Nowe miejsce, stara formuła. Podsumowanie SpaceFest

Niemal każdy z występów miał bardzo dobre momenty, dzięki którym była to najbardziej równa edycja festiwalu z dotychczasowych.
Niemal każdy z występów miał bardzo dobre momenty, dzięki którym była to najbardziej równa edycja festiwalu z dotychczasowych. fot. Dominik Staniszewski / Trojmiasto.pl

Kolejna, siódma już edycja najbardziej hałaśliwego festiwalu na koncertowej mapie Polski dobiegła końca. Po czterech latach SpaceFest przeniósł się z klubu Żak do industrialnej przestrzeni B90, do której ta impreza z całą masą surowych brzmień, jakie oferuje słuchaczowi, zdaje się idealnie pasować. W piątkowy i sobotni wieczór na stoczniowej scenie wystąpiło kilkunastu artystów z całego świata, prezentując wszelkie odmiany psychodelicznej muzyki gitarowej.



Zmiana miejsca, w którym odbywa się impreza, okazała się być istotnym krokiem dla jej rozwoju. Pozwoliła nie tylko na przyciągnięcie szerszej publiczności i poprawę warunków akustycznych, ale też wzbogacenie programu choćby o kino, które powstało na Soundrive Stage. Pierwszego dnia festiwalu można było zobaczyć tam "kosmiczną mieszankę z archiwów VHS Hell", czyli serię filmów klasy B. Drugiego dnia wyświetlono dokument "Gimme Danger" w reżyserii Jima Jarmuscha, opowiadający o rockandrollowym życiu Iggy'ego Popa i The Stooges. To świetny sposób na wypełnienie czasu pomiędzy koncertami i złapanie oddechu na leżakach. Po północy kino zamieniało się w parkiet, gdzie swoje sety zagrali Dr Switchoff z Kaliningradu oraz zespół New Candys.

Wielki plus organizacyjny należy się również za dwa ogromne ekrany umieszczone po obu stronach sceny, które pozwalały dokładnie obserwować to, co się na niej dzieje. A działo się sporo. Co prawda większość zespołów występujących podczas tegorocznego SpaceFest była bardzo statyczna, nie brakowało im za to muzycznej ekspresji. W programie, podobnie jak rok temu, zabrakło dużych nazw. To jednak znów nie miało większego znaczenia dla poziomu artystycznego wydarzenia. Niemal każdy z występów miał bardzo dobre momenty, dzięki którym była to najbardziej równa edycja festiwalu z dotychczasowych.


W piątek na początku zaprezentowali się Brytyjczycy z Dead Rabbits, których wizytówką są przestrzenne, choć dość oszczędne brzmienia gitary oraz melodyjny wokal, który wyjątkowo nie został przykryty warstwą przesterów. Ich spokojnie kompozycje nie porwały, ale sprawdziły się jako wstęp do dużo ciekawszego koncertu Blind Butcher. Ci, wzbudzali zainteresowanie już nie tylko muzyką, ale też swoim wyglądem.

Zgodnie z opisem w notce biograficznej, "to eksplozja space rocka, glam rocka, brokatu, lajkry i cekinów". I właśnie tak było. Wokalista Christian Aregger wystąpił w obcisłym, czerwonym kostiumie kojarzącym się z najlepszymi stylizacjami Davida Bowie za czasów Ziggy Stardusta. Potrzebowali tylko chwili, aby motorycznym tempem napędzanym perkusją i elektronicznymi wstawkami porwać część publiczności do tańca i rytmicznego podrygiwania. Nic dziwnego, że w ciągu dwóch miesięcy grają aż 37 koncertów w całej Europie. Występujący w następnej kolejności Włosi z New Candys za pomocą trzech świetnie zsynchronizowanych gitar stworzyli przygniatającą ścianę dźwięku. Podobnie jak 10000 Russos - najgłośniejszy zespół pierwszego dnia, który potrafił zahipnotyzować swoim psychodelicznym eksperymentem.

Więcej różnorodności i energii przyniósł drugi dzień festiwalu, który otworzył kołobrzeski projekt 30 kilo słońca. Trio bazuje na improwizacji, z jednej strony poszukując nowych brzmień, a z drugiej łącząc ze sobą elementy yassowe, elektroniczne i spacerockowe, dzięki czemu wymykają się jednoznacznym klasyfikacjom.

Odd Couple drugiego dnia na SpaceFest
Odd Couple drugiego dnia na SpaceFest fot. Dominik Staniszewski / Trojmiasto.pl

Jednym z ciekawszych odkryć festiwalu okazał się zespół Tajak z Meksyku. Ich kompozycje rozwijały się powoli, poprzez stopniowe dokładanie kolejnych warstw - transowych, zapętlonych gitar, ekstremalnie przesterowanego, nachodzącego na siebie wokalu i perkusji, której każde uderzenie odczuwało się na ciele. Najpierw dźwiękiem zbudowali niesamowitą przestrzeń, by chwilę później przygnieść nią odbiorcę.

Pozytywnie zaskoczył także Odd Couple, który krautrockowy dorobek przełożył na własny język, doprawiając go kilkoma zapożyczonymi z innych gatunków elementami - rozbudowanymi rockowymi riffami, zapętlonym bitem czy melodyjnymi klawiszami przełamującymi gitarowy jazgot. Spokojnie można zaliczyć ich występ do najbardziej energetycznych podczas całego festiwalu.

Największym rozczarowaniem okazała się tegoroczna odsłona projektu Pure Phase Ensemble. Zespół, który co roku tworzą inni muzycy pod przywództwem doświadczonego, zwykle starszego kolegi po fachu, do tej pory dawał koncerty naprawdę wyjątkowe. Podczas warsztatów odbywających się w tygodniu poprzedzającym SpaceFest, od zera powstał materiał, który później odgrywany był podczas wydarzenia. Na czele tego kolektywu stali już Mark Gardener z Ride, były perkusista Placebo Steve Hewitt, Hugo Race z The Bad Seeds czy wcześniej Laetitia Sadier ze Stereolab.

Muzycy poprzez nietypowe użycie instrumentów (pocieranie o struny czy wybijanie rytmu o korpus gitary) próbowali naśladować dźwięki lodowca.
Muzycy poprzez nietypowe użycie instrumentów (pocieranie o struny czy wybijanie rytmu o korpus gitary) próbowali naśladować dźwięki lodowca. fot. Dominik Staniszewski / Trojmiasto.pl

Tym razem tę rolę powierzono Maciejowi Cieślakowi (m.in. Ścianka). Artysta znany jest z zamiłowania do ambientu i muzycznych eksperymentów. Jednak chyba nikt nie spodziewał się aż tak eksperymentalnego materiału w ramach Pure Phase Ensemble 7. Już na wstępie Cieślak proponując publiczności muzykę "prawdziwie psychodeliczną" zapowiedział, że to może się nie udać. Jednocześnie uprzedził też, że będzie bardzo cicho. I faktycznie było. Dziewięcioosobowy skład zaserwował blisko 40-minutową improwizację nawiązującą do życia lodowca i odgłosów przez niego generowanych. Muzycy poprzez nietypowe użycie instrumentów (pocieranie o struny czy wybijanie rytmu o korpus gitary) próbowali je naśladować. W efekcie wydawali jedynie serie kakofonicznych dźwięków, dających się usłyszeć właściwie tylko w pierwszym rzędzie pod sceną. W obranym kursie z całą pewnością był pewien zamysł artystyczny, niestety w tym przypadku, zgodnie zresztą z zapowiedzią, nie udało się go przekazać we właściwy sposób.

Na szczęście jeden koncert nie decyduje o sukcesie całego wydarzenia. SpaceFest od 7 lat konsekwentnie podąża wyznaczoną ścieżką i z powodzeniem wypełnia koncertową lukę już nie tylko na trójmiejskiej scenie spacerockowej. W tym roku imprezę odwiedziło kilkaset osób, w tym spora część spoza Trójmiasta. To pokazuje niesłabnące zainteresowanie festiwalem i potrzebę jego dalszego rozwijania.

Tak zagrał Pure Phase Ensemble 6 rok temu (materiał archiwalny)

Opinie (30) 3 zablokowane

  • nie wierze w iventy takie

    • 5 4

  • najlepsza była edycja

    gdy grało Dead Skeletons

    • 11 2

  • Wilcze Jagody! (1)

    Chciałabym delikatnie acz znacząco przypomnieć, że piątkowy wieczór otwierał świetny polski zespół Wilcze Jagody, który został pominięty w artykule.

    • 11 1

    • I bardzo dobrze bo przynudzali okrutnie

      • 4 5

  • Hipsterski badziew (3)

    a nie muzyka

    • 9 25

    • (1)

      hipsterów jako takich nie widziałem - przyszli ludzie którzy ciekawi są muzyki

      • 12 3

      • tak zimno bylo w hali, ze gosc w czapce musial grac?

        • 3 5

    • no tak bo przecież muzyka to skończyła się na Led Zeppelin i Pink Floyd, wszystko inne to marne kopie :D

      • 2 1

  • Pure Phase Ensemble faktycznie zawiódł strasznie. (5)

    Jeszcze bym zrozumiał koncert tego typu np. w Kolonii Artystów, ale nie na takim gitarowym i głośnym festiwalu, jakim jest Spacefest. Najgorzej wydane 45zł.

    • 13 3

    • generalnie naciagane

      widocznie formula juz dawno przebrzmiala

      • 6 0

    • To był straszny niewypal. Nic nie dalo sie uslyszec, wszystko zniknelo w gwarze rozmow, ale wszyscy gadali bo wlasnie nic nie slyszeli. Nikt mawet nie zauwazyl ze skonczyli mało kto dotrwal do konca jnie nie wyszedl wcześniej.

      • 9 0

    • Mocne rozczarowanie (1)

      To było przede wszystkim strasznie męczące. Ja rozumiem, żemuzyka eksperymentalna rządzi się swoimi prawami, ale tutaj ktoś ewidentnie poleciał i nie dostosował koncepcji do warunków i okoliczności. Przy pełnej wyrozumiałości dla odpałów Cieślaka, nawet, gdyby nie szum pod sceną, to i tak po tylu koncertach z głośną naparzanką słuch jest na tyle wymęczony, że nie jest w stanie wyłapać wielu rzeczy, które oni tam próbowali wcisnąć. Aż dziw, że w 9-osowym składzie nikt nie popukał go po głowie i nie powiedział "nie idź tą drogą".

      • 11 0

      • No właśnie były próby zwrócenia uwagi, że w tym projekcie chodzi o co innego, a przestrzeń B90 i scena SF jest nieodpowiednia dla takich eksperymentow... Prowadzący nie przyjmował tego do wiadomości...

        • 3 0

    • Gdyby jeszcze sam Cieślak grał w kontenerze na zewnątrz (nad barem) - to okej. Ale 9 osób ? Na festiwalu gitarowym ?

      Grajcie sobie takie eksperymenty w lesie w czasie pełni.

      Żenada i tyle.

      Ogólnie cała edycja słaba na maxa. Ludzie koło 24 godziny padają z nóg - i siedzą na betonie. A za płotkiem stoi pełno "puf" do siedzenia - ale organizator nie może ich udostępnić. To pokazuje podejście do klienta.

      • 6 3

  • Prosimy o wiecej (4)

    metalu w b90

    • 9 6

    • (3)

      co chwile masz jakies metalowe badziewie dla kucy, wiecej alternatywy i elektroniki!!!!!

      • 5 1

      • Badziewie dla hipsterow (2)

        w rurkach masz w sfinksie w b90 nikogo nie interesuje alternatywa i umpa umpa

        • 1 5

        • (1)

          ale piecze kuca

          • 2 2

          • Lepszy spocony

            Kuc niż pedau z brodą w rurkach.

            • 1 5

  • właśnie elektrobadziewia dla rurkowców jest za dużo, więcej country!!!!!!

    • 2 4

  • tak zimno bylo w hali, ze gosc w czapce musial grac?

    • 2 4

  • Recenzja na poziomie 1 klasy liceum (1)

    Bardzo, źle się czyta recenzje ludzi, którzy robią to hobbystycznie. Formuła, zamysł, język - zatrudnijcie proszę dziennikarzy.

    • 6 6

    • naucz sie stawiac przecinki ekspercie

      • 5 1

  • (1)

    Po tych dwóch dniach doceniam formułę Soundrive z 3/4 scenami. Jak kapela zamula - można iść w inne miejsce. A tu jak kapela nie halo - to do następnej półtora godziny czekania.

    • 3 2

    • Na drugiej scenie był wtedy super set DJski New Candys :)

      • 1 1

1

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Mela Koteluk & Kwadrofonik
Mela Koteluk & Kwadrofonik
rock, pop
paź 29
piątek, g. 20:00
Gdańsk, Stary Maneż
Fisz Emade Tworzywo - Ballady i Protesty
Fisz Emade Tworzywo - Ballady i Protesty
muzyka alternatywna
lis 12
piątek, g. 20:00
Gdańsk, Stary Maneż
Król
Król
pop
lis 27
sobota, g. 20:00
Gdańsk, Stary Maneż

Nowe Lokale

Sprawdź się

Sprawdź się

Który to z kolei Jarmark św. Dominika?