Wiadomości

stat

Na orbicie Mercury'ego. Recenzja filmu "Bohemian Rhapsody"


Opowieść o fenomenie Freddiego Mercury'ego i grupy Queen przypomina bardziej pedantycznie uporządkowaną składankę topowych kompozycji spod szyldu "Greatest Hits" aniżeli perfekcyjnie zaintonowane, eksperymentalne i niebanalne "Bohemian Rhapsody". Filmowy rzemieślnik Bryan Singer nie do końca udźwignął legendę śpiewającego geniusza. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z wielkim muzycznym widowiskiem z olśniewającą rolą Ramiego Maleka.



Budowanie filmowych pomników ikonom światowej muzyki jest zadaniem równie ambitnym i szlachetnym, co nieraz niewdzięcznym, karkołomnym i opatrzonym potężnym ryzykiem. Artystycznego geniuszu nie da się przecież skopiować w skali 1:1. Można jedynie intuicyjnie poszukiwać formy, która oczekiwania fanów i zamysł filmowców zwiąże w jedną spójną, nienaruszalną całość. Twórcy ekranowej opowieści o Mercurym i Queen musieli sprostać gigantycznym wręcz wymaganiom i nieustannej presji ze strony milionów fanów brytyjskiej grupy.

Klasowe kino biograficzne, podobnie jak w przypadku wybitnych muzycznych kompozycji, powinno wyzbywać się kompromisów i półśrodków. Gdyby było inaczej, tytułowe "Bohemian Rhapsody" pod naciskiem producentów zostałoby skrojone do obowiązkowych trzech minut, pozbawione operowych elementów, zwyczajnie odsączone z magii. W skrócie: nie znalazłoby się w panteonie najlepszych utworów w historii światowej muzyki. Artystycznego uporu, filmowej wyobraźni i przede wszystkim pierwiastka geniuszu zabrakło Bryanowi Singerowi. Jego "Bohemian Rhapsody" to właśnie niechlujnie poskracana, wypolerowana z wszelkich rys, spłycona pod masowy gust i w gruncie rzeczy prostolinijna interpretacja wielkiego przeboju światowej popkultury zatytułowanego po prostu "Queen".

"Bohemian Rhapsody" jest zarazem dość sztampową filmową biografią, która muzycznej ikonie nie chce wyrządzić żadnej krzywdy, a jednocześnie wielkim muzycznym widowiskiem z rewelacyjnymi utworami Queen i głosem Freddiego Mercury'ego.
"Bohemian Rhapsody" jest zarazem dość sztampową filmową biografią, która muzycznej ikonie nie chce wyrządzić żadnej krzywdy, a jednocześnie wielkim muzycznym widowiskiem z rewelacyjnymi utworami Queen i głosem Freddiego Mercury'ego. mat. prasowe/ Imperial-Cinepix
Zanim jednak doszło do najsłynniejszej muzycznej koronacji, na początku lat 70. dorabiający na lotnisku pakowaniem bagaży i włóczący się po londyńskich knajpach chłopak z Zanzibaru ambitnie próbował przebić się do artystycznej bohemy. Wtedy był jeszcze Farrokhiem Bulsarą. Freddie Mercury (Rami Malek) narodził się dopiero podczas spotkania z Rogerem Taylorem (Ben Hardy) i Brianem Mayem (Gwilym Lee). To właśnie długowłosych rockmanów z niepozornej kapeli Smile przyszły wokalista przekonał, że razem są w stanie osiągnąć wiele. Już pierwszy wspólny koncert pokazał, że sceniczną energią, oszałamiającą charyzmą i wokalną wirtuozerią Freddie zaciągnie towarzyszy na szczyt.

W doskonale już znane rewiry biografii Mercury'ego i historii Queen zaciąga natomiast widzów Singer. A czyni to nieraz chaotycznie, powierzchownie, niedostatecznie angażująco i niezbyt wnikliwie. Jak choćby poruszając w bardzo zawoalowany i ledwie namacalny sposób wątek homoseksualny. Ograny tak, by nikogo nie urazić, a tym bardziej zrazić. Nadmierną asekurację widać nawet na płaszczyźnie relacji pomiędzy członkami zespołu. Wewnętrzne tarcia kończą się błyskawicznymi rozejmami, a cukierkowa wręcz sielanka wylewa się z ekranu.

Pytanie czy mogło być inaczej, skoro producentami filmu są Taylor i May? Nie ujmując absolutnie niczego świetnym muzykom, widać jednak, kto w tym legendarnym kwartecie pierwszy gnał na barykady, przełamywał konwenanse i schematy, wprowadzał kontrolowane szaleństwo. Gdyby filmowe "Bohemian Rhapsody" było muzycznym projektem Queen, Freddie z pewnością pod tak pełnym kompromisów i niedociągnięć dziełem nie podpisałby się. Jak to miał w zwyczaju, zapewne gnębiłby kolegów i żądał większego zaangażowania, aż w końcu światło dzienne ujrzałby kolejny artystyczny majstersztyk. Tutaj boskiej ręki zabrakło.

Poza znakomitym Ramim Malekiem niewątpliwym atutem filmu jest możliwość obserwowania, jak legendarna czwórka komponowała kolejne przeboje, radziła sobie z wewnętrznymi konfliktami i szturmem zdobywała światową publikę.
Poza znakomitym Ramim Malekiem niewątpliwym atutem filmu jest możliwość obserwowania, jak legendarna czwórka komponowała kolejne przeboje, radziła sobie z wewnętrznymi konfliktami i szturmem zdobywała światową publikę. mat. prasowe/ Imperial-Cinepix
Pozbawiony punktów zapalnych i unikający jak ognia kontrowersji scenariusz, autorstwa "speca" od żmudnych, przyciężkawych skryptów, Anthony'ego McCartena (odpowiadał za filmowe biografie Hawkinga i Churchilla), ubarwia na pewno dobre tempo filmowej opowieści i genialna, ponadczasowa, naszpikowana przebojami muzyka Queen. Usta mimowolnie śledzą każdą linijkę tekstu "Bohemian Rhapsody", noga samoczynnie wystukuje rytm "We Will Rock You", serce rośnie na dźwięk "We Are The Champions", łezka kręci się w oku przy "Show Must Go On". Sceny koncertowe zaaranżowane są znakomicie, zremasterowane nagrania Queen niemal porywają z siedzeń, a prawie w całości odtworzony występ z Live Aid z powodzeniem może kandydować do miana jednej z najlepszych muzycznych sekwencji ostatnich dekad w kinie.

Przełomową bez wątpienia rolę w swojej karierze gra Rami Malek. Znany głównie z serialu "Mr. Robot" aktor na przeszło dwie godziny staje się Freddiem Mercurym. Energicznym, pełnym pasji i nieposkromionych ruchów scenicznym potworem z przerażającym talentem wokalnym. A zarazem zagubionym, osamotnionym, naiwnym introwertykiem za kulisami. Malek fenomenalnie oddaje wszystkie te emocje i nieraz w pojedynkę ratuje puste emocjonalnie sceny przed niezamierzoną karykaturą. Nie przerysowuje postaci, jest niezwykle skupiony na detalach, magnetyzuje niczym Mercury, on nim po prostu jest. Piorunująco dobra robota, którą jak występy Freddiego, trzeba nagrodzić owacją na stojąco.

"Bohemian Rhapsody", i nie ma co do tego wątpliwości, jest filmem o liderze legendarnej formacji. Jest Freddie Mercury i grupa Queen. Nie inaczej, bo w odwróconej kolejności nie miałoby to żadnego sensu. Równowagi, ze względu na ograniczony metraż filmu, też być nie może. Narzekania malkontentów na marginalne potraktowanie Taylora, Maya czy Deackona szczerze nie rozumiem. Cała trójka z trudem, ale jednak znajduje miejsce u boku głównego bohatera. Każdemu ze świetnie dobranych (nie tylko wizualnie) aktorów przypada też odpowiednia funkcja. May intelektualizuje, Taylor podkręca temperaturę wewnętrznych relacji, Deacon na ogół milczy, przygotowując grunt pod trafną puentę albo pobrzękuje w kącie akordy do "Another One Bites The Dust". Wszystko harmonijnie do siebie pasuje i składa się w zgrabną całość. Jak muzyka Queen.

Bryan Singer stworzył nieskazitelny portret Freddiego Mercury'ego, którym on sam raczej nie byłby zainteresowany. Filmowi brakuje głębi, kontrowersji, lepszego scenariusza. Można za to znaleźć niesamowitą muzykę, świetnych aktorów, przebojowe tempo i naładowany potężnymi emocjami epilog ze słynnym koncertem na Wembley.
Bryan Singer stworzył nieskazitelny portret Freddiego Mercury'ego, którym on sam raczej nie byłby zainteresowany. Filmowi brakuje głębi, kontrowersji, lepszego scenariusza. Można za to znaleźć niesamowitą muzykę, świetnych aktorów, przebojowe tempo i naładowany potężnymi emocjami epilog ze słynnym koncertem na Wembley. mat. prasowe/ Imperial-Cinepix
Na uwagę zasługuje także świetna Lucy Boynton, wcielająca się w rolę Mary Austin, niedoszłej żony Mercury'ego, późniejszej wieloletniej przyjaciółki artysty. Każde pojawienie się Boynton podnosi jakość artystyczną filmu, a scena zagrana wspólnie z Malekiem przy retransmitowanym w telewizorze koncercie w Rio stanowi jeden z najmocniejszych emocjonalnie i najlepiej zagranych fragmentów "Bohemian Rhapsody". Właśnie takich momentów w produkcji Bryana Singera brakuje, by filmowy utwór dorównał legendarnym nagraniom londyńskiej czwórki. Fani Queen wiedzy na temat zespołu po seansie nie powiększą. Dodatkowo muszą również przełknąć to, że twórcy filmu niektóre fakty z życia Freddiego przesuwają swobodnie w czasie (np. moment poznania diagnozy). To jednak można wybaczyć, bo taki a nie inny pomysł na konstrukcję filmu (Live Aid jako klamra spinająca początek z końcem filmu) wymagał uproszczenia wielu wątków, a nawet ich nadinterpretacji.

W księdze skarg i zażaleń pod adresem filmowców mógłbym dopisać jeszcze niejeden akapit. Pierwszym jednak, co zrobiłem po powrocie do domu, było odkopanie z zakurzonej szuflady kasety "Innuendo" i kilkukrotne obejrzenie koncertowego zapisu z Live Aid. Tak właśnie działa magia Queen i Freddiego Mercury'ego. Olśniewająca rola Maleka i możliwość niemal duchowego obcowania z muzyczną legendą wymazują niemal każde złe wspomnienie z filmowego "Bohemian Rhapsody". Jeśli choć raz słyszeliście Queen, nawet przypadkiem podczas sportowej transmisji, w telewizyjnej reklamówce, na radiowej antenie, musicie zobaczyć film, który na pewno pokochają tłumy.

OCENA: 7/10

Film

Bohemian Rhapsody

Bohemian Rhapsody (40 opinii)

8.1
produkcja
USA
gatunek
Biograficzny
premiera
2 listopada 2018
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (71)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

13

listopada

Lwów - moje miasto | wystawa Gdańsk, Oliwski Ratusz Kultury

17

listopada

Kino dostępne: Diabeł ubier... Gdynia, Muzeum Miasta Gdyni

22

listopada

BOTO Wild Jam: Piotr Nadols... Sopot, Teatr BOTO

Kultura

Niepodległościowy mapping na Zielonej Bramie
Mapping na Zielonej Bramie
Na uczcie z Sokratesem. Po spektaklu "Uczta" Nowego Teatru w Warszawie
Na uczcie z Sokratesem w Szekspirowskim

Kulinaria

Upiecz szarlotkę na 11 listopada
Upiecz szarlotkę na 11 listopada
W Otominie powstała pierwsza na Pomorzu rzemieślnicza cydrownia
W Otominie powstała rzemieślnicza cydrownia

Planuj z nami tydzień

Planuj tydzień: Święto Niepodległości, biegi i dużo koncertów
Planuj tydzień: intensywny czas

    Najczęściej czytane