Wiadomości

stat

Polskie seriale: hit czy kit? Tutaj o nich porozmawiasz

"Klan" zadebiutował na małym ekranie 22 września 1997 roku. Od tego czasu polskie seriale mocno się zmieniły...
"Klan" zadebiutował na małym ekranie 22 września 1997 roku. Od tego czasu polskie seriale mocno się zmieniły... fot. materiały prasowe TVP/A. Radźko

Od "Klanu" po "Watahę" - polskie seriale w XXI wieku przeszły niesamowitą ewolucję, ale nadal intrygują, śmieszą i są tematem żywiołowych dyskusji. Tych z pewnością nie zabraknie podczas konferencji "Życie, życie jest nowelą", którą zaplanowano w czwartek 17 maja na Wydziale Filologicznym UG. Start o godz. 16, wstęp jest darmowy. Rozmawiamy tymczasem z jedną z pomysłodawczyń spotkania, Krystyną Weiher-Sitkiewicz.



Czy oglądasz polskie seriale?

tak, to moje ulubione produkcje telewizyjne

4%

tak, ale tylko kilka wybranych

43%

kiedyś tak, dziś już nie

12%

nie, bo wolę zagraniczne seriale

22%

nie oglądam w ogóle tego typu produkcji

19%
Tomasz Zacharczuk: Seriale już od kilku lat co najmniej przeżywają powrót do łask, ale szczególną popularność zyskały w ostatnim czasie. Rozmawiamy o nich w pracy, domu, podczas towarzyskich spotkań. Głównie jednak "na tapecie" są produkcje zagraniczne. W jakiej kondycji są natomiast rodzime seriale?

Krystyna Weiher-Sitkiewicz, doktorantka filologicznych studiów doktoranckich na Uniwersytecie Gdańskim, animatorka kultury i filmoznawczyni, pomysłodawczyni konferencji poświęconej polskich serialom w XXI w.: Jako doktorantka wspólnie z przyjaciółmi często bierzemy udział w różnorakich konferencjach czy panelach dotyczących seriali. Zauważamy, że gdy mowa jest o produkcjach amerykańskich czy europejskich, towarzyszy zazwyczaj takiej dyskusji pewien prestiż, może nawet zachwyt. Gdy temat dotyczy już rodzimych seriali, wkrada się lekko lekceważący ton i wypowiedzi typu "jak na polski serial, to wygląda to całkiem nieźle". A jest to na pewno w pewnym sensie krzywdzące i niesprawiedliwe.

Myślę, że wspomniany przez ciebie "boom" jak najbardziej dotyczy polskich produkcji i mam tutaj na myśli przede wszystkim ostatnie lata i miesiące, które udowadniają, że są w Polsce tytuły na wysokim poziomie. Można oczywiście wymienić "Belfra", "Pakt", "Watahę" czy wciąż dość świeży "Kruk. Szepty słychać po zmroku". Coś się dzieje i coś w świadomości widza zaczyna się zmieniać.

Filmowe imprezy w Trójmieście w maju - nie przegap żadnej



Jednak droga do zmiany poglądów na temat polskiego serialu wydawała się długa i niezwykle kręta ...

Absolutnie. Ona nadal jest kręta, wciąż jesteśmy na zakręcie i jeszcze dużo czasu minie, zanim wyjdziemy na prostą. To, jakie są seriale, świadczy przede wszystkim o tym, jacy są widzowie. Na platformach płatnych znajdziemy produkcje wyższej jakości niż propozycje telewizyjne. To też świadczy o popycie, o tym, jakie seriale ludzie chcą oglądać. Mamy do czynienia ze sprzężonym konfliktem, bowiem widzowie często narzekają na seriale poszczególnych stacji, ale obecność takich tytułów wynika z zapotrzebowania. Nie ma ani buntu producentów, ani buntu widzów.

Krystyna Weiher-Sitkiewicz jest jedną z pomysłodawców konferencji poświęconej polskim serialom w XXI wieku. Spotkanie, na które za darmo może przyjść każdy, już w czwartek 17 maja o godz. 16 na Wydziale Filologicznym UG.
Krystyna Weiher-Sitkiewicz jest jedną z pomysłodawców konferencji poświęconej polskim serialom w XXI wieku. Spotkanie, na które za darmo może przyjść każdy, już w czwartek 17 maja o godz. 16 na Wydziale Filologicznym UG. fot. ze zbiorów prywatnych K. Weiher-Sitkiewicz
Nawet w przypadku telewizyjnych produkcji widać jednak postęp czasu i zmianę jakościową. Co sprawia, że chyba idzie wszystko ku lepszemu?

Seriale, które pewnie najbardziej szanujemy powstały jeszcze w poprzedniej epoce, kiedy zwracano niezwykłą uwagę na jakość realizacji. Potem nastąpiła transformacja, która odbiła się również na kinie, a w szczególności na tytułach telewizyjnych. Wraz z momentem pojawienia się stacji prywatnych nastąpiło wyraźne ożywienie. Moim zdaniem zrewolucjonizowało to seriale, a efekt tego widać także obecnie.

Bardzo symptomatyczny wydaje się choćby TVN, gdzie pojawiają się seriale na licencjach. Jedna z pierwszych takich produkcji stacji - "Na Wspólnej" - opierała się głównie na scenariuszu tworzonym nie przez zawodowców, a przez osoby znające język angielski. Licencja była przecież brytyjska i to właśnie Brytyjczycy przejeżdżali do Warszawy, aby szkolić te osoby na temat tego, jak ma wyglądać taki serial. I te osoby na rynku serialowym działają do dziś, np. w "Rodzince.pl".

Większa jakość przyciąga znane nazwiska. Kiedyś grywanie w serialach było jeśli nie obciachem, to rzemieślniczą pracą, bo z czegoś aktor żyć musiał. Dziś to często sami aktorzy zabiegają o to, by wystąpić w danych produkcjach. Z czego to wynika?

Trend, o którym wspomniałeś dotyczy zresztą nie tylko aktorów, ale również samych twórców - reżyserów, operatorów, scenarzystów. Znane nazwiska przyciągają przede wszystkim finanse. Dziś producenci seriali dysponują nieporównywalnie większymi możliwościami niż kilka, kilkanaście lat temu. Granie w serialu się opłaca. Dotyczy to również zysków marketingowych - przez serial można się nieźle wypromować. Przykład choćby Grzegorza Damięckiego, który był aktorem stricte teatralnym. Pojawił się w "Belfrze, "Watasze" i nagle jest aktorem pożądanym w kinie.

Filmy i seriale kręcone w Trójmieście? Oj, jest tego sporo...

"Belfer" produkcji Canal+ z Maciejem Stuhrem w tytułowej roli uznawany jest za jeden z najlepszych polskich seriali ostatnich lat.
"Belfer" produkcji Canal+ z Maciejem Stuhrem w tytułowej roli uznawany jest za jeden z najlepszych polskich seriali ostatnich lat. fot. Robert Pałka/ Canal+
Prawdziwym fenomenem nadal są seriale paradokumentalne. Od premiery pionierskiego "W-11" minęło już 14 lat, a wydaje się, że ten trend w ogóle nie zanika. Wręcz przeciwnie.

Nawet telewizja publiczna z upływem czasu pod ogólne pojęcie "misji" podpięła tego typu produkcje, co świadczy o tym, że zainteresowanie "soap-docami" wcale nie zanika. Oczywiście nie wrzuciłabym wszystkiego do jednego worka, bo często te seriale mają dydaktyczny charakter. Mówią o problemach, które spotykają człowieka na co dzień i pokazują, jak sobie z nimi radzić - w sądzie, szkole, szpitalu i na wielu innych płaszczyznach.

Są w tej kategorii oczywiście produkcje nastawione stricte na rozrywkę - i to niezbyt wyrafinowaną - i może właśnie przez to ogląda się je dla tzw. "beki". A to z kolei, paradoksalnie, zwiększa oglądalność i napędza samych producentów. Znów mamy więc wspomniane wcześniej sprzężenie - oglądamy, choć nie chcemy, nie chcemy, ale i tak oglądamy. Koło się zamyka i powstają kolejne odcinki czy zupełnie nowe tytuły.

Zobacz: Trójmiejscy aktorzy teatralni w popularnych serialach

"Na Wspólnej" to jeden z najdłużej utrzymujących się seriali na polskim rynku. Na zdj. gdynianin Grzegorz Gzyl jako serialowy Marek Zimiński.
"Na Wspólnej" to jeden z najdłużej utrzymujących się seriali na polskim rynku. Na zdj. gdynianin Grzegorz Gzyl jako serialowy Marek Zimiński. mat. prasowe TVN/Radek Orzeł
Z tzw. "beką" nierozerwalnie jeszcze do niedawna wiązało się śledzenie poczynań bohaterów "Korony królów"...

To jest w ogóle bardzo ciekawy przypadek, który zasługuje na niejeden osobny referat. Ten serial miał wyglądać zupełnie inaczej. Był napisany przez kobiety-scenarzystki, które właśnie z żeńskiej perspektywy chciały pokazać historię Polski i przybliżyć rolę kobiet w dawnych czasach. Pomysł został zakupiony. Trochę w ciemno jak się okazało. Telewizja publiczna nie była chyba gotowa na tak śmiałą perspektywę, zamysł produkcji zmieniono, podobnie jak scenarzystów.

To, co ostatecznie powstało, widać doskonale. Podobnie jak widać ogromne braki finansowe, z czym przede wszystkim muszą sobie poradzić scenarzyści wystawiani nieraz na potężną próbę kreatywności. Prosty przykład - ze względów finansowych nie można było pokazać pożaru. Co więc zrobiono? Umorusano bohaterów sadzą, dokręcono krótki kadr palącej się firanki, a resztę dopowiedzieć już mieli sobie widzowie. Podobnych fascynujących, ale i absurdalnych jednocześnie przypadków można byłoby znaleźć o wiele więcej.

Czy da się wyodrębnić cechy charakterystyczne polskiego serialu? Coś, co mogłoby taką produkcję wyróżniać na tle np. seriali zagranicznych?

Wydaje się, że atutem rodzimych produkcji jest bardzo mocne osadzenie akcji w realiach - tych społecznych, kulturowych czy geograficznych. Podkreślanie lokacji, jak choćby Bieszczady w "Watasze". Mocne odwołanie do aktualnych bolączek, problemów, sporów. Z drugiej jednak strony zapewne podobne cechy można byłoby przypisać serialom w każdym kraju.

"Korona królów" - serial TVP, który stał się hitem ostatnich miesięcy w Polsce.
"Korona królów" - serial TVP, który stał się hitem ostatnich miesięcy w Polsce. fot. Marcin Makowski/ TVP
Kontynuując wątek lokalizacji - Trójmiasto również obecne było w serialach. "Linia życia" w Gdyni, "Krew z krwi" w Gdańsku. Niewiele tego.

Zdecydowanie zbyt mało! Trójmiasto jeszcze nie jest filmowe. Może Gdynia z całym zapleczem i festiwalem, ale jedynie od strony technicznej. W filmie i telewizji nawet tej Gdyni jest i tak niewiele. Jeszcze gorzej jest z Gdańskiem. Myślę i mam nadzieję, że to wszystko jest jeszcze przed nami. Może dobrym pomysłem dla Gdańska, Gdyni czy Sopotu byłoby posiadanie budżetu filmowego, który przyciągałby potencjalnych producentów. Tymczasem wciąż mamy dużą, niewykorzystaną niszę.

Zobacz też: Filmowe Trójmiasto: 07 melduje się nad morzem

Jaka jest przyszłość seriali, nie tylko polskich? Platformy streamingowe niemal w całości zagarnęły rynek. I stąd pytanie: stawiać na serial telewizyjny czy jednak szukać kooperacji z płatnymi serwisami?

To też jest bardzo ciekawy temat. Istnieją stacje, wzorem HBO czy Canal+, które mają ze względu na swój profil i obecność w droższych pakietach, utrudniony dostęp do widza. I znów - z jednej strony oryginalnymi serialami mogą podnieść swoją rozpoznawalność na rynku i zachęcić widzów, z drugiej zaś nieraz wysokie ceny dostępu do takich kanałów stymulują nielegalny rynek rozpowszechniania seriali. Pytanie, co się producentom bardziej opłaca? Sądząc jednak po rosnącej liczbie premier przeważa pierwszy argument. Zyski są większe od strat i można spodziewać się kolejnych seriali od HBO, Canal+ czy Netflixa, który przecież już pracuje nad pierwszym polskim serialem.

Korzystając z okazji - znawczyni serialowej nie mogę nie zapytać o ulubione tytuły. A jak wiadomo, głośno kochamy te dobre, a skrycie podglądamy te gorsze.

(śmiech) To zacznę od tych dobrych. Jestem wielką fanką "Watahy". Obu sezonów. Będę zaciekle broniła każdego odcinka, bo jest to naprawdę dobrze zrobiony serial pod każdym względem, który ogląda się świetnie. A jeśli chodzi o te, które ...

Lubimy inaczej.

Dokładnie (śmiech). Kiedyś byłam bardzo wierną fanką "Klanu", ale z upływem czasu gdzieś zagubiłam w sobie tę pasję. Może pora wrócić (śmiech). Ach, i jeszcze "Ojciec Mateusz". Pamiętam, że namiętnie śledziłam tę serię, jeśli tylko miałam więcej czasu. A wiąże się to z tym, że każdy z odcinków jest pisany osobno. Scenarzystów jest mniej więcej pięciu. I każdy z nich nadaje produkcji ulubione rozwiązania, mechanizmy. I zawsze obstawiałam, który scenarzysta odpowiedzialny jest za odcinek, który właśnie obejrzałam. Taka intelektualna zabawa, ale i fantastyczny bohater, jakim jest sam ojciec Mateusz.

Zobacz także: Gorące powitanie aktorów "Klanu" w Gdańsku w 2000 roku

Krystyna Weiher-Sitkowicz: Jestem wielką fanką "Watahy". Obu sezonów. Będę zaciekle broniła każdego odcinka, bo jest to naprawdę dobrze zrobiony serial pod każdym względem, który ogląda się świetnie.
Krystyna Weiher-Sitkowicz: Jestem wielką fanką "Watahy". Obu sezonów. Będę zaciekle broniła każdego odcinka, bo jest to naprawdę dobrze zrobiony serial pod każdym względem, który ogląda się świetnie. mat. prasowe/ HBO
O serialach można rozmawiać godzinami. Porozmawiacie też podczas specjalnej konferencji w czwartek. Na czym konkretnie chcecie się skupić?

Nazwaliśmy to edycją pilotażową i bardzo byśmy sobie życzyli, żeby były kolejne... odcinki (śmiech). XXI wiek w polskich serialach to nie tylko "M jak miłość" czy "Klan". Chcemy porozmawiać o rozwoju seriali, ale nie z lekko zażenowanym uśmiechem, ale z czystej pasji i ciekawości. Udało nam się zaprosić naprawdę fascynujących gości, którzy znają się na temacie jak mało kto: Anetę Kyzioł z "Polityki", scenarzystkę Agnieszkę Kruk i Artura Majera, dawniej pracującego w Telewizji Polskiej, później w PISF-ie, a obecnie w łódzkiej filmówce. Trzy osoby wybitnie znające specyfikę polskiego serialu. Warto przyjść i posłuchać.

Więcej na temat ewolucji polskich seriali, aktualnych trendów i przyszłości tego typu produkcji dowiecie się podczas konferencji "Życie, życie jest nowelą... Polskie serialu XXI wieku" na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Gdańskiego przy ul. Wita Stwosza 51 w czwartek 17 maja o godz. 16. Wstęp jest darmowy.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (74)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Polityka prywatności
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

29

czerwca

Muzyczne Lato Vol. 3 - Miód Gdańsk, Stary Maneż

04

lipca

Joanna Duda solo Sopot, Teatr BOTO

04

lipca

34. Festiwal Dźwięki Północ... Gdańsk, Centrum św. Jana

Kultura

Wybrano dyrektorów Opery Bałtyckiej
Wybrano dyrektorów Opery Bałtyckiej

Kulinaria

Truskawkowy rekord Guinnessa ustanowiony
Truskawkowy rekord Guinnessa ustanowiony
Burger bez wołowiny? Pomysłów nie brakuje
Burger bez wołowiny? Pomysłów nie brakuje

Planuj z nami tydzień

Planuj tydzień: moc wakacyjnych atrakcji
Planuj tydzień: moc wakacyjnych atrakcji

    Najczęściej czytane