• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport

"Ripley", "Fallout", "Szogun". Oceniamy nowe topowe seriale

Tomasz Zacharczuk
21 kwietnia 2024, godz. 12:00 
Opinie (61)
Dostępny w serwisie Disney+ "Szogun" to jeden z najlepszych seriali pierwszych miesięcy tego roku. Dostępny w serwisie Disney+ "Szogun" to jeden z najlepszych seriali pierwszych miesięcy tego roku.

Czy "Szogun" faktycznie zawojował tegoroczny sezon telewizyjnych produkcji? Z czym "Problem trzech ciał" ma problem? Jaki krajobraz zostawił po sobie "Fallout"? Kogo zwiódł "Ripley", a kto dał się zauroczyć "Dżentelmenom"? Oceniamy najpopularniejsze seriale ostatnich dni i tygodni.





Postapokaliptyczne amerykańskie pustkowia, Italia z początku lat 60., Polska u progu XXI wieku, spowita mrokiem zbrodni Alaska czy pogrążona w domowej wojnie feudalna Japonia. Najchętniej oglądane w pierwszym kwartale tego roku seriale zafundowały obfitującą w wiele emocji podróż w czasie i dookoła świata.

Choć jest dopiero kwiecień, to w serwisach streamingowych pojawiło się już mnóstwo tytułów, o których będzie się mówić jeszcze długo. Czy za popularnością tych seriali nadąża ich jakość? Sprawdzamy. I nie spoilerujemy.


"Fallout": na tych pustkowiach zabawa jest przednia



Ekranizowanie gier to grząski grunt dla hollywoodzkich twórców. Udanych adaptacji, które zadowalają znawców tematu, a zarazem intrygują postronnych widzów, jest jak na lekarstwo. Dzięki ubiegłorocznemu "The last of us" coś jednak w tej materii drgnęło, a debiutujący teraz w serwisie Prime "Fallout" kontynuuje dobrą passę "kina gamingowego". I to w jakim stylu!

Oto postapokaliptyczny western, w którym krew leje się litrami, a trup ścieli się gęsto. Dystopijne kino drogi w klimacie "Mad Maxa". Złowieszczy traktat o komercjalizacji wojny i angażujący dramat z egzystencjalnymi przystankami. A w końcu beztroski "akcyjniak" nasiąknięty brutalnością i rubasznym humorem. Po prostu esencja serialowej rozrywki dla rozpustnych.

Przede wszystkim to jednak wielowątkowa, ale przy tym spójna (nawet pomimo licznych retrospekcji) i umiejętnie poprowadzona fabuła wypełniona znakomicie napisanymi i świetnie zagranymi (Walter Goggins!) postaciami. To sprawia, że trudno od tego tytułu oderwać oczy. Również z powodu tego, jak imponująco wizualnie wygląda ten serial (futuryzm w stylu retro sprawdza się wybornie) i w jak sprawnym tempie (choć z drobnymi przestojami) przebiega cała opowieść. Fani gry poczują się jak w domu, ale co istotniejsze, świat pustynnych pustkowi, zamienionych w zgliszcza miast i samowystarczalnych podziemnych krypt zafascynuje też tych widzów, którzy z "Falloutem" nigdy nie mieli do czynienia. I wcale niewykluczone, że po seansie to się zmieni.

OCENA: 8,5/10


"Problem trzech ciał": problemy nie tylko w tytule



Na papierze netflixowy przebój ostatnich tygodni wygląda całkiem nieźle. Fabuła, skupiona wokół tajemniczych zjawisk na niebie i zagadkowych zgonów najwybitniejszych na świecie naukowców, to przecież (odpowiednio zmodyfikowany) pomysł zaczerpnięty z bestsellerowej serii książek Cixina Liu. W roli showrunnerów serialu występują twórcy "Gry o tron". Science fiction to już sprawdzona, również przez Netflixa, konwencja, która zawsze znajdzie wierną rzeszę fanów. A do tego wszystkiego mamy jeszcze porcję fizyki kwantowej i naukowych wywodów, które służą temu, by całej produkcji łatwiej było doczepić łatkę "ambitnej" i "intelektualnej".



"Problem trzech ciał" nie jest jednak rozrywką z wyższej półki, bo problemów, które trapią ten serial, jest znacznie więcej niż sugeruje jego tytuł. Podniosłe monologi wygłaszane w formie wykładów zlewają się w jeden napuszony bełkot, który skutecznie torpeduje tempo serialu. Jasne, bez odpowiedniej naukowej podbudowy ta historia nie miałaby sensu, ale nie ma tu żadnej rekompensaty w postaci zwrotów akcji (poza 5. odcinkiem).

"Problem trzech ciał" to wyjałowiona z emocji i napięcia produkcja, przestrzelona pod kątem castingu (obsada niektórych postaci jest wręcz fatalna), zadziwiająco tandetna w realizacji (CGI trąca tym sprzed dwóch dekad), przekombinowana w liczbie wątków i po prostu bezdusznie obojętna. I to pomimo ciekawego wyjściowego konceptu i poczciwego Benedicta Wonga.

OCENA: 4/10


"Dżentelmeni": liczy się prezencja i szyk



Jedenaście lat. Tyle (od premiery "Rock'n'Rolli") trwał odpoczynek Guya Ritchiego od kina gangsterskiego. Gdy w 2019 roku Brytyjczyk nakręcił "Dżentelmenów", fani jego twórczości odbyli swoistą podróż do czasów "Przekrętu i "Porachunków". Chyba nikt bowiem z takim ciągiem do wielowątkowych historii oraz nosem do dialogów i postaci nie opowiada o londyńskim półświatku. W serialowych "Dżentelmenach" Ritchie przemeblował filmową fabułę, wprowadził nowych bohaterów, zaangażował innych aktorów, a sam wygodnie rozsiadł się na fotelu producenta. Zanim to jednak zrobił, nakręcił dwa pierwsze odcinki. Dwa zdecydowanie najlepsze odcinki 8-częściowej serii.

Netflixowy serial startuje tym samym z wysokiego pułapu, ale gdy za sterami zaczynają siadać inni reżyserzy, to z balonika z napisem "Dżentelmeni" ulatuje stopniowo powietrze. Ostrzu satyry na brytyjskie elity nie grozi co prawda stępienie, ale fabuła i zwroty akcji stają się coraz bardziej umowne i dziurawe. Tej charakterystycznej dla Ritchiego pomysłowości przy klejeniu wątków też zaczyna brakować. Na szczęście pod dostatkiem jest aktorskiego dobra. Nie ma tu absolutnie choćby jednej przestrzelonej decyzji castingowej. Nawet drugo- i trzecioplanowi bohaterowie zwracają na siebie uwagę.

W pakiecie dostajemy jeszcze szalone tempo, bogaty repertuar montażowych trików Ritchiego, wpadający w ucho soundtrack i Vinniego Jonesa, który w swojej leśniczówce sączy gin i gada z sowami, lisami i jeżami.

OCENA: 7/10


"Detektyw. Sezon 4": Głucha noc



Z każdą kolejną odsłoną zapoczątkowanej przed 10 laty serii jest zawsze tak samo. Najpierw pojawia się ekscytacja związana z rozpoczęciem zdjęć, doborem obsady i przedstawieniem zarysu fabuły. Potem, w trakcie seansu nowych odcinków, entuzjazm opada, by po finałowym epizodzie zaintonować zbiorowe narzekanie połączone z wyładowywaniem frustracji. Ostatnim etapem żałobnego procesu jest błagalne spoglądanie w kierunku McConaugheya i Harrelsona, czy aby przypadkiem obaj panowie nie planują powrotu do ról z pierwszego sezonu "Detektywa".

Niestety czwarty sezon nic w tym rytuale nie zmienia. Po kiepskiej drugiej i zaledwie poprawnej trzeciej serii dostaliśmy od HBO coś, co można umieść pomiędzy tymi dwiema odsłonami.

Nie pomogło nawet umiejscowienie akcji na skutej lodem i pogrążonej w ciemnościach Alasce, której posępne i monumentalne plenery tworzą idealne tło pod mroczny thriller. Tylko że "Kraina nocy" sama nie wie, czym chce być. Hipnotyzującym dreszczowcem, psychologicznym kryminałem, a może opartym na miejscowych wierzeniach horrorem i dramatem obyczajowym o ludziach, których życiowa energia gaśnie jak słońce nad tytułową krainą? Jest wszystkim po trochu, a więc ostatecznie właściwie niczym konkretnym. Świetnie pokazana na wstępie intryga rozczarowuje z każdym krokiem zbliżającym bohaterów i widzów do rozwiązania, które jest kuriozalnym zbiegiem mało wiarygodnych zdarzeń. Samym klimatem i muzyką niewiele tu można zdziałać. Matt, Harry, co tam u was?

OCENA: 5/10


"Szogun": Gra o japoński tron



Jak "Szogun", to tylko ten oryginalny z Richardem Chamberlainem. Jeśli ktoś jest zbyt mocno przywiązany do powyższej opinii, może sobie pominąć kilka kolejnych linijek tekstu. Nie zamierzam debatować o wyższości jednej wersji nad drugą. Nie te czasy, nie te możliwości kina, nie ta estetyka i artystyczna wizja.

"Szogun" Disneya nie daje zresztą powodów, by oglądać się za siebie. Już inauguracyjny odcinek zaprasza nas do przepięknie skadrowanej feudalnej Japonii pochłoniętej wewnętrznymi konfliktami, spiskami, rywalizacjami rodów. Gdy do wnętrza tego kotła trafia jeszcze przybysz z dalekiej Anglii, temperatura wrzenia przebija skalę. Będzie się działo. I faktycznie się dzieje.

Nie o akcję sensu stricte tu chodzi, aczkolwiek samurajskich popisów też w nowym "Szogunie" nie brakuje. Dynamika serialu przede wszystkim oparta jest na świetnie rozpisanych relacjach pomiędzy intrygującymi postaciami i na taktycznej rozgrywce, której stawką jest władza absolutna. Disneyowską produkcję - przy zachowaniu odpowiednich proporcji - można nazwać japońską "Grą o tron" bez smoków i innych fantastycznych elementów. Spiskowania czasami jest może aż nadto, ale nawet w pozornie statycznych fragmentach fabuły nie da się odczuć nudy czy rozkojarzenia (choć szczególnie w środkowych odcinkach rozwój zdarzeń można byłoby mocniej pchnąć do przodu).

Oprócz imponujących widoków, są znakomici aktorzy na czele z genialnym Hiroyuki Sanadą i znakomitą Anną Sawai, no i nieco odbiegającym poziomem od tej dwójki Cosmo Jarvisem, który byłby lepszym aktorem, gdyby nie chciał być drugim Tomem Hardym. Nie zmienia to faktu, że "Szogun" powalczy na pewno o tron najlepszej serialowej produkcji tego roku.

OCENA: 8/10 (po premierze 9 z 10 odcinków)


"Rojst: Millenium": koniec - czytał Piotr Fronczewski młodszy



Twórcy jednego z najlepszych w ostatnim czasie polskich seriali nie za bardzo się spieszyli. W sześć lat powstały trzy sezony "Rojsta", a na ten ostatni przyszło nam czekać dwa i pół roku. Z jednej strony to dobrze, bo w każdej scenie "Millenium" widać realizacyjną staranność, dbałość o detale, przewodnią myśl na poprowadzenie historii i postaci. Z drugiej zaś można narzekać na to, że mając tak dużo czasu, autorzy serialu jedynie przekartkowali i tak skąpy scenariusz. Co prawda wątków jest dużo (za dużo), ale na większość z nich brakuje intrygującego, a co ważniejsze świeżego pomysłu. Choćby na bohaterów granych przez Dawida Ogrodnika i Andrzeja Seweryna. Już w drugim sezonie panowie spacerowali bez celu po planie, a w trzecim nie mają nawet dokąd pójść.

Błyszczą za to Łukasz Simlat (jego Mika wygrywa tu każdą scenę) i (znacznie lepsza niż w drugim sezonie) Magdalena Różdżka, wspomagani przez Filipa Pławiaka mówiącego głosem młodego Fronczewskiego. Ciekawy, choć dziwny to zabieg, z którego odbiorem miałem problem przez cały trzeci sezon. Większość pomysłów reżyserującego "Rojsta" Jana Holoubka sprawdziła się jednak bez zarzutu. Przede wszystkim zgrabnie udało się domknąć wątki pootwierane w dwóch poprzednich częściach, a i ta trzecia dorzuciła od siebie coś w gratisie. Głównie historię młodego Kociołka, bo reszta nowych wątków przypominała powtórkę z kryminalnych seriali lat 90. Był to więc chyba idealny moment na zamknięcie serii, choć samemu "Millenium" do ideału zabrakło wiele.

OCENA: 6/10


"Ripley": serialowy unikat do oprawienia w ramy



W serialu będącym adaptacją prozy Patricii Highsmith widać dużo obrazów. Głównie Caravaggia i Picassa, ale są też zdziecinniałe bohomazy, które tworzy jeden z bohaterów netflixowego hitu ostatnich dni. I gdy na "Ripleya" spojrzy się przez pryzmat czarno-białej estetyki kina noir, eleganckich i wyszukanych kadrów, aktorskich popisów Andrew Scotta i zachwycających włoskich plenerów, to można w serialu dostrzec kunszt niczym wspomnianych mistrzów pędzla.

Kiedy jednak skupimy się na porozciąganej fabule oraz na umownych i naiwnych próbach wyprowadzenia wszystkich w pole przez głównego bohatera, widzimy już te kiczowate malowidła, które nie nadają się nawet do przyozdobienia nimi wychodka.



W "Ripleyu" mamy więc mnóstwo kontrastów i nieścisłości. Czasami aż można złapać się za głowę, widząc to, w jak prymitywny sposób stróże prawa i znajomi Toma Ripleya dają się wodzić za nos. Cóż jednak z tego, skoro tę opowieść o nowojorskim oszuście i wirtuozie manipulacji ogląda się z zapartym tchem.

Mamy tu intrygi, zbrodnie, nieoczywisty humor, klimat i muzykę rodem z lat 60., budujące napięcie dialogi, no i te fenomenalne zdjęcia. Tak sfotografowany serial to unikat. Gdyby jeszcze w poczynania tytułowego bohatera wlać trochę więcej realizmu i je uwiarygodnić, a całość skrócić z ośmiu do sześciu epizodów, mielibyśmy serial złoty, a nie tylko pozłacany.

OCENA: 7,5/10

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (61)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

South Molo Festival - Delfinalia 2024 (5 opinii)

(5 opinii)
105,22 zł
hip-hop, festiwal muzyczny, w plenerze

Paweł Stasiak z zespołem PapaD (1 opinia)

(1 opinia)
120 zł
Kup bilet
pop

ADELE - Tribute from London by Stacey Lee

148 zł
Kup bilet
pop

Katalog.trojmiasto.pl - Nowe Lokale

Najczęściej czytane

Sprawdź się

Sprawdź się

Co jest tematem przewodnim gdańskiej imprezy Baltic Games?