• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport
Skopiowano

Prezenty już rozpakowane. Recenzja filmu "Spider-Man. Bez drogi do domu"

Tomasz Zacharczuk
18 grudnia 2021, godz. 12:00 
Opinie (28)

Sympatycy człowieka-pająka doskonale pamiętają, że z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność, lecz twórcy "Bez drogi do domu" pajęcze motto przyswoili sobie jedynie połowicznie. Owszem, tkwi tutaj olbrzymia moc zaczerpnięta nie tyle z kart komiksu, ile z kinowego dorobku Spider-Mana, ale filmowcy obchodzą się z nią raczej niezbyt odpowiedzialnie. Nie zmienia to faktu, że najnowszy produkt Marvela to bodaj największa emocjonalna bomba od czasu "Avengers: Koniec gry" i najlepszy gwiazdkowy prezent dla wszystkich, którzy od pierwszego ukąszenia pokochali herosa w czerwono-niebieskim kostiumie.



W życiu każdego filmowego Petera Parkera przychodzi moment, w którym strój superbohatera i wszystkie nadprzyrodzone moce zaczynają ciążyć bardziej niż holowany na pajęczej sieci autobus czy inny pokaźnych rozmiarów środek transportu. Tak było w trylogii Sama Raimiego, podobny schemat zadziałał w dwóch produkcjach spod ręki Marca Webba. Odpowiedzialny za najnowsze odsłony przygód Spider-Mana Jon Watts również postanowił zafundować swojemu bohaterowi dość bolesną inicjację w dorosłość, porzucając wygodną i asekurancką koncepcję przyjaznego "pajączka z sąsiedztwa". "Bez drogi do domu" to słodko-gorzka opowieść o akceptowaniu konsekwencji życiowych wyborów, nawet kosztem własnego szczęścia, na którego nadmiar Peter (Tom Holland) w ostatnim czasie nie mógł przecież narzekać.

Doctor Strange (Benedict Cumberbatch) i Spider-Man (Tom Holland) dość roztropnie używają zaklęcia, które miało ukryć sekretną tożsamość Petera Parkera. Powodują wyrwę w rzeczywistości, przez którą przedostają się wrogowie człowieka-pająka z innych wymiarów. Doctor Strange (Benedict Cumberbatch) i Spider-Man (Tom Holland) dość roztropnie używają zaklęcia, które miało ukryć sekretną tożsamość Petera Parkera. Powodują wyrwę w rzeczywistości, przez którą przedostają się wrogowie człowieka-pająka z innych wymiarów.

Pomysł dobry, gorzej z wykonaniem



Pomimo młodego wieku i krótkiego stażu w szeregach Avengers, Parker przeszedł już bowiem całkiem sporo. Od wyparowania z powierzchni Ziemi po utratę przyjaciela i mentora w postaci Iron Mana. Czasu na uporządkowanie traumatycznych przeżyć zasadniczo nie było, bo trzeba było ratować Londyn z opresji Mysterio. Misja co prawda udała się, ale jej konsekwencje okazały się porażające. Złoczyńca jeszcze przed śmiercią zdążył wyjawić światu tożsamość Spider-Mana, co przyniosło katastrofalne skutki nie tylko dla superbohatera, ale też jego bliskich. Najkorzystniej byłoby więc cofnąć czas, a tak się składa, że Peter akurat zna jednego gościa od takich sztuczek.

Pozbawiony kamienia czasu, aczkolwiek dysponujący magicznym zaklęciem Doctor Strange (Benedict Cumberbatch) zgadza się pomóc, ale w wyniku nieporozumienia dochodzi do wyrwy w świecie, przez którą przedostają się najpotężniejsi wrogowie Spider-Mana z innych wymiarów (czytaj: ze wcześniejszych filmów o człowieku-pająku). I tu właściwie można natknąć się na pierwszy z wielu fabularnych zgrzytów. Ciężko bowiem zrozumieć, jak jeden z rozsądniejszych i logicznie myślących superbohaterów decyduje się na tak nonszalanckie manipulowanie multiwersum. Jeszcze trudniej pojąć, dlaczego obaj panowie przed rzuceniem zaklęcia nie wyjaśnili sobie, na czym właściwie ono polega. Logika i fabularna spójność niestety nie są atutami nowego "Spider-Mana", choć wyjściowy pomysł na pewno jest intrygujący. Wymagał po prostu bardziej precyzyjnego dopracowania.

Nowy "Spider-Man" ma niezły pomysł wyjściowy, ale w pewnym momencie górę nad scenariuszem bierze chęć "upchania" w filmie niemal wszystkiego, co wiąże się z postacią Petera Parkera. Nowy "Spider-Man" ma niezły pomysł wyjściowy, ale w pewnym momencie górę nad scenariuszem bierze chęć "upchania" w filmie niemal wszystkiego, co wiąże się z postacią Petera Parkera.

Fani powinni być zachwyceni



Należałoby to stwierdzenie poprzeć konkretami, ale poza tymi kilkoma zdaniami powstałymi w oparciu o powszechnie już znane materiały ze zwiastunów, nic więcej o fabule nie wypada wspomnieć. Głównie dlatego, iż w 90 procentach składa się ona z fanowskich smaczków, którymi delektować da się w pełni tylko wówczas, gdy wiemy o nich jak najmniej. Wygląda to trochę tak, jakby producenci wparowali z impetem do sklepu z gadżetami Spider-Mana i wynosili tonami wszystko, co jest akurat przecenione. W rezultacie film aż ugina się pod ciężarem odniesień do całego pajęczego uniwersum, co oczywiście wielokrotnie sprawia frajdę, ale zaciera jednocześnie przejrzystość, a nawet sens fabuły. Scenariusz zapewne można byłoby zastąpić tuzinem innych, ale w każdym z nich historia byłaby drugorzędna. Jon Watts dostał właściwie od wytwórni jedno zadanie: maksymalnie zadowolić fanów i zasypać ich taką ilością atrakcji, że jeszcze długo po seansie się z nich nie wygramolą.

Nie sądzę zresztą, aby chcieli to robić, bo wątków, postaci, gadżetów, zwrotów akcji i fanowskich niespodzianek jest tyle, że można o nich dyskutować po filmie godzinami. Posiłkując się kolejny raz, chcąc nie chcąc, ogólnikami, dodam tylko, że wielu z tych rzeczy można było się spodziewać, części - niekoniecznie, a niektóre przedpremierowe plotki nie znalazły potwierdzenia na ekranie. Potwierdził się za to nieprzeciętny kunszt marvelowskich speców w swobodnym operowaniu dowcipem. Nowy "Spider-Man" jest zatankowany do pełna błyskotliwymi i zabawnymi dialogami, którymi żonglują z cyrkową wprawą zarówno Tom Holland, jak i Zendaya (filmowa M.J.) czy Jacob Batalon (Ned). Natomiast zupełnie nie porywają sceny akcji - chaotycznie nakręcone (finałowa, o zgrozo, jest najsłabsza), pozbawione szczególnych fajerwerków, zwyczajnie "odhaczone" przez twórców "Bez drogi do domu". Duże rozczarowanie w tej materii.

Takich emocji brakowało w MCU



Kto jednak pamięta o fabularnych dziurach, nielogicznych decyzjach bohaterów, pogubionej w scenach akcji kamerze, jeśli przychodzi taki moment podczas seansu, że z nadmiaru napięcia wydrążamy już palcami dziury w kinowym fotelu, a do oczu napływają łzy - zarówno ze śmiechu, jak i ze wzruszenia. Nowy "Spider-Man" wypełnia emocjonalną pustkę w MCU, jaka powstała po "Końcu gry", bo ani "Czarna Wdowa", ani "Shang-Chi", nie potrafiły wygenerować wśród widowni specjalnego poruszenia czy zaangażowania. Tymczasem kumulacja różnych emocji w "Bez drogi do domu" jest tak potężna, że większość widzów po seansie oblałaby badanie EKG. Nie mam jednak wątpliwości, że część publiczności zaraz po tym ochoczo wróciłaby na salę, by przeżyć to jeszcze raz.

Tak wysokiego poziomu emocji nie udałoby się osiągnąć bez wielkiego zaangażowania aktorów. Zapewne narażę się wielu widzom, ale z uporem maniaka twierdzę (po tym filmie jeszcze bardziej), że nie było lepszego Spider-Mana od Toma Hollanda, a w "Bez drogi do domu" scenarzyści wręczyli aktorowi jeszcze więcej atutów na potwierdzenie tej tezy. Holland jest znakomity, świetna jest Zendaya, niezawodny Batalon, nareszcie doceniona fabularnie Marisa Tomei (ciocia May). Są tu jeszcze występy, nawet te epizodyczne, godne uwagi, ale autocenzura w obawie przed spoilerami znów nie pozwala rozwinąć myśli.

Film Jona Wattsa na pewno nie zawodzi pod kątem humoru, emocji czy aktorskich popisów. Znacznie gorzej wygląda realizacja scenariusza czy eksponowanie scen akcji. Efekty specjalne też już raczej nie robią większego wrażenia. Film Jona Wattsa na pewno nie zawodzi pod kątem humoru, emocji czy aktorskich popisów. Znacznie gorzej wygląda realizacja scenariusza czy eksponowanie scen akcji. Efekty specjalne też już raczej nie robią większego wrażenia.
Po kilku filmowych przestojach Marvel nowym "Spider-Manem" znów nawiązuje do lat świetności, lecz widać zarazem zupełnie nowy kierunek, którym mógłby podążać Peter Parker. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to pewnego rodzaju domknięcie nie tylko trylogii, ale całego 20-lecia obecności Spider-Mana na ekranie, aczkolwiek dalsze akrobacje wśród drapaczy chmur mogą być nie mniej fascynujące (patrz: pierwsza scena po napisach). Wbrew tytułowi, jakaś droga więc istnieje. Zanim w nią wyruszymy wraz z człowiekiem-pająkiem, warto jeszcze trochę powylegiwać się na tej pajęczynie rozpiętej między wymiarami. W tym roku to nie renifery, a pająki dostarczają świąteczne prezenty.

OCENA: 7,5/10

Film

7.4 55 ocen

Spider-Man: Bez drogi do domu

sci-fi, akcja

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (28)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Letnie brzmienia - Sobel

hip-hop, pop

Wystawa o kosmosie "Kosmopark"

wystawa, warsztaty

FETA 2022

festiwal teatralny

Nowe Lokale

Sprawdź się

Sprawdź się

Maciej "Gleba" Florek zasłynął: