Wiadomości

stat

Retrorecenzje: Kury - "P.O.L.O.V.I.R.U.S."

Kury podczas koncertu w ramach cyklu Męskie Granie w 2012 roku.
Kury podczas koncertu w ramach cyklu Męskie Granie w 2012 roku. fot. Monika Goldszmidt/Trojmiasto.pl

W zamyśle miała to być "najgłupsza płyta na świecie", ale Tymon Tymański odniósł sromotną porażkę i zamiast tego nagrał album, którego słuchają wszyscy - od metalowców przez sympatyków jazzu aż po zwolenników polskiego reggae. Sukces jest tym większy, że każdemu z nich obrywa się na "P.O.L.O.V.I.R.U.S.-ie", ale nikt się nie obraża, a po dwóch dekadach od premiery to bezkompromisowe, satyryczne wydawnictwo wciąż przyciąga nowych odbiorców.



Miałem dwanaście lat, kiedy drugi materiał Kur ukazał się i sama świadomość jego istnienia nie wystarczała, żeby natychmiast przejść do odsłuchu. Nie istniały wówczas platformy streamingowe... właściwie wcale nie było internetu, więc odkrywanie nowej muzyki stanowiło duże wyzwanie, któremu starałem się sprostać za pośrednictwem popularnych wówczas magazynów - "Teraz Rock", "Metal Hammer" i "Machina". Bodajże w tym ostatnim przeczytałem wywiad z Tymańskim, gdzie pojawiła się historia o spożywaniu mikstury złożonej z własnego nasienia oraz krwi. Kilka lat później muzyk wyjaśniał, że najzwyklej w świecie zgrywał się, ale niczego nie musiał już wyjaśniać - jego specyficzne poczucie humoru znał każdy, kto choćby pobieżnie interesował się polską muzyką.

Tamten wywiad zrobił na mnie duże wrażenie. To były czasy najlepszej formy Marilyn Mansona, albumu "Mechanical Animals" i koncertowych skandali, a więc - jak się dzisiaj okazuje - ostatni moment, kiedy artysta sceniczny potrafił wzbudzać kontrowersje na skalę globalną. Jako nastolatek, w którym dopiero co rozgorzał bunt przeciwko muzyce popularnej, błyskawicznie podłapywałem wywrotowe idee, a gdy wreszcie udało mi się dotrzeć do króciutkiego fragmentu "P.O.L.O.V.I.R.U.S.-a", wiedziałem, że muszę zdobyć tę kasetę.



Fragment, który wzmógł moją determinację usłyszałem w audycji Makakofonia emitowanej na falach Radiostacji - wówczas najbardziej niepoprawnej rozgłośni o zasięgu obejmującym Trójmiasto. Piotr "Makak" Szarłacki kreował gusta wielu moich rówieśników, a w obiegu były nawet taśmy z nagranymi odcinkami, gdzie obok System of a Down, Korna i innych ówczesnych tytanów jak równy z równym prezentowane były niszowe kapele z całej Polski - Testor, Tlen, Dive albo Kabanos, który trudził się w tamtym czasie łączeniem nu metalu z tekstami z polskich komedii oraz własnym gastro-humorem.

W tym całym tyglu nagle pojawiła się krótka, niedorzeczna ballada o prostym i wymownym tytule "Szatan", punktująca w kilku precyzyjnych zdaniach wszelkie stereotypy muzyki metalowej, ale przebiegły Makak nie zdradził, kto ją wykonuje. Ciekawskich było najwyraźniej więcej, bo jakiś czas później napływ listów [sic!] spowodował, że nazwa zespołu wreszcie padła i ku mojemu zdumieniu okazało się, że są to właśnie Kury.

Przegrałem kastę od brata kolegi i tygodniami zasłuchiwałem się w pasjonującym absurdzie, który potrafiłem porównać jedynie do cyrku Monty'ego Pythona (nie znałem jeszcze Franka Zappy). Największą medialną karierę robiła oczywiście "Jesienna deprecha" reklamowana jako piosenka disco polo o śmierci. Faktycznie jednak to pierwszy utwór ("Śmierdzi mi z ust") więcej miał wspólnego z białostocką specjalnością i chociaż szybko stał się stałym punktem każdej "domówki", po czasie dotarło do mnie, że właściwie nie do końca rozumiem, o czym jest tekst.

Wbrew zapowiedziom Kur, ta płyta zrobiła z życiem wielu ludzi coś zupełnie innego...
Wbrew zapowiedziom Kur, ta płyta zrobiła z życiem wielu ludzi coś zupełnie innego... mat. arch.
Wątek "fabularny" jest jasny - jemu śmierdzi z ust, ona go nie chce, on prosi, by pragnęła go, nie bacząc na niedogodność. Historia rodem z amerykańskiej komedii, ale z drugiej strony w tekście pojawiają się takie słowa, jak "emabluj" czy "indyferentna", a ostatni wers refrenu brzmi: Lato, lato, postękują psy, gnoza, gnoza, w trutniu ciekłe msy, co nie tylko przyćmiewa cały liryczny dorobek disco polo (to akurat nie jest żadna sztuka), ale także zupełnie zmienia wyobrażenie o tym, czym zespół Kury jest, bo nie są to zaledwie protoplaści prostackiej rozrywki popularyzowanej przez Braci Figo Fagot.

"P.O.L.O.V.I.R.U.S." śmieszy, ale jednocześnie imponuje zmysłem obserwatorskim i umiejętnościami zaangażowanych w jego powstanie instrumentalistów, co jest najczęściej pomijaną zaletą tego wydawnictwa.

Zagrać mało, kiedy umie się dużo to sztuka i cnota, które nie przychodzą łatwo. Kury na tym albumie pozornie mogą grać bardzo prostą muzykę, ale już instrumentalny fragment ze "Śmierdzi mi z ust" zdradza, że nie stoją za tym laicy. Tymańskiemu towarzyszyła śmietanka odpowiedzialna za powstanie yassu, najbardziej trójmiejskiej muzyki w historii Trójmiasta. Słychać Leszka Możdżera, Jerzego Mazzolla, Jacka Oltera, Piotra Pawlaka i Tomasza Gwincińskiego, a ponadto głosów udzieliły tak charakterystyczne postacie, jak Grzegorz Nawrocki z zespołu Kobiety, Olaf Deriglasoff czy obecny dyrektor Nadbałtyckiego Centrum Kultury - Larry Okey Ugwu.

Możdżer w ubiegłym roku wspominał prace nad albumem na łamach portalu Info Music: Z Tymonem i zespołem Kury nagraliśmy płytę "P.O.L.O.V.I.R.U.S.", gdzie w utworze "Jesienna deprecha" wykonałem całkiem poważne partie discopolowe na instrumentach klawiszowych, a w "Śmierdzi mi z ust" zagrałem na klawiszach oraz zaśpiewałem. Trudno sobie wyobrazić, że na podobną odwagę zbierają się Tomasz Stańko albo Zbigniew Namysłowski. Ich jazz jest zbyt poważny, nastawiony wyłącznie na doznania artystyczne, w związku z czym wciśnięcie hamulca wyłącznie dla dobrej zabawy, skomentowania rzeczywistości we frywolny sposób prawdopodobnie potraktowane zostałoby jako strata czasu.



Dzisiaj może się wydawać, że Tymański wykazał się ogromną odwagą, drwiąc z każdego muzycznego trendu, który miał wówczas zauważalną, choć nierzadko niszową publikę. Pierwotnie nie miał to być nawet album Kur, tylko kompilacja utworów fikcyjnych zespołów o malowniczych nazwach typu Pedalsi, Papamobile, Księgowi, Czarna Wołga czy Pułkownik Kalita i Wdzięczność. Podejrzewam jednak, że kiedy rodziła się koncepcja "Sceny P.O.L.O.V.I.R.U.S." (jak pierwotnie miała nazywać się płyta), stało za nią nie tyle wytykanie schematów i chęć doprowadzenia do rewolucji w rodzimej branży muzycznej, co naigrawanie się. W końcu miała to być "najgłupsza płyta na świecie".

W jednym z wywiadów z tamtych czasów Tymański usłyszał pytanie o to, czy nie boi się zarzutu romansowania z twórczością komercyjną. Okazuje się więc, że nie wszyscy od razu złapali żart, a w dodatku w piśmie niełatwo było wyczuć sarkazm odpowiedzi: Jest taka obawa. Czuję się odpowiedzialny za upopowiony kierunek tej płyty, ale to konieczność w czasach, gdy awangarda stała się zapyziałą szufladką. [...] A czy chodzi o kasę? Jak najbardziej, skoro Muniek mówi o tym otwarcie, dlaczego ja mam nie mówić.

Ze swoistej krytyki tego, czego Polacy słuchali pod koniec ubiegłego wieku wynika także inna wyjątkowa cecha albumu - uchwycenie ducha lat 90. Żaden film dokumentalny i żadna wspominkowa książka nie oddadzą tamtych czasów lepiej niż muzyka, w której każdy schemat jest spotęgowany i uwydatniony aż do przesady. W momencie wydania pewnie było to tylko śmieszne, dzisiaj uderza również w nostalgiczny ton. Doznania wzmacniają dodatkowo trzy przerywniki zatytułowane po prostu "Gadka", gdzie muzycy dyskutują o Michaelu Jordanie, Karlu Malonie i Jeffie Hornacku, czyli koszykarzach drużyn Chicago Bulls i Utah Jazz, którzy przez dwa lata toczyli zażarte boje w finałach ligi NBA.

Pierwszy album w historii Biodro Records przez kilka lat był nie do zdobycia. Nakład wyczerpał się, wytwórnia zawiesiła działalność i nagle "P.O.L.O.V.I.R.U.S." stał się dobrem deficytowym, które na internetowych aukcjach potrafiło osiągnąć astronomiczne kwoty. Dziesięć lat temu ukazało się jednak wznowienie i wciąż znajduje nowych nabywców.

Jak czuje się z tym jego twórca? Kiedyś na falach Polskiego Radia Tymański opowiadał o utworze "Jesienna deprecha": Jak gram tę piosenkę, to trochę się wstydzę, a trochę uważam, że coś w niej jest... i właściwie cały ten materiał da się skwitować w identyczny sposób. Można trochę się wstydzić, kiedy nie zna się kontekstu, ale kiedy zgłębi się kulisy powstania jednej z najdziwniejszych płyt, jakie ukazały się na polskim rynku, trudno nie odnieść wrażenia, że coś w niej jest.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (38)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

26

lipca

Giles Robson Gdynia, Blues Club

27

lipca

Polskie Wesele / Orkiestra ... Sopot, Scena Sopot

28

lipca

Polskie Wesele / Orkiestra ... Sopot, Scena Sopot

Kultura

Kulinaria

Planuj z nami tydzień

    Najczęściej czytane