Wiadomości

W lesie znów poleje się krew. Reżyser z Gdyni kręci drugą część slashera z Julią Wieniawą

Bartosz M.Kowalski (z lewej) ma na swoim koncie nagrodzony m.in. na festiwalu w Gdyni "Plac zabaw". Rok temu publiczność mogła obejrzeć pierwszy polski slasher "W lesie dziś nie zaśnie nikt". Obecnie pochodzący z Gdyni reżyser pracuje nad drugą częścią horroru.
Bartosz M.Kowalski (z lewej) ma na swoim koncie nagrodzony m.in. na festiwalu w Gdyni "Plac zabaw". Rok temu publiczność mogła obejrzeć pierwszy polski slasher "W lesie dziś nie zaśnie nikt". Obecnie pochodzący z Gdyni reżyser pracuje nad drugą częścią horroru. fot. Michał Chojnacki/ Akson Studio

Po premierze "Placu zabaw" dostawał pogróżki. Po obejrzeniu "W lesie dziś nie zaśnie nikt" połowa widzów miała ochotę zostawić go w lesie, a druga połowa do niego dołączyć. Pochodzący z Gdyni Bartosz Kowalski nie boi się filmowych wyzwań i właśnie spełnia kolejne zawodowe marzenie, pracując nad kontynuacją pierwszego w Polsce slashera z krwi i kości. Na ekranie zobaczymy ponownie Julię Wieniawę (choć już nie w roli głównej), a także Mateusza Więcławka, Zofię Wichłacz, Andrzeja Grabowskiego, Wojciecha Mecwaldowskiego czy Sebastiana Stankiewicza.



Sprawdź kalendarz filmowych pokazów na najbliższe 30 dni



Tomasz Zacharczuk: Można powiedzieć, że znów jesteś w lesie. Jak przebiegają prace nad kontynuacją twojego poprzedniego filmu?

Bartosz Kowalski: Zakończyliśmy niedawno zdjęcia, które w okresie pandemii nie należały do najłatwiejszych. Na planie pracuje bardzo dużo osób, nierzadko w małych pomieszczeniach, stąd musieliśmy dbać o dość restrykcyjne przestrzeganie obostrzeń. Oczywiście obowiązkowe maseczki, nieustanne dezynfekowanie rąk, testy antygenowe powtarzane co kilka dni, codzienne pomiary temperatury, dystans - mnóstwo jest zasad, o których musieliśmy pamiętać. Pod koniec maja zakończyliśmy etap zdjęciowy. Zostaje montaż, postprodukcja i jesienią premiera na całym świecie na Netfliksie. Terminy są trochę szalone, ale wszystko na razie zmierza w dobrym kierunku.

Pracowaliśmy głównie w podobnych, a nawet w tych samych okolicach jak w przypadku pierwszej części. Większość zdjęć powstała pod Warszawą, m.in. w Kampinosie. Film jest bezpośrednią kontynuacją wydarzeń z "jedynki", dlatego lokacje będą się powtarzać, choć nie zabraknie także nowych miejsc, podobnie jak nowych bohaterów. Warto jednak zaznaczyć, że sequel będzie już nieco innym kinem. Oczywiście nadal poruszamy się w konwencji slashera - będzie trochę strasznie, trochę zabawnie, krwawo i groteskowo. O ile jednak pierwsza część czerpała pełnymi garściami z klasyki gatunku, nawiązywała do lat 80. i ogrywała przeróżne, znane archetypy, tak "dwójka" dotychczasowe zasady wywróci nieco do góry nogami.

Julia Wieniawa i Bartosz M. Kowalski
Julia Wieniawa i Bartosz M. Kowalski fot. Instagram Julia Wieniawa
W jaki sposób?

Fabularnie rzecz jasna. Więcej nie powiem bez spojlerów (śmiech). Druga część pod wieloma względami będzie poziom wyżej, zarówno merytorycznie, jak i realizacyjnie. Pierwsza część była bardzo niskobudżetową produkcją. Swoistym eksperymentem otoczonym gigantyczną ilością kompromisów i ustępstw, na które musieliśmy przystać. Tym razem jest większe pole do popisu, większy komfort realizacyjny i większe poczucie bezpieczeństwa.

Czytaj także: Marianna Zydek: Almodóvar? Proszę dzwonić!

Wspomniałeś o pracy w pandemicznych warunkach. Już przy okazji pierwszej części koronawirus pokrzyżował ci szyki, bo premierę "W lesie dziś nie zaśnie nikt" trzeba było przenieść na platformę streamingową, co finalnie chyba nie było złym pomysłem, bo wydaje mi się, że w ten sposób film trafił do szerszej publiczności.

Tak, premiera na Netfliksie zakończyła się absolutnym happy endem, choć były oczywiście momenty grozy. Zabrakło nam przecież dwóch dni, by pokazać film na wielkim ekranie. Do dziś jestem ogromnie ciekaw, jaki zrobilibyśmy wynik kinowy. Można jedynie spekulować, ale koniec końców losy filmu potoczyły się naprawdę nieźle.

Wspomniałeś w jednym z wywiadów jeszcze przed premierą pierwszej części, że jest tylko jeden sposób, by sprawdzić, czy polska publiczność jest gotowa na kino grozy. I rzeczywiście była?

Oglądalność, zarówno w Polsce, jak i za granicą, mieliśmy świetną. Może wynikało to z tego, że ostatni taki klasyczny slasher odwołujący się bezpośrednio do "ejtisowych" archetypowych klimatów miał premierę kilkanaście lat temu. Być może wstrzeliliśmy się więc w lukę. Odbiór filmu za granicą był dużo bardziej wyważony. W Polsce była jazda bez trzymanki. Mam wrażenie, że reakcje były bardzo podobne jak po "Placu zabaw". Dosłownie od zachwytów nawet po groźby pobicia na ulicy!

Julia Wieniawa w filmie "W lesie dziś nie zaśnie nikt".
Julia Wieniawa w filmie "W lesie dziś nie zaśnie nikt". fot. Akson Studio
Aż tak?

Dostałem taką nieprzyjemną wiadomość w mediach społecznościowych i kilka podobnych. Nawet specjalnie mnie to nie ruszyło, bo przerabiałem już podobne groźby przy okazji "Placu...". Oczywiście ze względu na to, że "W lesie..." to kino czysto komercyjne, a "Plac zabaw" był raczej filmem festiwalowym, tym razem reakcja widzów było spotęgowana.

Ryzyko zabierania się za slasher w Polsce było wkalkulowane w koszta. Przedsmak tego, co mnie czeka, poczułem jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć, gdy od jednego bardzo znanego dziennikarza dostałem SMS w stylu: "Po "Placu zabaw" robisz horror z Wieniawą? Poj....o Cię?!". To była zapowiedź tego, jak bardzo zamknięta jest u nas mentalność na kino gatunkowe. To się przecież nie ma prawa udać, to nie wypada, nie w Polsce, nie z Wieniawą! Koniec końców, po premierze zaskoczyła mnie jedna liczba pozytywnych recenzji i dziennikarski support. Dużo więcej osób skumało konwencję, niż zakładałem! Konwencję, w której wszystko traktujemy z przymrużeniem oka. To kino, które ma po prostu bawić.

Oczywiście nadal było sporo głosów wpisujących się w tę samą narrację: "Po co robić takie kino?", "Przecież w Polsce to się nie może udać", "U nas nie ma miejsca na takie gatunkowe eksperymenty". Takie opinie są najbardziej szkodliwe, bo żyjemy w kraju, w którym jest miejsce na każdy rodzaj kina. A wiele filmowych gatunków u nas po prostu nie istnieje. Dlaczego w zalewie komercyjnych komedii i filmów gangsterskich nie mogą pojawiać się horrory i też cieszyć popularnością? Chciałem udowodnić, że się da, i na szczęście eksperyment się powiódł.

Dwaj ludzie z szafą, czyli stary Gdańsk w filmowych kadrach



"W lesie dziś nie zaśnie nikt" to krwista i brutalna opowieść o grupce nastolatków, na którą poluje dwóch zmutowanych bliźniaków. - Sequel będzie kontynuacją tej historii, ale z nowymi bohaterami - zapewnia Kowalski.
"W lesie dziś nie zaśnie nikt" to krwista i brutalna opowieść o grupce nastolatków, na którą poluje dwóch zmutowanych bliźniaków. - Sequel będzie kontynuacją tej historii, ale z nowymi bohaterami - zapewnia Kowalski. mat. prasowe/ Akson Studio
Większość widzów zapewne łatwiej byłaby w stanie wyobrazić sobie komedię romantyczną niż horror z Julią Wieniawą. Nie obawiałeś się, że takim wyborem castingowym narazisz swój projekt na mało przychylne łatki?

Poznałem Julkę na planie jednego z seriali i nie do końca miałem świadomość, kim tak naprawdę jest. Media społecznościowe raczej nie są moją domeną, więc nie zdawałem sobie sprawy, jak wielka popularność ją otacza. Zrobiła na mnie fajne wrażenie podczas pracy na planie zdjęciowym, złapaliśmy niezły kontakt. Dopiero później zorientowałem się, jak skrajne emocje potrafi wzbudzać wśród widzów.

Czy się bałem? Powiem tak: jeśli chcesz zrobić coś kompletnie nowego, to generalnie strach się bać. Zawsze dostaniesz po tyłku. Nie każdemu taka forma rozrywki odpowiada, nie każdy też przecież zrozumiał zamysł. W jednej z kuluarowych rozmów wysłuchałem zarzutów o przesadną brutalność filmu, o jego stereotypowość, o to, że był bardziej zabawny niż straszny... A przecież właśnie taki miał być. Ale na tym to polega! To nie jest kino spod znaku "Egzorcysty", które serwować ma przerażające i traumatyczne przeżycia. W slasherze wszystko jest potraktowane z przymrużeniem oka, bo mamy się przy takim filmie przede wszystkim dobrze bawić. Niekoniecznie bać.

"W lesie dziś nie zaśnie nikt" to oczywiście mnóstwo gatunkowego funu, ale wydaje mi się - choć nie wiem, czy się ze mną zgodzisz - że udało ci się także zaakcentować pewne współczesne zjawiska, jak choćby wszechobecna technologia w życiu młodych ludzi. Czy podobne obserwacje społeczne zamierzasz przemycić też w drugiej części?

Społeczne czy polityczne mikrokomentarze pojawią się w sequelu, ale na dalszym planie, podobnie jak w "jedynce". Jeśli chodzi o wspomnianą przez ciebie technologię, nie szukałem w tej tematyce żadnego moralitetu. Obóz offline był bardziej zabiegiem fabularnym. W dzisiejszych czasach technologia towarzyszy nam na każdym kroku. O ile mamy zasięg, a mamy praktycznie wszędzie, możemy dodzwonić się w każde miejsce. Gubiąc się w głuszy, możemy odpalić GPS, zadzwonić pod 112 i szybko ktoś nas z tarapatów wyciągnie. W kontekście kina gatunkowego to mocno antysuspensowe.

Większość horrorów załatwia sprawę brakiem zasięgu. Ja szukałem czegoś innego, sprytniejszego, by w prosty sposób uniemożliwić bohaterom dostęp do technologii, która może im pomóc. Nie chodziło więc o przekaz społeczny, który jednoznacznie zdeprecjonuje współczesne możliwości technologiczne. Przecież gdyby w "jedynce" znalazł się choć jeden sprawny telefon, pewnie wszyscy by przeżyli. Nie do końca więc musimy kojarzyć dostęp do technologii ze złem wcielonym. Z drugiej strony oczywiście to, co social media zrobiły z nami, w dzisiejszych czasach jest przerażające, ale to temat na inną rozmowę.

W głośnym "Placu zabaw" Bartosz M. Kowalski przyglądał się zatrważającej w skutkach agresji nastolatków. Film - ze względu na drastyczny finał - wywołał mnóstwo kontrowersji. Podczas pokazu filmu na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych wielu zbulwersowanych widzów opuszczało seanse.
W głośnym "Placu zabaw" Bartosz M. Kowalski przyglądał się zatrważającej w skutkach agresji nastolatków. Film - ze względu na drastyczny finał - wywołał mnóstwo kontrowersji. Podczas pokazu filmu na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych wielu zbulwersowanych widzów opuszczało seanse. mat. prasowe/ Next Film
Skąd pomysł na parę bliźniaków-zabójców?

To był koncept, który już od jakiegoś czasu krążył mi po głowie. Poniekąd inspiracją byli bliźniacy, których pamiętam z dzieciństwa. Raczej nieciekawe typy. Z drugiej zaś strony takie rozwiązanie było bardzo praktyczne. W slasherach zazwyczaj mamy do czynienia z tajemniczym zabójcą, który niemal teleportuje się z jednego miejsca zbrodni w drugie i niejednokrotnie wygląda to dość komicznie. Zależało mi na tym, aby uniknąć tego efektu i spróbować bardziej racjonalnie podejść do tego, że bohaterom nieustannie zagraża niebezpieczeństwo. Rozdzielenie zagrożenia na dwóch morderców ułatwiło nam zdynamizowanie akcji bez tej magicznej teleportacji.

Wydawało mi się to sensowne, tym większe było moje zdziwienie, gdy pojawiły się absurdalne interpretacje, a właściwie nadinterpretacje. Pal licho bliźniaków, ale teorie o lesie, mgle smoleńskiej czy eksplozji meteorytu nawiązującej do Tupolewa były już tak posunięte w niektórych recenzjach czy komentarzach, że nawet moja wyobraźnia nie byłaby w stanie wysnuć takich tez.

Zastrzeliłeś mnie teraz tymi teoriami...

Prawda, że brzmi niewiarygodnie? (śmiech).

Jak wygląda tworzenie takiego kina? Zakładałbym, że towarzyszy temu sporo dobrej zabawy.

Na pewno jest fun i zabawa. Szczególnie dla aktorów, którzy taplają się w sztucznej krwi i gumowych wnętrznościach, a przecież wielu okazji w polskim kinie ku temu nie ma. Natomiast sama realizacja filmu to niezwykła odpowiedzialność i koszmarny wyścig z czasem. A do tego duży stres. Chciałbym powiedzieć, że kręcenie horroru to ubaw po pachy, ale z tyłu głowy cały czas masz tykający zegar. Musisz zmieścić się w budżecie i w terminach, które bywają zabójcze.

Specyfika naszej produkcji polegała też na wykorzystywaniu wielu efektów oraz prac charakteryzatorskich - zarówno na planie, jak i w postprodukcji. Niejednokrotnie, kręcąc pierwszą część, przecieraliśmy pod tym względem szlaki, często metodą prób i błędów. W Polsce jest zaledwie kilka osób, które się w takich efektach specjalizują. Brakowało też doświadczenia, bo przecież tego typu kino nigdy w Polsce nie powstało. Ale udało się, były momenty, gdy np. po dobrze wykonanym efekcie cała nasza ekipa wpada w chwilową euforię i czuć było niesamowitą frajdę, ale większość naszego czasu zajmuje praca w pełnym skupieniu i napięciu.

Zdjęcie promujące film "W lesie dziś nie zaśnie nikt" na platformie Netflix
Zdjęcie promujące film "W lesie dziś nie zaśnie nikt" na platformie Netflix fot. Netflix
Jest miejsce na improwizację?

Tylko w scenach obyczajowych, w dialogach aktorskich. Cała reszta, szczególnie sceny okołoefektowe, są bardzo skrupulatnie zaprojektowane. Wspólnie z operatorem mamy zrobioną listę ujęć całego filmu, rozrysowane każde ustawienie kamery, każde ujęcie jest technicznie opisane, a jest ich kilkaset. Sam plan zdjęciowy to de facto egzekucja tego, co wcześniej zaplanowaliśmy. Oczywiście zawsze pojawiają się rzeczy, których nie jesteś w stanie przewidzieć. Wtedy na bieżąco reagujesz i podejmujesz decyzje, na które jest bardzo niewiele czasu, a które zawsze wpływają na finalny kształt filmu.

Odczuwałeś duży przeskok gatunkowy z "Placu zabaw" do "Lasu"?

Kino gatunkowe, w tym slasher, to coś, co chciałem robić właściwie od dziecka. Pierwszy scenariusz z wampirami na Dzikim Zachodzie napisałem, gdy miałem 12-13 lat. Po studiach zainteresowały mnie nieco inne rzeczy. Zacząłem robić kino dokumentalne dla HBO, potem "Plac zabaw". To zupełnie inny film niż "W lesie...", nie tylko stylistycznie, merytorycznie, gatunkowo, ale i realizacyjnie. Między innymi pod kątem pracy z dziećmi. Przy "Placu..." musiałem stosować chwyty zaczerpnięte z dokumentów, by uzyskać odpowiedni efekt. Niejednokrotnie zza kamery odgrywałem scenę z naszymi młodymi aktorami, popychając ją w jakimś improwizacyjnym kierunku, lub prowokowałem jednego z nich, by zrobił czy powiedział coś, co zupełnie zaskoczy drugiego.

W "Lesie" miałem zestaw profesjonalnych, w większości doświadczonych już aktorów. To zupełnie inny, prostszy model współpracy i współtworzenia. Wracając do twojego pytania, czy to realizacyjnie, czy mentalnie nie było mi trudno przejść od jednego do drugiego projektu, bo slasher od lat chodził mi po głowie. Po powrocie ze studiów z Francji miałem nawet pomysł na niskobudżetową produkcję w tej konwencji, ale nie byłem w stanie nikogo do tego przekonać. I tak przez parę dobrych lat.

Presja przy drugiej części jest chyba mniejsza. Faktycznie jest łatwiej?

Rzeczywiście przy drugiej części mam trochę więcej wewnętrznego spokoju, odrobinę większy komfort psychiczny. Drzwi zostały uchylone, zaglądamy do środka tego horrorowego świata. Przy "jedynce" gdzieś z tyłu głowy tkwiło przeświadczenie, że jeśli to się nie przyjmie, to prawdopodobnie na kolejne długie lata trzeba będzie odłożyć w Polsce projekt pod nazwą "kino gatunkowe". Teraz mogę sobie pozwolić na nieco większą swobodę i większą zabawę w ramach, które wyznaczyliśmy sobie pierwszą częścią.

Czy twoje trójmiejskie, a dokładniej gdyńskie korzenie dają znać o sobie? Miejsce urodzenia w jakiś sposób inspiruje cię filmowo?

Urodziłem się w Gdyni i mieszkałem tam do 19. roku życia. Wyjechałem na studia do Francji, a potem od razu przeniosłem się do Warszawy. Gdynia zawsze była dla mnie ważna i jest do dzisiaj. Mieszka tu cała moja rodzina, którą staram się często odwiedzać. Nie ukrywam, że interesując się filmem i mieszkając w Gdyni, rokrocznie przesiadywałem na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Czy to na mnie w jakiś sposób wpłynęło? Horrorów ani slasherów tam nie oglądałem (śmiech), a właśnie w te rejony kina ciągnęło mnie od zawsze. Po części dlatego nigdy nie próbowałem dostać się do polskiej szkoły filmowej, bo wyszedłem z założenia, że jeśli powiem na egzaminie, że moim ulubionym filmem jest "Martwe zło 2", to z hukiem wyrzucą mnie za drzwi i o jakichkolwiek studiach będę mógł zapomnieć. Szczęśliwie dostałem holenderskie stypendium, co pozwoliło mi na wyjazd za granicę. Po pięciu latach stwierdziłem jednak, że moje miejsce jest w Polsce i to tutaj chcę powalczyć o realizację mniej lub bardziej śmiałych reżyserskich marzeń.

- W sequelu chcemy wywrócić nasz slasher do góry nogami, głównie pod kątem fabuły - zapewnia Bartosz M. Kowalski, który kończy powoli zdjęcia do kontynuacji "W lesie dziś nie zaśnie nikt".
- W sequelu chcemy wywrócić nasz slasher do góry nogami, głównie pod kątem fabuły - zapewnia Bartosz M. Kowalski, który kończy powoli zdjęcia do kontynuacji "W lesie dziś nie zaśnie nikt". mat. prasowe/ Akson Studio
W jednym z wywiadów mówiłeś, że Polska może być świetnym tłem horrorów. A samo Trójmiasto? Chciałbyś zrealizować tutaj jakiś swój projekt?

Zabieram się do filmu trochę od innej strony. Bardziej interesuje mnie historia niż to, gdzie się rozgrywa. Swój drugi dokument w HBO - "Niepowstrzymani" - nakręciłem o gdyńskich futbolistach Seahawks. To historia trzech fantastycznych chłopaków z zupełnie różnych światów: osoby niesłyszącej, recydywisty i trenera personalnego, których połączyła miłość do sportu i wspólna boiskowa pasja. Jeśli znalazłbym tych bohaterów w innym miejscu, to akcja filmu nie działaby się w Gdyni. Czasami bywa też tak, że faktycznie masz jakąś lokację w głowie, miejsce, które pasuje do klimatu, konwencji, ale twoje plany weryfikuje tak przyziemna kwestia jak budżet. Tak było z "W lesie...". Pierwsza wersja scenariusza napisana była z myślą o osadzeniu akcji w Bieszczadach, ale nie było nas stać na wyjazd. Został więc podwarszawski las. Jeśli chodzi o Trójmiasto - bardzo chętnie wykorzystałbym tutejsze plenery, które są jednymi z najpiękniejszych w Polsce. Na razie jednak nie mam żadnych sprecyzowanych planów czy pomysłów.

"W lesie dziś nie zaśnie nikt" to projekt, który ma perspektywę na kolejne części?

Aż tak daleko myślami nie wybiegam. Już myśli o sequelu były dość nieśmiałe i przez długi czas traktowałem je w kategorii marzenia, które aktualnie się spełnia. Druga część od początku miała być integralna z "jedynką". Ewentualnej "trójki" na razie w ogóle nie biorę pod uwagę.

Rozumiem jednak, że nadal chcesz eksplorować kino gatunkowe?

Bardzo chętnie! Aczkolwiek mam już chęć powrotu do kina społecznego pokroju "Placu zabaw". Z kina gatunkowego pewnie nigdy nie zrezygnuję, ale chciałbym zrobić coś kameralnego. Po trudnym odbiorze "Placu zabaw" sądziłem, że bardzo długo nie będę chciał zagłębiać się w podobną tematykę, ale już minęło parę lat i chyba jestem gotowy na kolejne wyzwania.

Opinie wybrane


wszystkie opinie (50)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze

więcej artykułów »

17

czerwca

Paweł Domagała - Wracaj Tour Gdańsk, Filharmonia Bałtycka

20

czerwca

Gdańska Noc Świętojańska 2021 Wyspa Sobieszewska, ul. Radosna

26

czerwca

Slow Fest Sopot Sopot, Molo w Sopocie

Kultura

Wybraliście operę - w parku Oruńskim zobaczymy "Rigoletto"
W parku Oruńskim zobaczymy Rigoletto

Kulinaria

Gdzie jedzą "lokalsi"? Gdańsk, mamy problem...
Zabierz mnie tam, gdzie jedzą "lokalsi"
Nowe lokale: śniadania, wursty, etniczne, włoskie i gruzińskie smaki
Nowe Lokale: śniadania i kuchnie świata

    Najczęściej czytane

    Sprawdź się

    Europejskie Centrum Solidarności zostało otwarte w roku: