porcje
Romans tradycji z nowoczesnością. Otwarcie restauracji Monastico
Otwarcie restauracji Monastico

Planuj z nami tydzień

    Najczęściej czytane

    Sprawdź się

    Powieść Moniki Milewskiej pt. "Latawiec z betonu" opowiada o: