Milord de Molo: Byłem rybakiem, zostałem malarzem

Kazimierz Sobczak w stroju Indianina. Znany był także jako Wielki Wódz Tatanka.
Kazimierz Sobczak w stroju Indianina. Znany był także jako Wielki Wódz Tatanka. arch. prywatne

Zatem zostałem malarzem. Odkryłem w sobie talent. Prawie cztery lata temu. Namalowałem ponad sto obrazów. Większość na zamówienie. Zacząłem od malowania portretów osobowości związanych ze SPATiF-em i znajomych. Nie wiedziałem, że umiem malować.



19 lipca zmarł Kazimierz Sobczak, sopocianin, pisarz, malarz samouk, bywalec, znany jako Milord de Molo, Wielki Wódz TatankaKazio Terakota. Bliscy pożegnali go w piątek, 23 lipca w kaplicy na cmentarzu w Gdańsku Srebrzysko. Dziś przypominamy jego sylwetkę.

***

Wcześniej byłem pisarzem. Napisałem dwie książki. Zacząłem trzecią. Ale to jest męczące w moim wieku. Masa informacji do przetworzenia. Malowanie idzie mi za to błyskawicznie.

Jeszcze wcześniej byłem marynarzem, skończyłem Szkołę Wyższą Rybołówstwa Morskiego w Gdyni. Pływałem przez wiele lat po całym świecie. Na koniec osiadłem w Sopocie.

Po rozwodzie nie miałem co robić. Zacząłem chodzić do SPATiF-u. I tak trwa to kolejne kilkanaście lat. A może i więcej. Jestem tez współinicjatorem i aktorem dorocznych jasełek. Nazywam się Sobczak. Kazimierz Sobczak. Wolę jednak swój sceniczno-literacki pseudonim. Milord de Molo. Chcecie posłuchać opowieści o milordzie? No to po kolei.

Reinkarnacja van Gogha



Nie wiedziałem, że umiem malować. Nigdy nie trzymałem w ręce pędzla. W każdym razie takiego, którym maluje się po płótnie. Kiedyś znalazłem w SPATiF-ie stary obraz. Pejzaż jesienny. Wisiał tu przez dłuższy czas, aż trzeba było zrobić zmianę dekoracji.

Kazimierz Sobczak, czyli Milord de Molo, podczas wernisażu swoich prac w SPATiF-ie w Sopocie. Październik 2017 r.
Kazimierz Sobczak, czyli Milord de Molo, podczas wernisażu swoich prac w SPATiF-ie w Sopocie. Październik 2017 r. fot. Lucyna Pęsik/Trojmiasto.pl
Wylądował na zapleczu. Nie był sygnowany żadnym podpisem. Szaruga jesienna, suche gałęzie, zasnute mgłą domy. Smutny obraz. Ktoś jednak wykonał ogromną pracę. Pomyślałem, że do tego jesiennego smutku można by domalować trochę kolorów. Tak by obraz był tłem, a w centrum znalazła się jakaś kolorowa postać. Pozazdrościłem temu malarzowi.

Kupiłem trochę farb: tempery, plakatówki, akryle. Sam nie wiedziałem, czym się to maluje. Namalowałem tę postać. Wrzuciłem na Facebook. Pochwalono mnie. Pomyślałem, że może warto poznawać tajniki malowania. I tak nie mam nic do roboty. Jestem emerytem.

Dwie książki wydałem, trzeciej nie chciało mi się pisać, bo mnie oczy bolały. No to zacząłem malować. Zacząłem od Arka Hronowskiego, szefa SPATiF-u. Kiedy zobaczył efekt, był zaskoczony trafnością charakteru oddanego na portrecie. Powiedział wtedy, że dobrze byłoby, gdybym oprócz niego namalował resztę załogi SPATiF-u.

Szef SPATiF-u Arkadiusz Hronowski ze swoim portretem autorstwa Milorda de Molo.
Szef SPATiF-u Arkadiusz Hronowski ze swoim portretem autorstwa Milorda de Molo. fot. Lucyna Pęsik/Trojmiasto.pl
Puściłem tę uwagę mimo uszu. Nabyłem jednak drogą kupna dwa blejtramy. Coś ciągnęło mnie do tego, żeby dalej mazać po płótnie. Popełniłem kolejny obraz. To był Wojtek (barman ze SPATiF-u). Kolega malarz zobaczył i pochwalił. Kupiłem kolejne blejtramy. Wrzucałem obrazy na Facebooka, więc pojawili się klienci, którzy chcieli, żebym ich namalował.

Po kolei namalowałem też "wszystkich świętych" ze SPATiF-u. U sąsiada w ogródku miałem zrobić wernisaż. Jednak Arek zaproponował mi wystawę w Spacie. Na imprezie zwanej wermutażem wystąpiłem jako van Gogh. Z rudą brodą i zabandażowanym uchem. Przygrywał zespół The Knots, skrzyknięty ad hoc. Goście dopisali. Była nawet relacja na "Trójmieście" (Czy można być malarzem bez szkoły? Wernisaż Milorda de Molo).

Niektórym się te obrazy podobają i mówią, że to odskocznia od sztuki. Taki orzeźwiający powiew kiczu. I coś co oddaje ducha SPATiF-u. Szalonego ducha lokalu i ludzi, którzy tu przychodzą.

Kochanek Kaliope



Przez lata brałem udział w tym, co się tu działo. W SPATiF-ie znaczy. Ode mnie zaczęła się też tradycja klubowych jasełek. Byłem też konserwatorem, naprawiałem wszystko, co się zepsuło.

Zaczęło się w roku 1992, kiedy zapukałem do drzwi klubu. Po rozwodzie wynająłem sobie mieszkanie. Nie musiałem już być przedsiębiorcą, biznesmenem, który buduje kapitalizm i goni za zyskami. Zapukałem, bo imponowało mi to miejsce i ludzie, którzy tu przychodzili.

Otworzył mi Piotruś Wiatrak, stały bywalec tego miejsca. Powiedziałem, że chcę napisać książkę o SPATiF-ie, w związku z tym muszę poznać to miejsce. Uśmiechnął się tylko i mnie wpuścił. Musiałem potem postawić kilka, no może więcej, kolejek wódki, żeby się wkupić.

Kazimierz Sobczak w SPATiF-ie podczas przeglądu filmów Andrzeja Kondratiuka. Obok Artur Barciś.
Kazimierz Sobczak w SPATiF-ie podczas przeglądu filmów Andrzeja Kondratiuka. Obok Artur Barciś. fot. Mateusz Orliński
Tak naprawdę jako człowiek morza napisałem opowiadania o tematyce marynistycznej. To miało wyjść nawet w wydawnictwie Marpress, pod warunkiem że poprawię teksty i dokonam pewnych przeróbek. Potem to jednak porzuciłem.

W mojej głowie zrodził się plan, że mogę połączyć jakoś żywioł morski i SPATiF, a szczególnie ludzi, którzy tu przychodzili.

Moja przygoda z pisarstwem to od początku była walka z żywiołem i materią. Uparłem się, żeby pisać, bo zawsze lubiłem książki. Lubiłem czytać. Ale z pisania byłem noga. Składnia, interpunkcja to była czarna magia. Pisałem jednak. Droga przez mękę. Kociokwik. Wariacki pomysł.

Kiedy jednak to wszystko zostało wymieszane ze zdjęciami i ułożone, wyszła wariacka książka. Znów na miarę ducha SPATiF-u. Był sponsor. Książka się ukazała. Strasznie została skrytykowana. Bardzo czekał na nią George Kanada. Zmarł jednak tydzień przed jej ukazaniem.

Jaka ta książka była, taka była. Do dziś robi wrażenie, ponieważ są w niej pewne fakty dotyczące życia sopockich postaci. Wszystko z życia wzięte. Nie ma ani grama zmyślenia. Nikt przecież tego nie spisywał, a czas szybko zaciera ślady, wspomnienia blakną. Za chwilę nie będzie już tych, którzy ich znali.

Reakcje były różne. Jedni mówili: Kurczę (powiedzmy), Kaziu, co ty żeś tam nazmyślał ? Przecież to bzdury! Niemożliwe, żeby to się wydarzyło. Inni chwalili: Co prawda, to prawda.

Książka była egotyczna ze względu na styl i przyjętą metodę pisarską. Obwołałem się pisarzem i dałem sobie spokój. Szkoda mi jednak było tych klimatów, historii, ludzi, plotek. Żeby to wszystko rozwiał wiatr.

Kolejni ludzie przestawali przychodzić tutaj. Starzeli się, przestało im odpowiadać miejsce, pojawiały się nowe pokolenia. Przykład? Proszę bardzo. Pewna pani przestała przychodzić do klubu w 1953 r. ponieważ to jej zdaniem "nie było to miejsce, co dawniej". To się powtarza cały czas. Cyklicznie.

Znaczy ubek



Każda generacja pamięta taki SPATiF, w jakim bawiła się najlepiej. A szczególnie kiedy byli młodzi. Pozbierałem te historie i zapisywałem na kartkach. Jak tylko coś nowego usłyszałem, zapisywałem. Niektórzy pamiętający dawne czasy patrzeli na to podejrzliwie. Pisze na kartkach - znaczy ubek.

I tak zostałem "ubekiem" i majorem Tomczykiem, dyrektorem departamentu. Miałem tego kilka worków.

Wymyśliłem postać "sopockiego wylkołaka". Ducha, który był zaklęty w kamieniu przedprożowym wmurowanym w ścianę klubu. Wylkołak wychodzi nocą ze ściany i rozrabia. Jego postać łączy te wszystkie historie.

Kazimierz Sobczak w swoim mieszkaniu.
Kazimierz Sobczak w swoim mieszkaniu. fot. Mateusz Orliński
Po trzech latach borykania się z myślami napisałem książkę, która jest pamiątką czasów mojego SPATiF-u. Niektórym tą książką dopiekłem. Prowokowałem i sprawdzałem, kto się obrazi. Inni napiszą swoje. Ta jest niepowtarzalna. Sam napisałem, sam wydałem.

Na pierwszej książce człowiek się uczy. Pierwszą pisze się z serca. Drugą dla sławy. Trzecią dla pieniędzy. Pierwszej książce patronował George Kanada, drugiej Hipo. Zacząłem pisać trzecią - o sopocianach, których znam. Zacząłem robić im zdjęcia. Po 80 stronach zdałem sobie sprawę, że to katorżnicza robota i nie podołam temu, bo stary już jestem. No i skoczyłem w malarstwo.

Wilk morski



Pływając, zwiedziłem cały świat. Najbardziej jednak chciałbym mieszkać w Chile. Mając dwadzieścia kilka lat, przeżyłem tam miłosną przygodę. W porcie Antofagasta zszedłem ze statku i poznałem uroczą studentkę o imieniu Esperanza, do której zapałałem gwałtownym uczuciem.

Rzuciłem się jej ojcu do stóp, prosząc o rękę Esperanzy. Senior rodu zorganizował przyjęcie na moją cześć. On był właścicielem sklepu. Uzgodniliśmy wszystko. Miałem zostać w Chile, ożenić się z jego córką i przejąć rodzinny biznes.

Przyjęcie trwało trzy dni. Obudziłem się w porcie na stercie desek, gdy jakiś kundel lizał mnie po twarzy. Cały pech polegał na tym, że nie pamiętałem adresu ani drogi do domu Esperanzy.

Skacowany powlokłem się na statek i popłynąłem w dalszy rejs. Po pół roku w Indiach na statek doszła kartka od mojej ukochanej. Po hiszpańsku. Ne znałem tego języka. Nikt nie znał go na statku. Zwinąłem kartkę w rulon, włożyłem do butelki i wrzuciłem do morza.

A mogłem prowadzić dziś interes w Chile. Założyć nową handlową dynastię.

Miałem dwie żony. Mam dwójkę dzieci. Mój syn mieszka w Stanach Zjednoczonych w Miami. Jest pilotem, lata Boeingiem 747. Jego żona jest z pochodzenia Kolumbijką z Medelin.

Emeryturę mam małą. Jak nie będę zarabiał na obrazach i jak już będzie bardzo źle, będą przysyłali mi banany nafaszerowane kokainą, a ja będę sobie dorabiał do renty.

***


Już po powstaniu tego tekstu Kazimierz Sobczak miał nawrót choroby. Trafił do hospicjum, gdzie spędził niemal cały okres pandemii. Niestety choroba okazała się silniejsza. Zmarł 19 lipca 2021 r. w wieku 74 lat.

Opinie wybrane


wszystkie opinie (48)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze

więcej artykułów »

Wydarzenia

Lao Che - Trasa Pożegnalna - No to Che!
Lao Che - Trasa Pożegnalna - No to Che!
rock
paź 1
piątek, g. 20:00
Gdańsk, Stary Maneż
IRA
IRA
rock
paź 7
czwartek, g. 19:00
Gdańsk, Filharmonia Bałtycka
Pat Metheny - Side Eye
Pat Metheny - Side Eye
jazz
cze'22 3
piątek, g. 20:00
Sopot, Opera Leśna

Nowe Lokale

Sprawdź się

Sprawdź się

Autorem powieści "Srebrzysko. Powieść dla dorosłych" jest: