• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport

Nic mnie tak nie wkurza w kinie, jak...

Tomasz Zacharczuk
21 maja 2024, godz. 14:00 
Opinie (79)

W nie tak odległym kinowym uniwersum Borys Szyc jest Eminemem, Gollumem i Jokerem, Jacek Braciak należy do ekipy Strażników Galaktyki, Cezary Pazura żegluje "Czarną Perłą", a Marian Dziędziel najeżdża Diunę. Brzmi jak absurd? Prawdziwym absurdem jest dubbingowanie filmów, które podkładania pod nie polskich głosów wcale nie wymagają.





Chopin na Eurowizji, czyli dubbing nietrafiony



Jak oceniasz dubbingowanie filmów fabularnych przeznaczonych dla dorosłych widzów?

Dubbing oczywiście nie jest ani nowym zjawiskiem, ani naszym rodzimym wynalazkiem. Na zachodzie Europy nagrywanie alternatywnych wersji językowych praktykuje się od kilku dekad. W Polsce jeszcze do niedawna była to zupełna egzotyka. Nie licząc naturalnie animacji czy filmów familijnych, w których podkładanie głosów pod oryginalnych aktorów (tudzież rysunkowe/komputerowe postaci) nie tylko nikogo nie dziwiło, a było wręcz przez widzów wymagane.

Trudno dziś wyobrazić sobie "Shreka" bez kwestii Jerzego Stuhra i Zbigniewa Zamachowskiego czy "Króla Lwa" bez wkładu Krzysztofa Tyńca i Emiliana Kamińskiego. Nie wspominając o mającej już niemal legendarny status wśród miłośników dubbingu "Misji Kleopatra". To zaledwie kilka z wielu sukcesów na koncie autorów polskich wersji językowych, którzy nie tylko potrafili świetnie zadbać o odpowiedni dobór głosów, ale przyłożyli się także do zgrabnego przetłumaczenia zagranicznych dialogów na nasz język. Efekt często bywał nawet lepszy od oryginału.

Jason Momoa na jachcie i w restauracji w Gdańsku. Mamy zdjęcia! Jason Momoa na jachcie i w restauracji w Gdańsku. Mamy zdjęcia!

Jakkolwiek polski dubbing by nie brzmiał, jest on po prostu niezbędny dla kilkuletnich widzów, którzy sztuki czytania (zwłaszcza tak szybkiego) opanowanej jeszcze w pełni nie mają, więc nie nadążają za pojawiającymi się na ekranie napisami. Zasadność podkładania głosów w bajkach i filmach familijnych jest bezdyskusyjna. Znacznie trudniej jest mi doszukać się jej w produkcjach przeznaczonych już dla starszych kinomanów. Synchronizowanie polskich głosów z hollywoodzkimi twarzami to jak oglądanie Konkursu Chopinowskiego z wyłączonym dźwiękiem, za to przy akompaniamencie przyśpiewek z Eurowizji.


Polski Michael Winslow robi Eminema



Oczywiście nie zamierzam tutaj umniejszać talentom i staraniom dubbingowych aktorów, którzy w zdecydowanej większości pozostają anonimowi dla przeważającej części widzów. Choć zdarzają się wyjątki, gdy do nagrywania filmów angażuje się artystów o znanych nazwiskach i głosach. I tak w trylogii "Hobbita" Wiktor Zborowski był Gandalfem, Cezary Pazura żeglował "Czarną Perłą" w "Zemście Salazara", Jacek Braciak eksplorował kosmos ze "Strażnikami Galaktyki" (i to pod postacią szopa), a Marian Dziędziel, jako Vladimir Harkonnen, uciskał mieszkańców "Diuny" (w drugiej części tego widowiska).

Pamiętacie gościa z "Akademii policyjnej", który potrafił imitować niemal każdy dźwięk? Grał go Michael Winslow (który faktycznie posiada taki naśladowniczy talent). I my takiego Winslowa polskiego dubbingu też mamy. Borys Szyc podkładał już głos pod Brutusa (to akurat w "Asterixie na olimpiadzie" wyszło świetnie), Jokera i Golluma. Jakby tego było mało, dubbingował nawet Eminema.



I to właśnie "8. Mila" stanowi doskonały przykład tego, jak bezsensowne i bezcelowe jest dubbingowanie filmów fabularnych. Cały pomysł polegał tu na tym, że angielskie bluzgi zastąpiono polskimi. A że polszczyzna w tym aspekcie oferuje znacznie więcej możliwości niż język Szekspira, to ścieżki dialogowe brzmiały jak interlokucje osiedlowych pijaczków.

Zamiast angażować Szyca i pozostałych aktorów, równie dobrze można było postawić w nocy w środku sezonu mikrofon na sopockim Monciaku. Nagrane w te sposób kwestie niewiele by się różniły od oryginału, za to jak naturalnie by brzmiały!


Dubbing jak koncert z playbacku



Żarty na bok, bo słuchając dubbingowanych filmów, wcale nie jest mi do śmiechu. Uszy więdną, oczy błagalnie szukają napisów, a w głowie kołacze się jedno zasadnicze pytanie: dlaczego tak bezrefleksyjnie psujemy czyjąś pracę, a przy okazji nasz słuch?

Po pierwsze: dubbingowane filmy brzmią po prostu gorzej. Nagrywane w sterylnych warunkach w studiu głosy zawsze będą różnić się od tych zarejestrowanych na planie czy nawet w postprodukcji. By te różnice zminimalizować, zazwyczaj wycisza się odrobinę oryginalną ścieżkę filmu, co automatycznie wpływa na jakość całego dźwięku.

Po drugie: sztuczność. I nie mam tu tylko na myśli tak prozaicznej sytuacji, w której usta aktorów poruszają się inaczej w stosunku do tego, co słyszymy. Tę sztuczność słychać też w modulacji głosem dubbingujących aktorów, którzy próbują oddać emocje towarzyszące oryginalnym odtwórcom ról. A bez odpowiedniego kontekstu i bycia na planie po prostu nigdy takiej autentyczności nie osiągną. Efekt jest taki, że głosowe reakcje dubbingowców często bywają niewspółmierne z tym, co widać na twarzach ekranowych postaci. Wypisz-wymaluj: playback. I to taki "mandaryński".

Po trzecie: kwestia samych głosów. Oczywiście reżyserzy dubbingu stają na rzęsach, by dobrać obsadę zbliżoną do oryginalnej, ale przecież niektórych głosów nie da się podrobić. Lubię polskojęzyczną wersję filmów o Harrym Potterze (albo po prostu już się do niej przyzwyczaiłem po tylu seansach w tv), no ale do Alana Rickmana, mówiąc kolokwialnie, nie ma podjazdu. Tak samo jak nie da się podrobić barwy głosu Jasona Momoy w "Aquamanie" czy "bełkotania" Deppa w "Piratach z Karaibów". Można naturalnie osiągnąć duże, a nawet bardzo duże podobieństwo, ale to nie to samo. Queen z Adamem Lambertem to nie Queen z Freddym. Another Pink Floyd to jednak nie Pink Floyd.

Co mi się nie podoba we współczesnym kinie? Co mi się nie podoba we współczesnym kinie?

Po czwarte: przekłamania w tłumaczeniu. Pal licho już różnice w głosach, gorszy dźwięk czy nadmierną ekspresję dubbingowców. Dlaczego jednak w takich wersjach usilnie próbuje się ulepszać oryginalne dialogi? W kinie animowanym takie ingerencje, szczególnie w dowcip, który trzeba zaadaptować na polski grunt, sprawdzają się doskonale. Jak to się robi, nie raz pokazał Bartosz Wierzbięta. W filmie fabularnym próby przeinaczania pierwotnych kwestii kończą się babolami w stylu "starej Batmana". W jednym z marvelowskich filmów zdanie wypowiedziane przez Thora - "Anyone else?" - zabrzmiało w polskim dubbingu "ferdynandokiepskim" "Zatkało kakao?". Oj zatkało. Szkoda tylko, że nie tłumacza na etapie przepisywania scenariusza.


Dubbing ma sens, ale nie wszędzie



No dobra, to teraz pora na kontratak miłośników dubbingu, a takowych w naszym kraju nie brakuje, o czym świadczy choćby istnienie portalu polski-dubbing.pl i aktywność tamtejszej społeczności. Pozwolę więc was wyręczyć: z dubbingiem, wiadomo, jest wygodniej. Nie trzeba ganiać oczami za napisami, można się skupić na ekranie, nic nie umyka i nic nas nie rozprasza, wszystko można zrozumieć. W zasadzie ok, pod częścią tych argumentów mogę się niewyraźnie podpisać. Pamiętajmy jednak, że dubbingowane są głównie filmy akcji i widowiska przygodowe, w których liczba dialogów nie jest przytłaczająca, a sam język do skomplikowanych nie należy.

W tego typu produkcjach wciąż najważniejszą uwagę twórcy przywiązują do obrazu, a nie scenariusza i aktorskich kwestii. Jeśli kilka linijek tekstu nam umknie, to raczej nie zaburzy to zrozumienia fabuły i podążania za dalszą akcją. Przykładowo, we wciąż wyświetlanym w kinach "Królestwie Planety Małp" tytułowi bohaterowie z trudem sklejają zdania (wszak to małpy, które nie opanowały jeszcze do końca ludzkiej mowy), więc można nawet w ogóle nie skupiać się na napisach. Wystarczy znajomość angielskiego w stopniu podstawowym. A nawet prezydenckim.

Oczywiście dla osób, które mają duży problem ze wzrokiem albo z innych przyczyn śledzenie napisów bywa dla nich uciążliwe, opcja z dubbingiem często ratuje sytuację. O najmłodszych widzach już wspomniałem, ale polska wersja językowa stanowi również spore udogodnienie dla tych najstarszych. Nie neguję dubbingowania filmów w ogóle, ale pod warunkiem, że robi się to z głową, odpowiednią jakością i tam, gdzie faktycznie zachodzi taka potrzeba. Statystyk nie znam, ale odsetek seniorów oglądających w kinach zdubbingowanego "Deadpoola" czy "Transformersów" był raczej znikomy. Pierwszy z tych filmach wykluczał też udział dzieci podczas seansu, więc dla kogo właściwie powstała ta wersja?


Zawsze jest wybór



Na szczęście zawsze mamy wybór. I dotyczy to zarówno zadeklarowanych przeciwników dubbingu, jak i jego fanów. Każdy widz ma pełne prawo do oglądania filmu z napisami, z podłożonymi głosami lub z lektorem (choć już nie w kinie, a głównie w streamingu, bo w tv to już przecież oblig). I taki też wybór pomiędzy różnymi opcjami oferują kina, choć już nie raz - z różnych względów i nie z własnej woli - musiałem wybrać wariant z dubbingiem. A bywało również tak, że niektóre filmy do kin wchodziły tylko w polskiej wersji językowej.

Czasami za pomysłami dystrybutorów ciężko nadążyć. Sensu dubbingowania takich tytułów jak "Logan", "Deadpool 2" czy czekająca już w blokach startowych "Furiosa: Saga Mad Max" (na szczęście tylko pojedyncze seanse są w opcji z polską wersją językową) nigdy nie zrozumiem. I chyba też nigdy do dubbingowania filmów z kategorią PG-13 (nie wspominając już o "erce" tylko dla dorosłych) się nie przekonam.

Dobrze, że niektóre klasyki powstały wcześniej i nikt już dziś przy nich majstrować nie będzie. Chociaż niewykluczone, że ktoś być może jeszcze wpadnie na szalony pomysł i w "Ojcu chrzestnym" Vito Corleone przemówi głosem Andrzeja Grabowskiego, a Forresta Gumpa zdubbinguje... No kto? Wiadomo. Szyc.

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (79)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Ed Sheeran 2024 Gdańsk (6 opinii)

(6 opinii)
344 - 444 zł
pop

Koszykówka: TREFL Sopot - King Szczecin

39 - 59 zł
mecz

Strefa Trojmiasto.pl na Cudawiankach

w plenerze, gry

Katalog.trojmiasto.pl - Nowe Lokale

Najczęściej czytane

Sprawdź się

Sprawdź się

Gdzie w Trójmieście znajduje się butik Roberta Kupisza, polskiego projektanta mody, tancerza oraz stylisty fryzur?