Wiadomości

stat

Dick4Dick, Lasy, Octopussy i "Przeżyj święta". Recenzje nowych płyt z Trójmiasta

Po kolejnym przeobrażeniu Dick4Dick nagrali najlepszy album w swoim dorobku.
Po kolejnym przeobrażeniu Dick4Dick nagrali najlepszy album w swoim dorobku. fot. R. Cerankiewicz

Dwa albumy z muzyką elektroniczną, jeden z rockiem wprost z lat 70. i alternatywa dla kolęd - to już ostatnie recenzje trójmiejskich albumów w tym roku, ale nie ostatnie tegoroczne płyty, które pojawią się w niniejszym cyklu.



Dick4Dick - "Dick4Dick is a Woo!Man" (Mystic)



Od The Dumplings przez Xxanaxx po Polę Rise - mamy liczne dowody na to, że w Polsce muzyka elektroniczna ma głos kobiety, ale niestety coraz częściej jest to zaledwie echo poprzedniczek, a nie autorska, oryginalna wizja. Tak to już jest z trendami - najpierw zachwycają świeżością, by później obrosnąć grubą warstwą wtórności, ale oto nastąpił niespodziewany zwrot akcji, a na imię mu "Dick4Dick is a Woo!Man".

W 2012 roku Michał Skrok i Krystian Wołowski wystąpili jako Dickie Dreams Soundsystem podczas festiwalu Metropolia Jest Okey. Żartowali wówczas, że są bardziej tancerzami niż muzykami, a zamiast instrumentów dzierżyli jedynie wyposażony w mnóstwo chwytliwych bitów tablet. Wspominam ten występ, bo był pierwszym, z czym skojarzyło mi się nowe wydawnictwo Dick4Dick. Z jednej strony jest prosto, z drugiej niebanalnie, a z jeszcze innej - i ta wyraźnie przyćmiewa wszystkie pozostałe - ekstremalnie przebojowo.

Już na przywitanie basowe dudnienie podpowiada, że tego albumu trudno będzie słuchać na siedząco. "First Moon Landing" jeżeli nie poderwie was z krzeseł, to przynajmniej zmusi do kiwania głową czy choćby przytupywania. Trudno powstrzymać motoryczną reakcję organizmu, kiedy oddziałuje na niego tak intensywnie pobudzający bit. Ponadto okazuje się, że Natalia Nykiel skrywa znacznie większy potencjał, niż można było podejrzewać po zapoznaniu się z jej solowymi dokonaniami. Stała współpraca z panami z D4D byłaby zdecydowanie dobrym posunięciem.

Wszystko wskazuje zresztą na to, że towarzystwo Dick4Dick nie pozostało bez wpływu również na pozostałe zaproszone do współpracy wokalistki. Kolejny utwór ("Bunga Bunga") jest esencją tego, co kryje się pod słowem "banger". To uzależniający już po pierwszej dawce hit, którego jedynym przekleństwem jest polskie pochodzenie. To nie kwestia kompleksów, ale dokładnie te same dźwięki zarejestrowane przez brytyjską albo amerykańską grupę podbiłyby świat. Najbardziej zaskakująca jest jednak obecność Justyny Chowaniak, wokalistki Domowych Melodii, zespołu, którego chyba nikt nie posądziłby o klubowy potencjał.

Innego rodzaju zaskoczeniem jest Lena Wołowska (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa) vel Woska. Jej głos wybrzmiewa w dwóch utworach ("Love Theory" oraz singlowym "More") i nikt na ich podstawie nie mógłby zdemaskować wokalistki jako trzynastolatki. Wiem, że dzisiejsza młodzież szybko dojrzewa, ale dotąd sądziłem, że wiąże się to wyłącznie z kwestiami obyczajowymi, a nie z dojrzałością głosu.

Muzycy Dick4Dick przekonują, że zdołali uchwycić kwintesencję swojego brzmienia, co w przypadku zespołu tak często zmieniającego stylistykę jest właściwie niemożliwe do zweryfikowania. Na pewno jednak nagrali najciekawszy materiał w swoim dorobku, a kontrast pomiędzy skoczną, stworzoną do prezentacji na scenie muzyką i zupełnie nierozrywkowymi, często trudnymi tekstami dobitnie pokazuje, że nie trzeba śpiewać o fizycznym wymiarze damsko-męskich relacji (co Dickom często zdarzało się w przeszłości), gdy próbuje się wprawić odbiorców w ruch.





Lasy - "Little Giant" (wydanie własne)



Kiedy Stendek zapowiedział stworzenie projektu łączącego jego dwie największe pasje - muzykę oraz las, spodziewałem się ambientowych mantr bazujących na plenerowych nagraniach, szumów, odgłosów natury i wplecionych w nie okazjonalnych uderzeń basu. Efekt okazał się jednak znacznie mniej eksperymentalny, a otoczenie natury najwyraźniej sprzyja komponowaniu przychylnych dla ucha utworów.

Podejrzewam, że na brzmienie Lasów wpłynęły także najświeższe doświadczenia Macieja Wojcieszkiewicza, który przyczynił się do udanego (przynajmniej od strony artystycznej, niekoniecznie komercyjnej) powrotu Reni Jusis. "Little Giant" może uchodzić za brakujące ogniwo pomiędzy wpadającymi w ucho melodiami, jakimi raczył nas na ubiegłorocznym albumie wokalistki a jego solową, podchodzącą do kwestii rytmu z dużą odwagą, twórczością.

Kontrasty są wyraźne - "Wandering" z gościnnym udziałem MaJLo to lep na radiowych prezenterów (tych nielicznych, którzy wciąż stawiają na jakość), ale już "Arrow" czy "Creatures" wymagają nieco bardziej wprawionego ucha, któremu niestraszne będą trudne do zanucenia dźwięki. Mogłoby się w związku z tym wydawać, że Stendek stanął w rozkroku pomiędzy dwoma różnymi, choć równoległymi światami, lecz jego wizja jest spójna, zmieniają się jedynie proporcje stałych składników wypracowanego na przestrzeni wielu lat brzmienia.

Lasów w Polsce ubywa, zanieczyszczonego powietrza przybywa i nawet jeżeli znajdą się tacy, dla których zależność między jednym a drugim będzie wydumana, niezaprzeczalnie skupiska zieleni potrafią inspirować, czego "Little Giant" dowodzi w wyjątkowy sposób. Stendek tym razem nie wpuścił nas do swojego "laboratorium", przeprowadził eksperyment samodzielnie, a rezultat dopracował, oczyścił i wzmocnił tak, by uwydatnić rezultat, a nie drogę do jego osiągnięcia. Być może to najambitniejsza muzyka, do jakiej w tym roku można było zatańczyć.





Octopussy - "Dwarfs & Giants" (wydanie własne)



Był taki czas (w okolicach roku 2009), kiedy stoner rock zawładnął wyobraźnią wielu niekoniecznie początkujących muzyków, którzy nagle postanowili porzucić dotychczasowe granie i zająć się pustynnym brzmieniem. Trend był ogólnokrajowy, a w Trójmieście coraz większą liczbę fanów zyskiwały Broken Betty czy Psychollywood. Szybko okazało się jednak, że to ślepa uliczka, a wierność gatunkowym ramom oznaczała nagrywanie nieustannie tego samego albumu. Broken Betty przemieniło się w działające poza schematami Ampacity, a Jan Galbas, jego współtwórca, założył wraz z między innymi Konradem Ciesielskim (perkusistą Blindead oraz Tranquilizer) sięgające do zarania rockowych dziejów Octopussy.

Gdyńska kapela brzmi jakby pochodziła z południa Stanów Zjednoczonych, a nie z północy Polski, a w dodatku jakby tworzyła w latach 70., a nie w 2017 roku. Blues, rock'n'roll, Black Sabbath, Led Zeppelin - to wszystko pobrzmiewa w "Dwarfs & Giants", ale nie tyle jako głos z przeszłości, co jako parafraza jego przesłania dopasowana do współczesnych czasów. Nie mogło być zresztą inaczej, skoro materiał zarejestrowano w Highwave Studio, pod czujnym okiem Jana Galbasa, już nie wokalisty Octopussy, ale wciąż przyjaciela zespołu.

Funkcję wokalisty przejął Jan Babiński, o którym bez przesady można napisać, że ocalił grupę od rozwiązania się. Do śpiewania w tej konwencji trzeba posiadać specyficzną barwę głosu, a znalezienie kogoś spełniającego kryteria okazało się zadaniem niełatwym. Z pomocą przyszedł jednak przypadek - Konrad Ciesielski natknął się na ulicznego grajka na Monciaku, zaprosił go na próbę i tak już zostało. Słuszność tej decyzji jest niepodważalna, wystarczy przesłuchać singlowe "Birdman" (swoją drogą świetna, przebojowa kompozycja), by pokochać nowe Octopussy z nie mniejszą siłą, niż kochało się stare Octopussy, ale istnieje także druga strona medalu - Babiński jest w tym utworze ukryty pod efektami oraz chórkami, nie ukazuje swojego głosu w pełni.

Robi to dopiero w trzecim utworze na krążku "Run From The Raging Mob" i chociaż natychmiast wywołuje skojarzenia z wyluzowanym, inhalującym papierosowy dym Big Lebowskim, momentami można odnieść wrażenie, że aż za bardzo chce wykazać się wokalnymi umiejętnościami (zwłaszcza we fragmencie a cappella), ocierając się tym samym o manieryzm. Te kilkusekundowe słabości nie mogą jednak popsuć ogólnego wrażenia po przesłuchaniu "Dwarfs & Giants", które dobitnie pokazuje, jak bardzo hasło "rock is dead" nie przystaje do rzeczywistości. Może faktycznie najbardziej dochodowym gatunkiem stał się hip-hop, niemniej półwieczna tradycja wciąż potrafi ożywać z zaskakująca świeżością.

W przyszłym roku do kin trafi nowa odsłona filmu "Halloween". Jego twórcy zapowiadają, że będzie to bezpośrednia kontynuacja klasyku Johna Carpentera pomijająca wydarzenia z pozostałych dziewięciu części. Z Octopussy jest podobnie, tworzą z pominięciem nowych zjawisk, ale nie hołdując czy tym bardziej kopiując, lecz dopisując ciąg dalszy do wiekowej już historii.





Różni Wykonawcy - "Przeżyj święta" (Na Siano Records)



Na zakończenie świąteczna składanka z tytułem w trybie rozkazującym. Grudniowe święta mają tyle samo zwolenników, co przeciwników, ale "przeżycie" tego okresu nie zawsze musi przypominać sceny z "Cichej nocy" Piotra Domalewskiego czy tym bardziej kadry z "Kevina samego w domu". Przeżycie świąt może być natomiast znacznie trudniejsze od strony muzycznej, bo o ile "Last Christmas" stało się elementem równie istotnym, co choinka czy czerwony barszcz, o tyle w polskiej twórczości sięganie po świąteczny wątek niemal zawsze kończy się dotkliwą porażką.

Trójmiasto już raz przygotowało alternatywę dla komercyjnego podejścia do tematu kolęd. W 2006 roku ukazał się album "Qlendy", gdzie między innymi Tomek Lipnicki z Illusion i Lipali odśpiewał "Gdy śliczna panna". Propozycję Na Siano Records (jeżeli pomylicie z Nasiono Records, to tak jakbyście nie pomylili - za obydwoma przedsięwzięciami stoją te same osoby) wyróżniają natomiast od początku do końca autorskie kompozycje na różne sposoby nawiązujące do gwiazdkowego nastroju.

Mamy tu utwory nowe (na przykład "Blue Xmas" zarejestrowane podczas ubiegłorocznych warsztatów Pure Phase Ensemble) oraz starsze ("Śnieżny Waltz" Pancernych Rowerów powstał w 1994 roku); są takie, które bezpośrednio nawiązują do świąt ("Magia świąt" albo "Wszędzie śnieg") i takie, gdzie świąteczna jest jedynie atmosfera ("Dawid" Projektu Poezja Kulturystyczna). Różnorodność to siła tego albumu, sprawia, że owszem, słucha się go dobrze na początku grudnia, ale jestem pewien, że za pół roku doznania będą identyczne.

"Przeżyj święta" to kompilacja łatwych i przyjemnych piosenek, przy których śmiało można zasiadać do wigilii, ale można także zadać sobie wysiłek wsłuchania się i odkryć znacznie więcej walorów. Jeżeli macie dosyć tej samej płyty (czy nawet kasety) wyciąganej rok w rok przez babcie i ciotki, koniecznie powinniście uzbroić się w tę pozycję.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (23)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

13

grudnia

Actus Humanus Gdańsk,

14

grudnia

Cohen i Kobiety Gdynia, Gdynia Arena

15

grudnia

Steve Hogarth Gdańsk, Stary Maneż

Kultura

Teatr Miejski w Gdyni zostanie przebudowany
Teatr Miejski w Gdyni do przebudowy
Erwin Schrott uwiódł słuchaczy swoim śpiewem
Erwin Schrott uwiódł słuchaczy śpiewem

Kulinaria

Szef kuchni z gwiazdkami Michelin otworzy lokal w Gdańsku
Szef z gwiazdkami Michelin w Gdańsku
Alternatywny jarmark gwiazdkowy z rękodziełem i piwem
Alternatywny jarmark gwiazdkowy

Planuj z nami tydzień

Wygraj bilety,
sprawdź nasze konkursy

    Najczęściej czytane