Wiadomości

stat

Trupa Trupa, Bad Ol' Pervz, Nasiono Records i klasyka punk rocka - recenzje nowych płyt z Trójmiasta

Trupa Trupa to jeden z nielicznych trójmiejskich zespołów, które można usłyszeć na antenie BBC.
Trupa Trupa to jeden z nielicznych trójmiejskich zespołów, które można usłyszeć na antenie BBC. fot. Jarek Orłowski

Końcówka roku na trójmiejskiej scenie muzycznej jest wyjątkowo intensywna, więc tym razem na tapecie aż pięć albumów, a wśród nich współczesne psychobilly, punk rock z lat 80., poezja dla wielbicieli siłowni, dziwaczna, szósta odsłona Pure Phase Ensemble oraz jeszcze dziwniejsza Trupa Trupa.



Trupa Trupa - "Jolly New Songs" (Antena Krzyku)
Zgodnie z ponad dwuletnim już zwyczajem zacznę pisać o Trupie Trupa, przypominając, że jest to jeden z niewielu polskich zespołów, którymi zainteresowały się media na całym globie, ale wbrew temu zwyczajowi, na tej wzmiance poprzestanę i skupię się na tym, co najważniejsze - na muzyce.

Dosłownie kilka niemalże wyszeptywanych, długo wybrzmiewających słów oraz nastrojowy podkład sporadycznie rozszarpywany przesterowanymi riffami roztaczają wokół słuchacza ponurą atmosferę w otwierającym album "Against Breaking Heart Of A Breaking Heart Beauty". Jego końcówka przypomina ścieżkę dźwiękową do groteskowego horroru i chociaż na długości całego "Jolly New Songs" atmosfera zmienia się kilkukrotnie, stałe pozostaje poczucie dziwaczności dobiegających z głośników dźwięków. Gdyby konieczne było opisanie tego materiału tylko jednym słowem, "dziwny" byłoby właśnie najadekwatniejszym.

Nawet jeżeli Trupa zbliża się do rejonów bardziej regularnych - czyli takich, gdzie w głowie kołacze się nazwa gatunku, do jakiego można by ją przypisać - zwodzi nas nieustannie kompozytorską inwencją. "Falling" ma niemal punk rockowe przywitanie, ale szybko przekrzykuje je post-rockowe tremolo; "Jolly New Song" przechodzi od skocznej piosenki do zalążka chaosu, którego ostatecznie i tak nie dostajemy - utwór urywa się gwałtownie; a singlowe "To Me" kusi przebojowością i niepostrzeżenie wtłacza pod wokalną, powtarzającą się linię melodyjną coraz agresywniejsze, głośniejsze, partie. Cechą wspólną większości tych pomysłów jest nietworzenie w pętli (zwrotka-refren-zwrotka), lecz wyraźne zaznaczanie początku i końca, przy czym koniec przeważnie jest autodestrukcją czy też przeciwieństwem przystępniejszych dla ucha (a przynajmniej dla większości uszu) fragmentów z początku.

Najłatwiej byłoby nazwać tak wielowątkowe i nieoczywiste granie muzyką alternatywną, ale jestem przekonany, że lepiej nie nazywać w ogóle, niż nazywać tak pojemnym, niewiele mówiącym określeniem. "Jolly New Songs" to album pełen skrajności, z jednej strony najbardziej wymagający w całym dorobku zespołu, z drugiej wciąż posiadający melodie, które nawiedzają w myślach nawet po odstawieniu krążka na regał. Znalezienie prostego porównania muzycznego nie jest możliwe, bardziej pasuje porównanie filmowe. Trupa Trupa nagrała osobliwe wydawnictwo utrzymane w duchu artystycznej wolności "Mother!" Darrena Aronofsky'ego, które dla jednych będzie pretensjonalnym tworzeniem dla siebie samych, a nie dla słuchaczy (co swoją drogą nie jest niczym złym), dla innych najszczerszą próbą wyłamania się wszelkim muzycznym kliszom. Ja zaliczam się do drugiej grupy.

Trupa Trupa: Nie chcemy brać udziału w żadnych wyścigach, ważne są piosenki


Projekt Poezja Kulturystyczna - "Projekt Poezja Kulturystyczna" (Nasiono)
Nigdy nie byłem klientem siłowni, ale tak się składa, że mój ojciec był "ciężarowcem", więc jako dziecko poznałem specyficzny nastrój emanujących zapachem potu pomieszczeń o podłogach wyłożonych linoleum i ścianach z plakatami Johna Rambo oraz nagich kobiet z wytapirowanymi włosami. Podejrzewam, że dzisiejsze siłownie ulokowane w centrach handlowych nie krzewią dawnych tradycji, ale robi to Projekt Poezja Kulturystyczna.

Poezja poświęcona uprawianiu grupowego wysiłku fizycznego siłą rzeczy musi nosić znamiona humorystyczne czy wręcz ocierać się o kicz, ale wbrew temu, co można by sądzić o takim połączeniu przed włożeniem płyty do odtwarzacza, nie mamy tu do czynienia z niskich lotów dowcipem w "botoksowym" wydaniu. Z notki prasowej: "Wszystko zaczęło się od niezwykłego bloga - ciezkieslowa.pl, na którym Janusz, kulturysta z gdańskiego osiedla Żabianka, zaczął publikować swoje wiersze". Historia na tyle niezwykła, że można by posądzić Janusza o nieistnienie albo o istnienie wyłącznie w strefie artystycznej wizji, ale chociaż próżno szukać w sieci fotografii Janusza Opinca, to wywiady, audycje, opisy świadczą o tym, że jest postacią z krwi i kości... i oczywiście z mięśni.

W przetłumaczeniu wierszy na muzykę pomogli zawsze otwarci na eksperymenty muzycy z Trójmiasta, między innymi Karol Schwarz, założyciel wytwórni Nasiono Records; Joanna Bielawska, czyli Asia i Koty; wszyscy muzycy Kiev Office, wszyscy muzycy Lonker See; a nawet reprezentacja międzynarodowa w osobie Raya Dickaty'ego, byłego muzyka Spiritualized, który w Gdańsku gościł niejednokrotnie przy okazji festiwalu SpaceFest. Ekipa związana z Nasionem to bezpośredni spadkobiercy "trójmiejskiej sceny alternatywnej" kojarzonej z takimi zespołami, jak Apteka, Szelest Spadających Papierków czy Oczi Cziorne, więc funkcjonowanie ponad gatunkami nie powinno nikogo dziwić. "Burza" podpowiada, jak w 2017 roku mógłby brzmieć Franek Kimono; "Maszyna" to rockowy hicior; a "Hanka i Hantle" to psycho-rap z podkładem łączącym "żywe" instrumenty oraz elektroniczne bity. Czy można przyrównać cała tę muzyczno-muskułową otoczkę do jakiegokolwiek innego przedsięwzięcia? Na myśl przychodzi mi wyłącznie niemiecki osiłek Rummelsnuff, który ugrzązł jednak w kategorii muzycznej ciekawostki i nie sposób zachwycić się nim od strony muzycznej. Projekt Poezja Kulturystyczna broni się natomiast także wówczas, gdy zapomnimy o całej tej niezwykłej historii za nim stojącej.

Nie będę ukrywać, że natychmiast stałem się dużym entuzjastą poezji kulturystycznej, albumu, kontekstu, wydarzenia, złączenia sił muzycznych i pozamuzycznych. To świetny pomysł udowadniający na bezpiecznym gruncie, jak bezsensowne jest segregowanie ludzi. Tutaj akurat rozprawiono się ze stereotypami tępego osiłka i chuderlawego artysty, ale łatwo można zrobić krok dalej i uznać, że masa może liczyć się na siłowni, ale niekoniecznie w myśleniu.

Bad Ol' Pervz - "Kadłubkator" (wydanie własne)
Miss ConCarne chce zalać nam oczy kubkiem wybielacza i zrobić krzywdę śmigłem wentylatora (nie zdradzę w jaki sposób), a wszystko to bardzo obrazowo przedstawia we "Flakach" witających nas na debiutanckim albumie prawdopodobnie jedynego aktywnego zespołu psychobilly w Trójmieście.

"Kadłubkator" to debiut, ale bynajmniej nie stoją za nim debiutanci. Inicjatorami wypełnienia gatunkowej luki na lokalnej scenie są muzycy związani wcześniej z Szybkimi Bananami, Raus! Of My Eyes, Po Prostu czy Call System, a więc z zespołami, które na przestrzeni kilku dekad kształtowały brzmienie tutejszego punk rocka. Nową postacią jest jedynie wokalistka, Paulina Obiedzińska vel Miss ConCarne, ale słuchając jej zadziornego wokalu, trudno nie odnieść wrażenia, że pewnością siebie mogłaby obdarzyć jeszcze kilka innych zespołów.

Jeżeli widzieliście film "Beksa" z Johnnym Deppem w roli tytułowej, to doskonale wiecie, że w połowie lat 50. nie było w Stanach Zjednoczonych większego chuligaństwa od rock'n'rolla, a matki robiły wszystko, by ich córki nie wpadły w szpony odzianych w skórę przystojniaków z wymyślnymi fryzurami. Gdyby Bad Ol' Pervz przenieść do tamtych czasów, nawet najbardziej frywolna młodzież mogłaby się jednak poczuć zgorszona. "Ulicami sunie zniszczenia fala, Mechagodzilla wszystko roz..."; "Chu... dzień już od rana, dostałam wpier... od Batmana"; "Wiedz, cokolwiek się wydarzy, zawsze będę wspominać siedzenie ci na twarzy" - zapomnijmy o latach 50., nawet dzisiaj niejeden rodzic wszcząłby awanturę, gdyby z pokoju jego pociechy dobiegały tak siarczyste wersy. Zanim jednak językowi purytanie podniosą larum, że nie wypada, a ci obyczajowi dorzucą, że tym bardziej kobiecie, prewencyjnie wezmę Bad Ol' Pervz w obronę, bo w moim odczuciu akurat do takiej twórczości wulgaryzmy pasują jak ulał.

Była już Mechagodzilla, był Batman, są też żywe trupy, la chupacabra i przelewanie krwi, czyli VHSowe kino klasy B pełną gębą, a przecież od takiej konwencji trudno oczekiwać poetyckiego języka (nawet jeżeli będzie to poezja kulturystyczna). Ja ten pomysł kupuję niemal w całości. Niemal, bo "Klaun" czy "Kowboj" to nieco słabsze momenty, które cierpią na deficyt werwy, ale przede wszystkim dlatego, że psychobilly bez kontrabasu jest jak dubstep bez laptopa. Sięgnięcie po większe "pudło" zdecydowanie wyszłoby Bad Ol' Pervz na dobre, niemniej "Kadłubkator" gwarantuje czysto ludyczne doznania, jakie można porównać z seansem "Martwicy mózgu" czy "Morderczych klaunów z kosmosu". Jeżeli lubicie tego typu komedio-horrorową rozrywkę, nieprędko wyciągnięcie płytę z odtwarzacza.

Pure Phase Ensemble - "6" (Nasiono)
"Od zawsze sercem SpaceFestu! jest Pure Phase Ensemble. Zespół z rotacyjnym składem, tworzonym przez najbardziej oryginalnych, młodych muzyków z Polski oraz światowej klasy "kapitana" rok w rok daje wybitne koncerty. Niczego innego nie można było oczekiwać po Antonie Newcombie, liderze The Brian Jonestown Massacre, ale jego wizja miała tylko kilka mocnych momentów i przede wszystkim trwała bardzo krótko" - to moje własne słowa zaczerpnięte z relacji z ubiegłorocznego SpaceFestu, a jednak słuchając albumu z zarejestrowanym tamtego wieczoru materiałem, przynajmniej częściowo nie zgadzam się z samym sobą.

Karol Schwarz włożył w trzy kwadranse koncertu szóstego składu Pure Phase Ensemple kawał solidnej roboty, co było wręcz koniecznością, by uratować efekt pracy tygodniowych warsztatów. Newcombe okazał się liderem nieszczególnie zainteresowanym możliwościami swojej drużyny, skupionym przede wszystkim na własnej osobie, a część pomysłów, którym miał nadawać kierunek sprawiała wrażenie niedopracowanych, obecnych tylko po to, aby występ nie okazał się zbyt krótki (czego i tak nie udało się osiągnąć). Na komputerze zmanipulowano jednak proporcje, wyciągnięto dźwięki, które w Żaku były ledwo słyszalne, a w efekcie "Szóstka" jest znacznie ciekawsza.

Najlepszy przykład to utwór "Bałwan", który zapamiętałem jako hałaśliwe zarzynanie instrumentów w chaotycznej aranżacji, a może nawet z przypadkowością podszytą powtarzającym się rytmem zamiast jakiejkolwiek aranżacji. Na płycie jest to natomiast jeden z moich ulubionych kawałków, zwłaszcza dzięki fenomenalnemu głosowi Olgi Mysłowskiej z Polpo Motel (tutaj przypominającej inną Olgę - Sipowicz vel Korę), która na żywo była niemalże niesłyszalna. Na identycznej zasadzie drugie życie otrzymało "Tętno pulsu", pierwotnie po prostu nudne, tutaj hipnotyzujące dziwacznym nastrojem. Niezależnie od sytuacji, najciekawsza pozostaje jednak sama końcówka - powolnie rozwijające się do monumentalnej ściany dźwięku "God Drugs" oraz chylące czoła przed krautrockową motoryką, przebojowe "Getting Bored".

Po SpaceFest 2016 miałem wrażenie, że sztandarowy projekt festiwalu po raz pierwszy nie zdołał wydobyć potencjału zaangażowanego w jego działalność muzyków, a przecież na scenie zjednoczono siły Judy's Funeral, Castlings, Aiodine, Oslo Kill City, Jesieni czy Karol Schwarz All Stars oraz The Brian Jonestown Massacre. Album ukazuje jednak kompletnie inną perspektywę i być może po prostu nie starczyło czasu na dopracowanie kompozycji podczas warsztatów, może Newcombe nie jest tak sprawnym graczem zespołowym, jak wieloletni lider wytwórni Nasiono. Polecam to wydawnictwo szczególnie tym, którzy po ostatnim SpaceFeście w klubie Żak odnieśli podobne wrażenie.

Dzieci Kapitana Klossa - "Syf bałtycki" (Pasażer)
Na koniec wzmianka honorowa, bo Dzieci Kapitana Klossa nie są ani zespołem aktywnym, ani żywym, a ostatnie nagrania z wydanej przez Pasażera kompilacji pochodzą z 1986 roku. Warto jednak o wczesnym zespole między innymi Olafa Deriglasoffa wspomnieć, bo przez zaledwie kilka lat działalności zdołał odcisnąć piętno na polskim punk rocku doby totalnej opozycji wobec władz socjalistycznych.

Kiedy po raz pierwszy dotarłem do kasety magnetofonowej z tymi utworami, było już po wszystkim. Po PRL-u i po DKK. Jakość nagrań była tak fatalna, że nie mogłem zrozumieć ani jednego wersu, a jednak natychmiast dałem się wciągnąć w surowe brzmienie, które z jednej strony rekomendowali starsi koledzy, a z drugiej nawet bez wyraźnego tekstu sprawiało wrażenie buntowniczego i przeciwnego wszelkim muzycznym trendom. Czyli dokładnie to, czego jako nastolatek poszukiwałem.

W sumie zespół wymyślił zaledwie dwanaście kawałków, ale na wydanej niedawno antologii można usłyszeć je w kilku koncertowych wcieleniach, dzięki czemu na okładce pojawia się aż dwadzieścia sześć pozycji, a wszystkie w odświeżonych, wciąż brzmiących jak garaż, ale przynajmniej wytłumiony, wersjach. Dla mnie to prawdziwy skarb, sentymentalna podróż, ale także utwierdzenie w przekonaniu, że nasz rodzimy punk rock miał głos, jakiego nikt inny na świecie nie mógłby podrobić.

"Przyjechaliśmy tutaj - no nie wahajmy się użyć tego słowa - z Gdańska" - tymi słowami rozpoczyna się set zarejestrowany podczas występu na festiwalu w Jarocinie w 1985 roku. Wtedy był to może jedynie żart, dzisiaj powód do dumy.

Olaf Deriglasoff: Zespoły rockowe nie wywołują wojen

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (7)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

19

stycznia

8. Dni Muzyki Nowej Gdańsk, Klub ŻAK

27

stycznia

Antarktyczna przygoda Gdynia, Experyment

31

grudnia

Kultura

W pogoni za Żar-Ptakiem. Recenzja spektaklu "Iwan - carski syn"
Recenzja spektaklu "Iwan - carski syn"
Festiwal Chiński, Tydzień Estoński - plany Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego
Plany Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego

Kulinaria

Okiem dietetyka: warto jeść kiszonki
Okiem dietetyka: warto jeść kiszonki
Święto piwa rzemieślniczego na Straganiarskiej
Święto piw rzemieślniczych w weekend

Planuj z nami tydzień

    Najczęściej czytane