Tu nie ma miękkiej gry! Mistrzowie teleturniejów z Trójmiasta

Mariusz Machnikowski mierzy się z tematem Rafael Santi - jego życie i twórczość (II pojedynek). Wielka gra, 2006 rok.

Mówią, że rywalizacja i walka na wiedzę jest tak uzależniająca, że jak się zacznie, to nie można przestać. Porażek, nawet spektakularnych, się nie boją, bo nie muszą one wcale świadczyć o przegranej. O tym, ile może być warta wiedza i jakie dodatkowe korzyści może przynieść udział w teleturniejach pytamy trójmiejskich mistrzów: Mariusza Machnikowskiego (14 rozegranych potyczek w Wielkiej grze, zakończonych 10 wygranymi), Jerzego Snakowskiego (trzykrotny zwycięzca Wielkiej Gry) oraz uczestników programu Milionerzy - Katarzynę Kant-Wysocką, po udziale w tv show bogatszą o milion zł oraz Remigiusza M. Skubisza, który musiał "zadowolić się" połową tej stawki.



Wakacje 2021. Najciekawsze imprezy w Trójmieście



Mariusz Machnikowski, matematyk z Trójmiasta, odpowiadał w Wielkiej grze na pytania o życie i twórczość Żeromskiego, Mickiewicza, Lermontowa, Steinbecka, Michała Anioła czy Giuseppe Verdiego. W sumie, od początku lat 90., brał udział w tym teleturnieju 14 razy, wygrywając go dziesięciokrotnie.
Mariusz Machnikowski, matematyk z Trójmiasta, odpowiadał w Wielkiej grze na pytania o życie i twórczość Żeromskiego, Mickiewicza, Lermontowa, Steinbecka, Michała Anioła czy Giuseppe Verdiego. W sumie, od początku lat 90., brał udział w tym teleturnieju 14 razy, wygrywając go dziesięciokrotnie. fot. Mariusz Machnikowski, archiwum prywatne

Najtrudniejszy pierwszy krok. Potem już z górki



Teleturnieje cieszą się ogromną popularnością. W wielu domach przed telewizorem siadają całe rodziny, a największą frajdę sprawia wzajemne prześciganie się wiedzą i odpowiadanie na zadawane pytania szybciej, niż uczestnicy. We własnych czterech ścianach każdy jest omnibusem. Nie każdy ma jednak odwagę, aby powtórzyć te wyczyny w telewizyjnym studiu pod okiem kamer. Bohaterowie naszego artykułu nie mieli z tym problemu. Co skłoniło ich do wzięcia udziału w teleturniejach?

- Taką myśl miałem dość często, jednak zawsze brakowało impulsu, który pchnie mnie do działania - opowiada Mariusz Machnikowski, 10-krotny zwycięzca Wielkiej Gry i półfinalista Miliardu w rozumie. - Pomyślałem sobie, że fajnie byłoby zagrać, ale nie wiedziałem, jak się do tego zabrać, aż wreszcie ogłoszono eliminacje z tematu, który w pewnym sensie postawił mnie pod ścianą - "Ruch olimpijski - historia, ludzie, idee". Od dzieciństwa interesowałem się sportem, głównie historią igrzysk olimpijskich, o czym doskonale wiedzieli moi bliscy i znajomi. Poczułem się jak wezwany do tablicy! Eliminacje wygrałem, ale nigdy nie zagrałem z tego tematu, bo nie ukazał się na antenie. Przekonałem się jednak, że eliminacje to nic strasznego i zacząłem planować swój udział w innych, niesportowych konkurencjach. Łącznie wziąłem udział w 14 programach, z czego 10 udało mi się wygrać.
Jerzy Snakowski nie ukrywa, że jego motywacja była czysto finansowa. Chciał się usamodzielnić, więc potrzebował zdobyć sporo gotówki i to natychmiast.

- Do udziału w programie pchnął mnie serial "Przyjaciele". Chciałem żyć w takiej samej komunie, ale szybko się zorientowałem, że na takie życie trzeba mieć pieniądze. Byłem wtedy na studiach, dorabiałem, jak mogłem, głównie wykonując drobne tłumaczenia, ale to wciąż było mało, żeby się usamodzielnić. Dlatego stwierdziłem, że wezmę udział w Wielkiej grze i wreszcie ktoś mi zapłaci za to, że kocham operę. Tak się stało, a te moje trzy wygrane, bo tyle razy z sukcesem startowałem, utorowały mi zawodową przyszłość. Zostałem zawodowym popularyzatorem opery.
Czytaj także: Filmowe lato w plenerze. Dokąd na seans pod chmurką?

Jerzy Snakowski w Wielkiej grze - 1994 rok

Jerzy Snakowski wziął udział w Wielkiej grze, bo chciał się usamodzielnić, a to był najprostszy sposób na zdobycie szybkiej gotówki. A skoro za pierwszym razem tak łatwo poszło, postanowił powtórzyć ten wyczyn jeszcze dwa razy.

Czy oglądasz teleturnieje?

tak, robię to nałogowo 9%
tak, chociaż nie robię tego regularnie 35%
sporadycznie 36%
nie, ale nie wykluczam 6%
nie i nie zamierzam - nie interesują mnie 14%
zakończona Łącznie głosów: 255
Katarzyna Kant-Wysocka chciała się po prostu sprawdzić w warunkach teleturniejowych. Jak się okazało, udało jej się to ze znakomitym skutkiem - jej wiedza została wyceniona na okrągły milion (minus podatek, o czym systematycznie przypominają jej "fani").

- Milionerzy to mój ulubiony teleturniej, odkąd tylko zaczął być emitowany - mówi milionerka, Katarzyna Kant-Wysocka. - Wiele lat marzyłam o udziale, a w końcu - po głównej wygranej pani Marii Romanek w 2018 roku - postanowiłam spróbować swoich sił. Sądziłam, że moje zamiłowanie do ciekawostek i zainteresowanie wieloma dziedzinami wiedzy może okazać się przydatne. Jak się okazało, nie myliłam się.
O Remigiuszu M. Skubiszu zrobiło się głośno po tym, jak w telewizyjnych Milionerach wygrał połowę głównej stawki. Choć była to największa wygrana w jego teleturniejowym dorobku, swoją przygodę z telewizyjnym sprawdzaniem wiedzy rozpoczął wcześniej.

- Głównymi powodami były w zasadzie ciekawość, jak to jest tam, po drugiej stronie oraz czysta chęć rywalizacji na wiedzę. W 2014 roku, przed "Milionerami", byłem w "Jednym z dziesięciu" i nie zostałem wtedy jednym z dziesięciu. Byłem tam też drugi raz, po "Milionerach" i wtedy nim zostałem. Występ w 2014 roku był moim pierwszym teleturniejowym razem. Na pewno motywacją nie była chęć wygrania wielkich pieniędzy, bo tych w "Jednym z dziesięciu" nie ma. Pokaźniejszą, ale i tak nie oszałamiającą, kwotę zdobywa tylko zwycięzca wielkiego finału, czyli jeden z dwustu (!) graczy. Było oczywiste, że nim nie zostanę, biorąc pod uwagę, jak dużą wiedzę ma wielu uczestników tego teleturnieju - jestem w stosunku do nich zbytnim leszczem. Później, w "Milionerach" wiedziałem już z grubsza, czego mogę się spodziewać. Wprawdzie te dwa teleturnieje tworzone są w bardzo odmienny sposób i w różnych warunkach, niemniej nie czułem się już całkowitym teleturniejowym świeżakiem. To na pewno pomogło - wspomina Remigiusz M. Skubisz.
Czytaj także: Prezent czy pieniądze? Co wręczyć młodej parze?

Teleturnieje od środka, czyli konfrontacja oczekiwań z rzeczywistością

Jak udział w teleturniejach wygląda od środka, wiemy dziś całkiem sporo - dowiadujemy się tego z relacji uczestników publikowanych za pośrednictwem mediów społecznościowych, z kolorowych pism a nawet od producentów, którzy sami publikują tzw. kulisy. Kilkadziesiąt lat temu takiej wiedzy nie mieliśmy. Jak wyglądała konfrontacja oczekiwań z rzeczywistością?

- Pierwsze zaskoczenie nastąpiło podczas eliminacji - opowiada Jerzy Snakowski. - Wybierając się tam myślałem, że spotkam samych pasjonatów, którzy nie mogą żyć bez twórczości Norwida czy gadów Ameryki Południowej, a okazało się, że są dwie grupy zawodników. Pierwsza to amatorzy, jak ja, a druga to zawodowcy, którzy świetnie się znali i dla których udział w tym teleturnieju był taką rutyną, jak wypicie porannej kawy. Tematy wybierali pod kątem tego, czy dużo będzie trzeba się uczyć, żeby wygrać, a nie ich własnych zainteresowań. Bardzo inteligentni i błyskotliwi ludzie. Część z nich udział w tym teleturnieju traktowała chyba jako źródło stałego zarobku.

Drugie zaskoczenie dotyczyło samego teleturnieju - moja wiedza mocno wykraczała poza oczekiwania ekspertów, więc po pierwszym występie, kiedy czułem się niepewnie, dwa następne to była czysta przyjemność. Brałem w nich udział z przeświadczeniem, że naprawdę trzymam mocno byka za rogi. Trzeba było tylko zachować czujność, żeby się nie zdekoncentrować i nie wyłożyć na jakimś szczególe - dodaje Jerzy Snakowski.

Czytaj także: Filcowe myszy wnoszą element bajki do dorosłego życia.

Porażka nie zawsze oznacza przegraną. Remigiusz M. Skubisz nie wygrał wprawdzie programu, jednak wrócił do domu bogatszy o pół miliona złotych.



A jak od kulis wyglądają Milionerzy?

- Nie wolno wnosić telefonów i trzeba zostawić je w depozycie, podobnie jak torebki czy plecaki - opowiada Katarzyna Kant-Wysocka. - Mnie najbardziej zdziwiło, ile osób pracuje przy programie, jak duży jest sztab ludzi, którzy nad tym czuwają. Byłam też bardzo pozytywnie zaskoczona tym, jak miły, sympatyczny i naturalny jest Hubert Urbański. Pomimo wielu lat prowadzenia programu wciąż przeżywa grę razem z uczestnikiem i widać, że bardzo wspiera każdego z graczy.
Remigiusz M. Skubisz miał w głowie konkretny scenariusz własnego udziału w telewizyjnych Milionerach. Na ile się sprawdził?

- Przede wszystkim myślałem, że nie przejdę etapu "kto pierwszy, ten lepszy", tzn. eliminacji, gdzie duże znaczenie ma refleks. Za tym mógł przemawiać rachunek prawdopodobieństwa - udział w eliminacji bierze sześć osób, a do gry wchodzi jedna-dwie na odcinek - opowiada Remigiusz M. Skubisz. - Gdy już zasiadłem na tym fotelu okazało się, że gram zupełnie inaczej niż można się tego było po mnie spodziewać. Przed wystąpieniem na wizji, gdy po trosze w ramach rozrywki, a po trosze mojego treningu, ćwiczyliśmy sobie ze znajomymi "Milionerów" w aplikacji, byłem największym cykorem: wycofywałem się z gry nie będąc pewnym odpowiedzi, mimo że to była tylko gra na telefon i nie chodziło o prawdziwe pieniądze. Tymczasem w prawdziwej grze grałem dość brawurowo. Udało mi się dojechać do pytania za milion, nie będąc pewnym prawie żadnej odpowiedzi. Myślałem sobie, że taka szansa już się nie powtórzy - dodaje Remigiusz M. Skubisz.

"Wygrana wygraną, ale... co zrobiliście z kasą?"



Bohaterów naszego artykułu do zwycięstwa doprowadziło posiadanie ogromnej wiedzy. Nie zapominajmy jednak o tym, że udało im się też wygrać niemałe pieniądze.

- "Wygrana wygraną, ale... co zrobiliście z kasą? - pytał wprost jeden z fanów programu Milionerzy w mediach społecznościowych.
A skoro temat ten wzbudza taką ciekawość, to i my zapytajmy o to samo.

- Kupiłam mieszkanie i zainwestowałam we własny rozwój - zmieniłam (choć nie od razu) zawód i porzuciłam pracę specjalistki ds. marketingu na rzecz strzyżenia psów - odpowiada milionerka, Katarzyna Kant-Wysocka.
- 50 tysięcy zainkasowało państwo w ramach podatku. Procencik odpaliłem przyjacielowi, który pomógł mi w grze. Do tego, co zostało, dołożyliśmy i kupiliśmy z żoną dom w pięknym Małkowie pod Żukowem. Teraz mam daleko do pracy - śmieje się Remigiusz M. Skubisz, który wygrał pół miliona.
Mariusz Machnikowski walczył o mniejsze pieniądze, jednak również nie miał problemu z ich ulokowaniem.

- Nigdy nie chodziło o pieniądze - to była kwestia drugorzędna. Zresztą te nagrody, w porównaniu z dzisiejszymi teleturniejami, w których zbyt wiele często nie trzeba wiedzieć, były niespecjalnie wygórowane. Pierwsza moja nagroda, z Żeromskiego, wystarczyła mi dokładnie na kupno telewizora. Taka to była równowartość - mówi Mariusz Machnikowski.
Wielkim wygranym okazał się Jerzy Snakowski, który znajomością opery nie tylko zapracował sobie na wygraną finansową, ale otrzymał też propozycję, która gwarantowała mu finansowanie długofalowe.

- Parę miesięcy po emisji pierwszej Wielkiej gry z moim udziałem, a to był temat "Sceny baletowe i tańce w słynnych operach od Mozarta do Ryszarda Straussa" dzwoni telefon i zgłasza się sekretarka szkoły baletowej w Gdańsku. Łączy mnie z dyrektorem Bronisławem Prądzyńskim. Myślę, że była to moja pierwsza rozmowa z jakimkolwiek dyrektorem szkoły, nie licząc wcześniejszych "dywaników" - opowiada Jerzy Snakowski. - Proszę pamiętać, że działo się to przed erą komórek, więc chociaż nie obowiązywało RODO, to jednak zdobycie takiego numeru nie było prostą sprawą. A dyrektor zadał sobie ten trud tylko po to, żeby takiemu młodemu chłopakowi, jakim byłem wówczas, pogratulować osobiście i powiedzieć, że jest po wielkim wrażeniem posiadanej przeze mnie wiedzy. Dodał też, że jak skończę studia, a studiowałem wtedy polonistykę, to mam u niego etat polonisty. To był dla mnie niesamowity komfort, bo 20 tys. razy 3 to nie było mało pieniędzy, ale jednak bez porównania ze stabilizacją finansową, jaką dawał etat od razu po studiach.

Nie wygrywa ten, kto nie ryzykuje, czyli spektakularne porażki mistrzów



Biorąc udział w teleturnieju należy liczyć się nie tylko ze zwycięstwem, ale też z możliwością porażki, która czasem nie wynika z niewiedzy, ale z jej nadmiaru i zbyt wielu możliwych punktów odniesienia. Remigiusz M. Skubisz do swoich "wpadek" podchodzi z dużym dystansem. Kiedy hejterzy mu dokuczają, śmieje się razem z nimi.

- W "Milionerach" uznałem, że "altowiolista" to muzyk, który gra na "altowioli", a nie na altówce (co jednak na szczęście nie miało znaczenia dla udzielenia poprawnej odpowiedzi). "Stworzyłem" w ten sposób nowy instrument. W trakcie emitowania mojej gry (która leciała od środy do poniedziałku) na facebookowym profilu teleturnieju przewijała się opinia, że cała ta gra jest jedną wielką dekonspirowaną właśnie wpadką, bo ja jestem aktorem, podstawionym przez TVN dla podniesienia oglądalności. "Jak to możliwe, że ten facet nic nie wie, a zaznacza po kolei poprawne odpowiedzi", dziwili się niektórzy widzowie, "on musi być podstawiony". Jeden z widzów napisał: "żenująca gra aktorska, mogli chociaż wstawić kogoś, kto lepiej udaje". Teoria rozwinęła się na tyle, że aż sam się zacząłem zastanawiać, czy naprawdę nie byłem podstawiony - śmieje się Remigiusz M. Skubisz.

Wielkim mistrzem teleturniejów jest też mieszkający w Gdańsku Jarosław Orlański. W Wielkim finale 116 edycji programu Jeden z dziesięciu zdobył 314 punktów i 50 tys. zł. Tym samym zdobył wszystkie nagrody 116 edycji. Był to siódmy występ pana Jarosława w "1 z 10", z czego trzeci raz pojawił się w Wielkim Finale. Sukces odniósł również w "Najsłabszym ogniwie" stacji TVN.


Czy było warto?



To oczywiście pytanie retoryczne, bo trójmiejscy mistrzowie teleturniejów nie tylko uważają, że było warto, ale i na jednym razie nie poprzestali.

- Są ludzie, którzy znajdują satysfakcję w rywalizacji i stawianiu sobie poprzeczki wysoko i ja do takich ludzi należę. Zawsze lubiłem loterie, konkursy. Myślę, że dobry ze mnie materiał na hazardzistę. Na szczęście udało mi się znaleźć do tej hazardowej żyłki bezpieczną alternatywę - śmieje się Mariusz Machnikowski. - W Wielkiej Grze mam za sobą 14 startów, 10 wygranych. Myślę, że prowadząca teleturniej, Stanisława Ryster, darzyła mnie sympatią. Zresztą po likwidacji Wielkiej Gry spotkałem się z nią kilka razy w Warszawie na kawę. Celebrytą w dzisiejszym rozumieniu może nie byłem, ale zdarzyło mi się kilka razy, czy to na ulicy czy w tramwaju, że zostałem rozpoznany. Rozpoznawali mnie oczywiście moi studenci, którzy kibicowali mi, kiedy grałem. Wtedy normalnie prowadziłem zajęcia na PG - uczyłem matematyki. Studenci widzieli więc, kiedy się przygotowuję, kiedy jestem niewyspany, kiedy przynoszę ze sobą książki i to, że w czasie, gdy oni wychodzą na przerwę, to ja się uczę. Myślę, że to była dla nich cenna lekcja tego, że naprawdę warto się uczyć.
- Wygrana wywróciła moje życie do góry nogami - podsumowuje Katarzyna Kant-Wysocka. - Z niszowej blogerki (piszę bloga o dobrych manierach) nagle stałam się publicznie znana. Wpłynęło to właściwie zmieniła każdy aspekt mojego życia, nie tylko materialny. Może sława to za dużo powiedziane, ale nie ciąży mi rozpoznawalność. Nie unikałam i nie unikam mediów, chętnie od początku udzielałam wywiadów, bo to dla mnie bardzo miłe. Jeśli chodzi o artykuły na mój temat, to nad większością panuję, ale rzeczywiście zdarzają się "kwiatki", np. ten, że już wszystko wydałam. Irytowały mnie clickbaitowe tytuły, że zostałam oszukana, podczas gdy treść dotyczyła mojej zaplanowanej prowokacji i korespondencji z oszustem. Od kilku lat bowiem edukuję kobiety w zakresie bezpieczeństwa w internecie i wykrywania oszustw matrymonialnych w sieci.
A że rywalizacja uzależnia, Katarzyna Kant-Wysocka planuje już udział w kolejnych teleturniejach.

- Byłam już w teleturnieju "Gra Słów. Krzyżówka w TVP". Wygrałam szaloną kwotę 390 zł. Zamierzam jednak tam wrócić i poprawić wynik - regulamin tego programu na to pozwala - mówi trójmiejska "milionerka". - Zgłaszałam się także do innych, jednak sporo pokrzyżowała pandemia. Jeśli tylko będzie możliwość, chętnie wezmę udział w Va Banque i Kole Fortuny. Największym marzeniem jest 1 z 10, ale przyszłość programu obecnie stoi pod znakiem zapytania.

- Moja wiedza mocno wykraczała poza oczekiwania ekspertów więc po pierwszym występie, kiedy czułem się niepewnie, dwa następne to była czysta przyjemność - wspomina swój udział w Wielkiej Grze Jerzy Snakowski.

Opinie wybrane


wszystkie opinie (34)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze

więcej artykułów »

Wydarzenia

Lao Che - Trasa Pożegnalna - No to Che!
Lao Che - Trasa Pożegnalna - No to Che!
rock
paź 1
piątek, g. 20:00
Gdańsk, Stary Maneż
IRA
IRA
rock
paź 7
czwartek, g. 19:00
Gdańsk, Filharmonia Bałtycka
Pat Metheny - Side Eye
Pat Metheny - Side Eye
jazz
cze'22 3
piątek, g. 20:00
Sopot, Opera Leśna

Nowe Lokale

Sprawdź się

Sprawdź się

Z ilu pięter składa się gdańska Klubogaleria Bunkier?