Maraton na skróty. Jak przetrwać reklamy w kinie?

Dziś bloki reklamowe przed wyświetleniem filmu w kinach trwają średnio 25 minut. To niemal dwa razy więcej niż jeszcze kilkanaście lat temu.
Dziś bloki reklamowe przed wyświetleniem filmu w kinach trwają średnio 25 minut. To niemal dwa razy więcej niż jeszcze kilkanaście lat temu. fot. Pixabay

Cisza na planie! Kamera! Akcja! Nakręcenie filmu zazwyczaj zaczyna się od kilku prostych komend. Niestety nie działają one na zaciemnionej kinowej sali. Jakichkolwiek haseł czy zaklęć byśmy nie używali, to i tak nie przyspieszymy projekcji. Najpierw bowiem musimy biernie przyglądać się testowi hybrydowych aut, pojedynkom kabanosowych muszkieterów czy pani delektującej się w kolejowym wagonie czekoladowym batonikiem. Pokaźny blok reklam przed wyczekiwanym filmem to wciąż dla wielu widzów największa zmora podczas wizyty w kinie. Nic więc dziwnego, że chwytamy się każdych sposobów, by ten dodatkowy maraton przebiec na skróty, w sprinterskim tempie.



Wydarzenia filmowe w Trójmieście



Długa i kręta jest droga widza do momentu, w którym nareszcie zobaczy na wielkim ekranie tytuł wyczekiwanego filmu. I wcale nie chodzi w tym przypadku o pokonywanie labiryntu kinowych korytarzy czy przedzieranie się przez rzędy foteli do zarezerwowanego miejsca. Uporczywą i dla wielu nie do przejścia przeszkodą pozostają reklamy, przez które trzeba przebrnąć, by doczekać się faktycznego seansu.

Jeszcze kilkanaście lat temu wystarczył średnio kwadrans, zazwyczaj i tak wypełniony głównie zwiastunami innych produkcji. Dziś ten czas wydłużył się przeciętnie o 10-15 minut. Praktyka nakazuje więc do każdego wyświetlanego w kinie filmu doliczyć pół godziny ekstra. O 30 minut, dla większości z nas za dużo, bowiem jak pokazały zlecone jeszcze przed pandemią badania dla portalu Filmweb - 57 proc. widzów nie lubi reklam kinowych.

Powtarzalność, nuda, niedopasowanie



Co robisz podczas reklam w kinie?

Zobacz wyniki (790)
Oczywiście najłatwiej ten wynik wytłumaczyć wrodzoną wręcz niechęcią Polaków do wszelakich reklam: w telewizji, internecie, na ulicy. Nie lubimy też nudy i powtarzalności, a niestety zdecydowana większość kinowych reklam to te same treści, które na co dzień mamy w innych środkach przekazu. Co więcej, niektóre kampanie zaplanowane są nie na tygodnie czy miesiące, a wręcz na lata. Ileż można przyglądać się uwięzionej w pociągu pani, która kilkadziesiąt razy dziennie musi żuć ten sam kawałek czekolady? Bidulka ani nie może wysiąść, ani nawet spokojnie zjeść do końca.

Reklamy potrafią być nużące, ale zarazem niedopasowane do widowni. Szczególnie dotyczy to seansów przeznaczonych stricte dla młodszej publiczności. Nie przeszkadza to jednak reklamodawcom celować w dorosłego klienta. Dochodzi więc do absurdalnych sytuacji, gdy czas przed wyświetleniem bajki lub familijnego tytułu wypełnia promocja prezerwatyw czy środków na erekcję. Odrębną kwestią pozostaje jeszcze dobór filmowych zwiastunów. Ostatnio głośno było o wyemitowaniu przed dziecięcym seansem trailera zapowiadającego "Mistrza". Najmłodsi z przerażeniem oglądali więc urywki scen, w których dochodzi do egzekucji i poniżania obozowych więźniów. Nawet "Psi patrol" nic nie zaradzi na dziecięcą traumę w kinie.

Poza kwestiami estetycznymi długie bloki reklamowe generują nieraz problem logistyczny. Jeżeli film trwa ponad dwie i pół godziny (patrz ostatnio "Diuna" czy "Nie czas umierać"), a czas dojazdu do kina i powrotu do domu wynosi optymistycznie 20 minut w każdą stronę, to po doliczeniu reklam i czasu spędzonego przy kasie (np. kupując bilet czy przekąski), cała operacja pod hasłem "wyjście do kina" zamyka się w absurdalnych czterech godzinach! Dziś, chodząc do kina, w jednej kieszeni trzeba mieć pieniądze, a w drugiej sporo wolnego czasu. Naturalnie też cierpliwość, bo na razie obowiązkowych reklam nie przeskoczymy. Trzeba więc kombinować na różne sposoby.

Repertuar kin w Trójmieście



Marsz "mrocznych wędrowców"



Telefon okazuje się pomocny w kinie, przynajmniej podczas bloków reklamowych. Później lepiej go jednak wyciszyć i głęboko schować.
Telefon okazuje się pomocny w kinie, przynajmniej podczas bloków reklamowych. Później lepiej go jednak wyciszyć i głęboko schować. fot. www.freepik.com
Listopadowy wieczór. Helios Metropolia Gdańsk. Weekend. Tłum przy kasach. Wchodzę na seans "Diuny" i ze zdumieniem odkrywam, że jestem jednym z zaledwie kilku widzów na sali. Dziwne, bo sporo osób przede mną w kolejce "klepało" bilety właśnie na ten film. Zagadka rozwiązuje się po dokładnie 27 minutach. Parówki, napoje, kredyty i wczasy w Chorwacji zareklamowane, zwiastuny wyświetlone, zapada ciemność, rozpoczyna się film. I wtedy wchodzą oni, cali skąpani w kinowej czerni, "mroczni wędrowcy". Obładowani kurtkami, płaszczami, torebkami, popcornami, nachosami, kubłami coli. Najpierw rozpoczyna się badanie stopami gruntu, później poszukiwanie miejsc, zamiatanie pod fotele wysypanych przekąsek i uciskanie garderoby po sąsiednich "krzesełkach". Jestem na "Diunie" drugi raz, więc spokojnie kilka początkowych minut seansu mogę poświęcić na obserwację "wędrowców". To też taki rodzaj filmu, komediowego głównie.

- Tak, jestem "mrocznym wędrowcem"! - przyznaje z rozbawieniem Kuba. - Nie będę ściemniał, nie znoszę reklam w kinie i wolę siedzieć pół godziny pod salą, niż patrzeć na coś, co popsuje mi fun z seansu, jeszcze zanim ten się na serio zacznie. Właściwie to nawet nie siedzę pod salą, bo przyjeżdżam teoretycznie spóźniony. Bez tłumu przy kasach kupuję bilety, czasami jakieś żarcie, kontrolnie odwiedzę toaletę i wchodzę w idealnym momencie. Komuś tym przeszkadzam? Szczerze, nie interesuje mnie to. Płacę za swój komfort, a nie innych.
Zobacz także: Irena Melcer o aktorstwie i pilates

Barowe przekąski to jeden ze sposobów na "zagryzienie" reklam przed wyczekiwanym filmem. Problem pojawia się wtedy, gdy z początkiem seansu orientujemy się, że kubełek ... jest prawie pusty.
Barowe przekąski to jeden ze sposobów na "zagryzienie" reklam przed wyczekiwanym filmem. Problem pojawia się wtedy, gdy z początkiem seansu orientujemy się, że kubełek ... jest prawie pusty. fot. unsplash.com
Kuba zazwyczaj do kina chodzi z dziewczyną, więc z Sandrą, moją kolejną rozmówczynią, raczej i tak by się nie umówił na film. Nawet jeśli, to ich kinowa randka skończyłaby się z hukiem zapewne jeszcze przed wejściem na salę.

- Och! Najbardziej irytujący rodzaj widza! Nawet ich po części rozumiem, ale nie cierpię po prostu tego szwendania się po rozpoczęciu filmu. Kiedyś byłam z koleżanką na drugiej części "Mamma Mia!". No i już po pierwszej scenie zjawiła się pewna parka. Najpierw pan omal nie wywinął orła na zaciemnionych schodkach, ale uratował go telemark. Stoch by się nie powstydził. Potem, ku naszej rozpaczy, oboje zaczęli przeciskać się przez nasz rząd. Gdy dotarli do miejsc, okazało się, że... to tak naprawdę nie ich miejsca. A więc wsteczny i znów trzeba było wstawać i ich przepuszczać. Odeszli na bok, ale problem został, więc wpadli na genialny pomysł, aby swoich foteli poszukać za pomocą... latarki w telefonie. Zgroza. Kilka dobrych minut trwał ten kabaret, ale dla większości z nas na sali jednak mało zabawny - żali się Sandra.
Według wspomnianych badań dla Filmwebu 13 procent widzów pojawia się na sali, dopiero gdy rozpoczyna się rzeczywista projekcja.

Zajadacze, usypiacze, smartfoniarze



Zdecydowana większość z nas honorowo więc czuwa przy kinowych reklamach, ale poświęca ten czas na zupełnie inne czynności. Wybawieniem, szczególnie dla tych, którzy w pojedynkę oglądają filmy na wielkim ekranie, jest telefon zapewniający przeróżne rozrywki na czas trwania reklam. Rozwiązanie dość powszechne i raczej neutralne dla pozostałych widzów. Pod warunkiem, że wiemy, w którym momencie schować go do kieszeni, a przede wszystkim wyciszyć. Reklamowe bloki można także wykorzystać w mniej konwencjonalny sposób, choć jest to obarczone pewnym ryzykiem.

- Przesypiam reklamy - śmieje się Marek. - Zawsze budzę się na film. Nie no, a tak na poważnie, to przez te kilkanaście minut zamykam oczy i po prostu odpoczywam. Mnóstwo czasu spędzam w pracy przed komputerem. Do kina chodzę bardzo często, więc moje oczy zwyczajnie wysiadają już pod koniec dnia. Te kilkanaście minut to taka błyskawiczna regeneracja i przygotowanie do seansu. Może raz faktycznie na chwilę się zdrzemnąłem, ale na szczęście film zaczął się wtedy od mocnego walnięcia po głośnikach (śmiech). Reklamy mnie nudzą, niczym się nie różnią od tych w telewizji. Zwiastuny i tak znam na pamięć, bo oglądam je wcześniej w sieci, a poza tym co tydzień są niemal te same w kinach.
Zobacz także: Niekulturalne zachowania na kulturalnych imprezach

Skoro mało interesujący moment w kinie da się przedrzemać, to można i znaleźć czas na konsumpcję. "Zajadacze" to pokaźna grupa widzów, którym kinowe przekąski zazwyczaj kończą się, gdy film dopiero się rozpoczyna. Po zajęciu miejsca na sali pojawia się odwieczny dylemat: Jeść czy nie jeść? Poczekać do filmu czy zagryzać reklamową nudę? Ale co potem? Wyjść podczas seansu po dokładkę? Nasz żołądek westchnie tylko: "weź daj spokój", portfel krzyknie: "siedź i oglądaj, nie jestem bez dna!".

- Ujmę to tak: w 70 proc. jestem w kinie dla popcornu i klimatu, w 30 proc. dla filmu. Mąż doskonale wie, że oprócz biletów w kasie trzeba kupić jeszcze co nieco - przyznaje z beztroskim uśmiechem Magda. - Nie ma nawet takiej opcji, żebym czekała z jedzeniem do filmu (śmiech). Reklamy przejadam, na filmie zasypiam z przejedzenia albo walczę z własnym pęcherzem, bo napój też błyskawicznie znika. Nie, nigdy nie myślałam, żeby pójść po dokładkę już na sam film. Wtedy pewnie byłby to ostatni seans, na który zabrałby mnie mąż! Co on robi podczas reklam? Narzeka na to, ile wydał w kasie (śmiech).
Trudno o ekscytację podczas wyświetlania reklam, jednak okazuje się, że są i tacy widzowie, którzy lubią tę część kinowego seansu. Według badań dla Filmwebu z 2018 roku stanowią oni 13 proc. ogólnej widowni.
Trudno o ekscytację podczas wyświetlania reklam, jednak okazuje się, że są i tacy widzowie, którzy lubią tę część kinowego seansu. Według badań dla Filmwebu z 2018 roku stanowią oni 13 proc. ogólnej widowni. fot. unsplash.com

Reklamy do reklamacji? Nierealne



Reklamy w multipleksach są jednak niezbędne. Z powodu pandemii i wielomiesięcznego lockdownu w ubiegłym roku wpływy sieci kinowych w Polsce zmalały o ponad 75 procent! To olbrzymi cios w całą branżę, bo dochody z materiałów reklamowych i promocyjnych co roku stanowią sporą część budżetu przeznaczoną na bieżące funkcjonowanie takich obiektów. Bez reklam cena biletu na film byłaby znacznie wyższa - to, jak mawiał klasyk, "oczywista oczywistość".

Dłużące się bloki reklam w kinach nie są oczywiście tylko polską przypadłością, bo za granicą w podobny sposób widzowie także narzekają. Zupełnie inna sytuacja miała miejsce niemal sto lat temu. Pierwsze reklamy, choć głównie były to zwiastuny filmowe, emitowano w amerykańskich kinach w latach 30. ubiegłego wieku. I tu ciekawostka - były one wyświetlane już po głównej projekcji. Dziś trudno wyobrazić sobie taki sposób publikowania reklam w kinie. Jeszcze trudniej wyobrazić sobie choćby jedną osobę zostającą specjalnie po ponaddwugodzinnym seansie, by obejrzeć reklamówkę roślinnych kabanosów.

Opinie wybrane


wszystkie opinie (132)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze

więcej artykułów »

Wydarzenia

Kazik
Kazik
rock / punk
mar 11
piątek, g. 20:00
Gdańsk, Stary Maneż
Słoń
Słoń
hip-hop
lut 26
sobota, g. 19:30
Gdańsk, Parlament
IRA
IRA
rock / punk
mar 12
sobota, g. 17:00
Gdańsk, Filharmonia Bałtycka

Nowe Lokale

Sprawdź się

Sprawdź się

Twórcą gdańskiego muralu z podobizną Zbigniewa Wodeckiego jest: