• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport

Orkiestra Glenna Millera rozkołysała Filharmonię

Emocje dało się wyczuć od pierwszych minut, ale nie mogło być inaczej, skoro koncert rozpoczął się od przeboju.
Emocje dało się wyczuć od pierwszych minut, ale nie mogło być inaczej, skoro koncert rozpoczął się od przeboju. fot. Dominik Staniszewski

Nie ma świątecznej atmosfery bez pomarańczy, bez choinki, bez "Kevina samego w domu". W Trójmieście od kilku lat wyrasta nowa tradycja - nie ma świąt bez grudniowego koncertu Glenn Miller Orchestra.



Dziedzictwo słynnego lidera jest tak rozległe, że wystarczyło go dla trzech równolegle funkcjonujących zespołów - w Stanach Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii oraz w pozostałej części Europy. Temu ostatniemu przewodzi Wil Salden, który na piątkowym koncercie w Filharmonii Bałtyckiej dał się poznać nie tylko jako muzyk doskonale czujący swinga, lecz również jako rewelacyjny wodzirej. Przed fortepianem zasiadał jak na rozżarzonych węglach i jeszcze przed oderwaniem palca od klawisza ożywiającego ostatnią nutę utworu, zrywał się, chwytając za mikrofon.

Niemal każde z wypowiadanych przez niego słów wybrzmiewało niczym zapowiedź stającego do walki boksera w wykonaniu Michaela Buffera, a sposób poruszania się przypominał działanie zegarka kwarcowego - ruchy głowy czy dłoni odbywały się wyłącznie skokowo, jakby pomiędzy spojrzeniami rzucanymi na orkiestrę i spojrzeniami kierowanymi ku widowni nie następowało płynne przejście. Dla zgromadzonych w niemalże pełnej sali (tylko kilka ostatnich rzędów nie zostało zajętych) tego typu archaiczna otoczka od początku stanowiła element potęgujący sentymentalną podróż w głąb historii big bandów. Emocje dało się wyczuć od pierwszych minut, ale nie mogło być inaczej, skoro koncert rozpoczął się od przeboju.

"Moonlight Serenade" jest dla Glenn Miller Orchestra tym, co "(I Can't Get No) Satisfaction" dla The Rolling Stones. Gdyby z jakiegoś powodu zespół pominął tę kompozycję w swoim programie, potężna kolejka ustawiłaby się po zwrot pieniędzy za bilety. Salden miał tego pełną świadomość, ale dla pewności nie tylko rozpoczął szlagierem, wybrał go także na zakończenie, choć w odmienionej, wzbogaconej głosem Ellen Bliek wersji.

Mimo że nazwa orkiestry zobowiązuje, to w repertuarze znalazły się także utwory innych kompozytorów, między innymi George'a Gershwina, Jacka Lawrence'a czy Tommy'ego Dorsey'a. Największy entuzjazm wzbudziły jednak aranżacje kolęd - przy pierwszych dźwiękach "Jingle Bells" salwa oklasków nieomal zagłuszyła wszystkich szesnastu muzyków. Oklaski pojawiły się zresztą także w trakcie utworu, jako akompaniament dla pięcioosobowego chóru. Ta prosta, znana na całym globie (a nawet poza nim - "Jingle Bells" to pierwszy utwór w historii, który astronauci odśpiewali ziemskiej publiczności) piosenka nagle rozrosła się do instrumentalnego majstersztyku ze znakomitym saksofonowym solo i galopującą partią perkusyjną na czele.

Perkusista Klaas Balijon swoje prawdziwe oblicze ujawnił jednak dopiero chwilę po dwudziestominutowej przerwie. Rozpędzał się powoli, korzystając wyłącznie z tomów, dodając stopniowo werbel oraz talerze. Od strony czysto technicznej był to zdecydowanie najtrudniejszy instrumentalny fragment, jaki odegrano tego wieczoru, choć ilość zawartego w nim szaleństwa budziła więcej skojarzeń z muzyką rockową niż z jazzem. Z czasem zestaw, za którym zasiadał Balijon przestał mu wystarczać. Muzyk wstał, nie przerywając gry i płynnie przeszedł do wystukiwania rytmu na podstawianych przez kolegów tłumikach do puzonów czy też na pulpicie do nut. Okazało się, że sonorystyczne pomysły również da się skomercjalizować, a szał, jaki wywołał ten spektakl wśród widzów nie pozostawia złudzeń, że był to szczytowy punkt wieczoru.

Glenn Miller Orchestra nie jest pożywką dla zwolenników skomplikowanego, technicznego jazzu. Większość zagranych wczorajszego wieczoru solówek trwała zaledwie kilka sekund i nie wymagała wybitnych zdolności. Trzeba jednak pamiętać, że sam Miller nie był zainteresowany tworzeniem jazzu, lecz muzyką komercyjną, a jego "Chattanooga Choo-Choo" zdobyło pierwszą w historii branży muzycznej złotą płytę. To muzyka przede wszystkim do zabawy, a nie do kontemplacji i w tym zakresie nie ma sobie równych pomimo upływu tak wielu dekad.

Opinie (12) 1 zablokowana

  • Dlaczego nie ma koncertow innych dobrych orkiestr?

    Ludzie chetnie by przychodzili. Posluchac orkiestry na zywo to jest cos! a tu od wielkigo swieta gra jakas orkestra i to zaraz z wysokej polki co ma tez znaczenie przy cenie biletow.

    • 19 2

  • Prawie pełna sala? (2)

    To chyba byliśmy na rożnych koncertach. Wygórowane ceny biletów skutecznie odstraszyły publiczność, bo w bocznych sektorach więcej było pustych miejsc niż zajętych.

    • 19 3

    • cena faktycznie wyśrubowana, ale (1)

      nie naginajmy faktów. siedziałam z rodziną w ostatnim rzędzie na przeciwko sceny i przed nami były tylko pojedyncze wolne miejsca. Po bokach było trochę więcej pustek, ale dosłownie 3-4 rzędy.

      • 4 2

      • Siedziałam w bocznym sektorze. Koło mnie było mnóstwo wolnych miejsc, wolne nawet były miejsca w pierwszych rzędach.

        • 3 2

  • Ładna wokalistka:)

    • 4 3

  • Kolejna kiepski koncert w Filharmonii. Drogie bilety tuż przed świętami. Trzeba nie mieć mózgu žeby organizować koncert w takim okresie. Myślé że nie wyszli na swoje. Chyba że grali białoruscy muzycy, lub ukraińscy. Bo tych ostatnie w Pfb pełno.

    • 3 3

  • Fajnie bylo. Polecam

    • 4 2

  • Hmm, a co z Carmina Burana? (1)

    Wielkie przedsięwzięcie filharmoniczne, duży chór. Raz na kilkanaście lat, tymczasem zajmujecie się koncertem impresaryjnym, seryjną komercją.
    Nawiasem mówiąc, coraz częściej mam wrażenie, że bilety po ok. 180 zł raczej irytują niż zachęcają. Skutek: dużo wolny miejsc i wiele osób rozczarowanych dostępnością kultury. Orkiestrę tu opisywaną można sobie spokojnie darować, Carmina jest absolutnie wyjątkowa.
    No, ale właśnie zbliża się czas mega0komercji, czyli tzw. koncertów sylwestrowych o których poziomie (niskim) nikogo już nie trzeba przekonywać. Smutne.

    • 7 6

    • Czasem wystarczy trochę poszukać...

      http://kultura.trojmiasto.pl/Wielkie-dziela-wielki-zawod-n97282.html

      • 1 0

  • (2)

    Nie wiem tylko dlaczego zamiast wykorzystać znakomitą akustykę naszej sali koncertowej, dźwięk orkiestry wzmocniono do poziomu dyskotekowego. Znacznie lepiej brzmiałaby grając akustycznie.

    • 1 1

    • Z tą znakomitą akustyką to chyba lekka przesada. Mnie niestety ta sala wręcz zniechęca do słuchania koncertów. Zawsze wydawało mi się, że sale projektuje się tak, aby jak najwięcej słuchaczy miało optymalne warunki do słuchania muzyki. A o to trudno będąc w bocznych sektorach - zresztą niższe ceny biletów dla tych miejsc najlepiej o tym świadczą. Stąd nie dziwię się, że właśnie w bocznych sektorach są pustki.

      • 0 1

    • Proszę nie przesadzać!!!

      Akustyka nie jest może beznadziejna ale nazwanie jej znakomitą to wielka obraza dla słowa znakomita. W sali dawnej elektrowni, akustyka jest co najwyżej poprawna a i to nie w wszystkich miejscach.

      • 0 0

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Pat Metheny - Side Eye
jazz
cze 3
piątek, g. 20:00
Sopot, Opera Leśna
180 - 240 zł
Kup bilet
Sopot: Paweł Domagała - Wracaj Tour
pop
lip 24
niedziela, g. 19:00
Sopot, Amfiteatr Tarasów przy Aquaparku
Kup bilet
Ladies' Jazz Festival: Aga Zaryan
jazz, festiwal muzyczny
lip 29
piątek, g. 17:00
Gdynia, Teatr Muzyczny
80 - 120 zł
Kup bilet

Nowe Lokale

Sprawdź się

Sprawdź się

Gdzie w Gdańsku odbywa się organizowany od 11 lat Gdański Festiwal Tańca?