Wiadomości

stat

Stefan Wesołowski, Death Crusade, Quantum Trio - recenzje nowych płyt z Trójmiasta

Nowy album Stefana Wesołowskiego może być najsmutniejszym, co w tym roku usłyszycie, ale także najpiękniejszym.
Nowy album Stefana Wesołowskiego może być najsmutniejszym, co w tym roku usłyszycie, ale także najpiękniejszym. fot. Rafal Kolsut

Czym jest "nowa muzyka"? Czy wciąż potrzebujemy społecznie zaangażowanych tekstów? Czy dobry jazz to już tylko free jazz? Na te pytania znajdziecie odpowiedzi w recenzjach trzech nowych albumów nagranych przez muzyków z Trójmiasta.



Stefan Wesołowski - "Rite of the End" (Gusstaff Records/2017)

Mamy w Gdańsku kameralny festiwal Dni Muzyki Nowej, którego nazwa dla osób niewtajemniczonych może być zagadkowa. Nie chodzi jednak ani o nowe przeboje pokroju "Despacito", ani nawet o nowe zjawiska prezentowane na festiwalach Off czy Soundrive.

"Neue Musik" to termin wymyślony w 1919 roku przez niemieckiego krytyka, Paula Bekkera odnoszący się do współczesnej muzyki klasycznej. Jakkolwiek może wyglądać to na określenie zbudowane na karkołomnym oksymoronie, faktycznie stoi za nim brzmienie wyjątkowe, które mniej więcej po II wojnie światowej zaczęło przybierać coraz bardziej awangardowe, eksperymentalne oblicza. Gdybym miał polecić wam tylko jeden album, na którym wszystko to moglibyście usłyszeć, dzisiaj wskazałbym na "Rite of the End".

Wesołowski tworzy tutaj poważny, wyciszający nastrój, operując zarówno dźwiękiem, jak i ciszą; melodią, a także jej zaprzeczeniem, które dla przypadkowego słuchacza może być równie hałaśliwe, co siarczyste, black metalowe wyziewy. Kluczem do tego instrumentalnego albumu jest jego tytuł - "Rytuały końca" - który nie pozostawia miejsca na inną interpretację intencji autora, niż udźwiękowienie momentu przejścia ze świata doczesnego do wielkiej niewiadomej następującej po nim. Prawdopodobnie w zamierzeniu miała być to jedynie dokumentacja symbolicznego opuszczenia ziemskiego padołu, ale uwodzicielskie dźwięki często stają się wręcz zachętą, choć może nie tyle do samego aktu, co do fantazjowania o nim.

"Rite of the End" ukazało się pod koniec kwietnia za sprawą francuskiego wydawnictwa Ici D'ailleurs (z którym współpracuje także trójmiejska Trupa Trupa), do Polski trafiło jednak dopiero w lipcu, ale tak naprawdę największym testem dla tego materiału będzie pierwsza jesień, ponieważ każda z sześciu premierowych kompozycji zdaje się być perfekcyjną ścieżką dźwiękową dla ciemnych, deszczowych popołudni wypełnionych widokiem "obumierających" drzew za oknem. Niektórych ta żałobna aura podszyta drone'owym zniekształceniem muzyki klasycznej może odstraszać, ale jestem pewien, że część słuchaczy zdoła odnaleźć w niej niepowtarzalne piękno.

Zobacz także: cykl "Recenzje trójmiejskich płyt"


Death Crusade - "Rakieta /// Bomba" (wydanie własne/2017)

Ponad dwadzieścia lat temu Trójmiasto wydało na świat jeden z najbardziej hałaśliwych, agresywnych i bezkompromisowych tworów w swojej historii, którego wściekłość doskonale oddawała już sama nazwa - Filth of Mankind. Studio najwyraźniej nie było ich ulubionym miejscem, za to koncertowali bardzo często, a później niespodziewanie zniknęli. Historia ma jednak ciąg dalszy, a na imię mu Death Crusade.

Trzech z czterech muzyków uformowanej w 2015 roku grupy grało wcześniej w "Brudzie Ludzkości" i właściwie nie trzeba tego sprawdzać po nazwiskach, wystarczy wsłuchać się w "Rakieta /// Bomba". Półgodzinny album otwierają wrzaski "bohaterki" popularnego filmiku krążącego po sieci, która nawołuje: "Niech przeklęty będzie ten kraj, niech przeklęta będzie jego władza". W połączeniu z tytułem "Układ" oraz krótkim, buntowniczym tekstem dostajemy punkowy standard, który może i jest odtwórczy, a jednak potrzebny dzisiaj bardziej niż przez minione trzydzieści lat.

Podobnych, społecznie zaangażowanych tekstów jest na debiucie Death Crusade mnóstwo. W "Lustrze" Kalka wykrzykuje autokrytyczne: "To bydło to ja"; z kolei w "Utopii" zauważa: "Ingerencja w ten system nie jest mi obca, nie wiem czy ma to jakiś sens" i już z tych dwóch fragmentów wyłania się obraz grupy ściśle związanej z crustem oraz d-beatem, aczkolwiek przekraczającej naiwny, młodzieńczy bunt totalny. Nie ma w tych słowach konformizmu, ale nie ma także złudnej wiary w to, że świat dzieli się na "dobrych" i "złych", a "system" czy "układ" można obalić butelkami z benzyną i kamieniami.

Oczywiście przy tak zadziornym połączeniu punk rocka oraz metalu nie ma mowy o krystalicznie pięknej dykcji i bez pomocy zapisu trudno zrozumieć choćby jeden wers, niemniej warto się pofatygować, bo "Rakieta /// Bomba" miażdży nie tylko dźwiękiem, ale także słowem.

Quantum Trio - "Duality: Particles & Waves" (Nei Gong Music/2017)

Utarło się, że trójmiejski jazz to przede wszystkim awangarda i przekraczanie wszelkich granic na yassową modłę; utarło się także przekonanie, że tego rodzaju granie jest znacznie bardziej wartościowe od straight-ahead jazzu, czyli muzyki poukładanej, prostszej w odbiorze, bliskiej smooth jazzowej przebojowości. Quantum Trio jest zaprzeczeniem tych przekonań.

Po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć ich w 2012 roku podczas festiwalu Jazz Jantar. Zagrali wówczas w kawiarni, gdzie ze względu na przestrzeń nie mogli zaprezentować w pełni akustycznego brzmienia - zamiast fortepianu musiał wystarczyć keyboard. Już wtedy, pomimo gwaru i braku skupienia publiczności, dało się usłyszeć, że jest to grupa wyjątkowa, w pełni świadoma wtórności wielu free jazzowych przedsięwzięć, szukająca własnej drogi.

Na dwupłytowym i piętnastoutworowym "Duality: Particles & Waves" bezsprzecznie ją odnaleźli, a o sukcesie zadecydowało między innymi instrumentarium. Nie ma tu wprawdzie żadnego zaskakującego źródła emisji dźwięku, jest jednak nietypowa konfiguracja, bo zarówno fortepian, jak i saksofon uchodzą za narzędzia liderów, solowe instrumenty, którym sekcja rytmiczna musi się podporządkować. Quantum Trio wyzbyło się tego ograniczenia, a dzięki temu dziewięćdziesięciominutowy album nie nudzi ani przez sekundę, a jego druga część wręcz wymusza na słuchaczu podrygiwanie do zniewalającego, chwytliwego rytmu przypominającego podkłady Kultu z czasów największej świetności (zwłaszcza w utworze "Light Years").

"Duality: Particles & Waves" to jeden z najciekawszych tegorocznych albumów jazzowych wydanych w Polsce, a w dodatku jest na tyle przystępny, że przyjemność z jego odsłuchiwania znajdą nie tylko fani gatunku.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (10)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Najnowsze wiadomości

Kalendarz imprez

kalendarz

Zdjęcia z imprez

    Nowe lokale

    Najczęściej czytane