• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport

Recenzja filmu "Priscilla". Nikt nie śpiewa w złotej klatce

Tomasz Zacharczuk
10 lutego 2024, godz. 08:00 
Opinie (26)

"Złotą klatkę sprawię Ci, będę karmić owocami, a do nogi przymocuję złotą kulę z diamentami" - słowa autorstwa Katarzyny Nosowskiej do kawałka "Zazdrość" trafnie ilustrują relację, jaka łączyła Elvisa Presleya z jego żoną. W "Priscilli" Sofia Coppola z nieskrywanym współczuciem przygląda się młodej kobiecie, która ze wspomnianą diamentową kulą u nogi snuje się po Graceland - tak samo iluzorycznym i fasadowym jak jej małżeństwo z królem rock'n'rolla. Ciekawa i z psychologicznego punktu widzenia wartościowa perspektywa, ale uwięziona niestety w filmie niespełnionym. Pięknym na zewnątrz, lecz pustym w środku. Zupełnie jak życie głównej bohaterki.





Czy lubisz filmy biograficzne o znanych ludziach?

Swobodne i prowokacyjne - jak na tamte czasy - ruchy biodrami, uwodzicielski uśmiech, szelmowski błysk w oku, estradowa charyzma i nonszalancki luz. W takiego Elvisa pół wieku temu wpatrzona była zafascynowana "królem" publika.

Jakiego Elvisa widziała wówczas Priscilla? Apodyktycznego, niestroniącego chwilami od agresji, a nawet przemocy, otępiałego od nadużywania leków, zdystansowanego i oziębłego, a przede wszystkim nieobecnego - nie tylko ciałem, ale i duchem. Przynajmniej taki wizerunek żona ikony muzyki rozrywkowej nakreśliła po latach w biograficznej książce "Elvis i ja", która dla Sofii Coppoli stała się punktem wyjścia przy pisaniu scenariusza "Priscilli".

Autorka "Między słowami" i "Przekleństw niewinności" przyjęła tym samym perspektywę osoby, która przez kilkanaście lat była (teoretycznie) najbliżej Presleya i jako jedna z nielicznych mogła obserwować go z dala od fleszy, scenicznych świateł i telewizyjnych kamer.

Reżyserka miała więc w jednej garści opatrzony sporym potencjałem materiał źródłowy, a w drugiej wypełnioną po brzegi walizkę własnych doświadczeń z portretowaniem kobiet uwikłanych w skomplikowane związki. Na korzyść Coppoli działał jeszcze brak presji, bo w niedawnym "Elvisie" Baz Luhrmann postać Priscilli potraktował bardzo marginalnie. Poza może dwiema scenami żona Presleya pełniła tak naprawdę w tym widowisku jedynie rolę scenariuszowego rekwizytu.

Zauroczona Elvisem Priscilla po kilku latach od spotkania idola przeprowadza się do jego posiadłości. Dopiero tam uświadomi sobie, że życie z "królem" do królewskich nie będzie należeć. Nawet pomimo otaczających ją luksusów i przywilejów. Zauroczona Elvisem Priscilla po kilku latach od spotkania idola przeprowadza się do jego posiadłości. Dopiero tam uświadomi sobie, że życie z "królem" do królewskich nie będzie należeć. Nawet pomimo otaczających ją luksusów i przywilejów.

Z pamiętnika grafomanki



Filmowa "Priscilla" rozpoczyna się jak typowe, choć przez pryzmat dzisiejszych standardów mocno skandalizujące młodzieżowe love story. Oto bowiem dwudziestokilkuletni młodzieniec stacjonujący w amerykańskiej bazie wojskowej w Zachodnich Niemczech flirtuje z 14-letnią zaledwie córką oficera. On nazywa się Elvis Presley (Jacob Elordi) i już w 1959 r. roztacza wokół siebie magiczną i wyjątkową aurę. Ona - Priscilla Beaulieu (Ceilee Spaeny) - wpatrzona jest w swojego idola jak w obrazek i nie bardzo jest jeszcze w stanie pojąć, czym tak naprawdę zasłużyła na jego atencję.

Oboje, nieco onieśmieleni sobą nawzajem i uroczo nieporadni w pierwszych próbach kontaktu, sprawiają jednak wrażenie dobrze uzupełniającej się pary, choć ich związek na tym etapie jest czysto platoniczny.

To chyba jedyny fragment filmu, w którym Sofia Coppola przynajmniej stara się pogłębić relację dwojga bohaterów. Gdy "Priscilla" skręca o 180 stopni w stronę psychologicznego dramatu, reżyserkę interesują już jedynie skutki toksycznej, uzależniającej i ubezwłasnowolniającej miłości. Z tym jednak, że wciąż Coppola tę miłość bierze w cudzysłów i każe nam ją traktować bardzo umownie. Oczywiście, jak się okazało po latach, związek Presleyów opierał się głównie na pewnej iluzji i fasadowości, lecz jakieś jednak uczucie tam tkwiło. W filmie tego niemal nie widać.

Są tu co prawda sceny basenowych przyjęć, wspólnych narkotykowych "tripów" czy nielicznych intymnych rozmów, podczas których można (choć trochę po omacku) wyczuć autentyczną więź pomiędzy Priscillą a Elvisem. Bywa to jednak uchwycone w tak niezdarnej formie, że przypomina pospieszne kartkowanie pamiętnika nastolatki-grafomanki, która próbuje przelać swoje uczucia na papier, choć nie bardzo ma o czym tak naprawdę pisać. Już choćby z tego powodu trudno w opowieść Coppoli emocjonalnie się zaangażować.

"Priscilla" proponuje ciekawą perspektywę spojrzenia na życie Presleya z punktu widzenia jego żony. Niestety film Coppoli przestaje interesować po dwóch kwadransach, a przez kolejną przeszło godzinę nie potrafi zaproponować niczego ciekawego i angażującego. "Priscilla" proponuje ciekawą perspektywę spojrzenia na życie Presleya z punktu widzenia jego żony. Niestety film Coppoli przestaje interesować po dwóch kwadransach, a przez kolejną przeszło godzinę nie potrafi zaproponować niczego ciekawego i angażującego.

Ten film snuje się jak Priscilla po Graceland



Oczywiście nie sposób nie współodczuwać osamotnienia i rozczarowania, jakie towarzyszą głównej bohaterce po przyjeździe do Memphis. Priscilla zjawia się w Graceland dopiero po kilku latach od poznania Elvisa, który - mówiąc niezbyt elegancko, za to wprost - korzystając z uroków kawalerskiego życia na estradach i hollywoodzkich planach "wyhodował" sobie na odległość kandydatkę na żonę.

Gdy przyszła pani Presley przekracza próg wystawnej posiadłości, jeszcze nie wie, że przewidziano dla niej jedynie rolę figurki w domu lalek. Bez prawa głosu nawet w kwestii własnego ubioru, makijażu czy fryzury. Jakakolwiek próba emancypacji (choćby wtedy, gdy Priscilla zgłasza chęć pracy w butiku) spotyka się bowiem z kategorycznym sprzeciwem męża.

Wątek zniewolenia tytułowej bohaterki w złotej klatce i jej bezradności naturalnie w filmie Coppoli wybrzmiewa najmocniej. To nie tylko interesujący z psychologicznego punktu widzenia przypadek toksycznej zależności kobiety od mężczyzny, ale i dość odważna próba zdemitologizowania samego Elvisa.

Problem "Priscilli" polega jednak na tym, że film zaczyna w pewnym momencie kluczyć w miejscu. Opowieść przypomina samą bohaterkę, która nieporadnie i bez celu snuje się po Graceland, a film zaczyna nużyć i wręcz irytować powtarzaniem tych samych schematów. Najciekawiej robi się... 10 minut przed końcowymi napisami, a cała historia urywa się w momencie, który de facto mógłby otwierać film o relacji państwa Presleyów. Kto widział jedną z ostatnich scen w "Elvisie", ten zapewne zrozumie, co mam na myśli.

Sofia Coppola stawia w "Priscilli" na zupełnie inne kino. Tu nie ma blichtru, wizualnego szaleństwa, muzycznego przepychu i jaskrawych kolorów. W skromnych pastelowych barwach reżyserka kreśli portret kobiety uzależnionej od toksycznej miłości. Sofia Coppola stawia w "Priscilli" na zupełnie inne kino. Tu nie ma blichtru, wizualnego szaleństwa, muzycznego przepychu i jaskrawych kolorów. W skromnych pastelowych barwach reżyserka kreśli portret kobiety uzależnionej od toksycznej miłości.

To nie wyjście z cienia, a wejście w cień



Zaskakująco ubogi w treść i płytki scenariusz sprawia, że także aktorzy mają tu zasadniczo niewiele do roboty. Wcielająca się w tytułową postać Cailee Spaeny z wymalowanymi na twarzy smutkiem i bezradnością zaczarowuje obiektyw kamery, lecz nie ma sposobności (może poza końcową sceną), by udowodnić swój talent i tchnąć w Priscillę choć odrobinę charyzmy oraz indywidualizmu. Jacob Elordi robi natomiast wiele, by uniknąć porównywania go do Austina Butlera ("Elvis"). Stara się w przeciwieństwie do poprzednika nieco bardziej zdystansować się od Presleya, ale i tak w wielu miejscach ociera się o karykaturalność i jest po prostu nieprzekonujący w tym wydaniu.

Te liczne niedociągnięcia "Priscilli" można oczywiście jeszcze przypudrować piękną warstwą wizualną. Coppola, jak to już ma w swoim zwyczaju, uwodzi widza eterycznym i zwiewnym stylem kadrowania i opowiadania. Wygląda to tak, jakby roztaczała mimowolnie przed widzem zapach perfum, tyle tylko że ten wyparowuje bardzo szybko. Poza świetnymi kostiumami, kilkoma ładnymi kadrami i ciekawą wyjściową perspektywą wszystko w tym filmie jest nieznośnie ulotne. Lub po prostu nieznośne, jak choćby wybrzmiewający w finale cover "I will always love you", stanowiący chyba najbardziej kiczowatą z możliwych muzycznych ilustracji końcowych.

Jeśli "Priscilla" miała zagospodarować niewykorzystane przez Baza Luhrmanna w "Elvisie" pole, to to się po prostu nie udało. Film Sofii Coppoli jest niestety tylko niezobowiązującym post scriptum do poprzedniego obrazu traktującego o Presleyu. Próba wyciągnięcia Priscilli z cienia jej męża nie powiodła się i nie dorównała choćby temu, co w "Jackie" osiągnął Pablo Larrain, ożywiając niedostrzegalną przed dekady żonę prezydenta Kennedy'ego. Fanów Elvisa po tym filmie nie ubędzie, liczba miłośników Priscilli radykalnie nie wzrośnie. Status quo. Można zaraz kręcić kolejny film o Presleyu.

4.5/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

5.8
22 oceny

Priscilla (8 opinii)

(8 opinii)
biograficzny, dramat

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (26)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Body Worlds Vital - wystawa human body (73 opinie)

(73 opinie)
65 - 75 zł
wystawa

Festiwal Remcon 2024 (21 opinii)

(21 opinii)
70 - 130 zł
warsztaty, zlot, gry

Techno orkiestra Meute

muzyka elektroniczna

Najczęściej czytane

Sprawdź się

Sprawdź się

Który trójmiejski festiwal jazzowy jest najstarszym na Wybrzeżu i jednym z najdłużej odbywających się w Polsce?