Wiadomości

Trójmiejska historia "Sztosów", czyli zabawa z cinkciarzami

artykuł historyczny
Cezary Pazura gra w ruletkę z Nikodemem "Nikosiem" Skotarczakiem w kasynie Jackpol na bankiecie podczas Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni, 1996 rok.
Cezary Pazura gra w ruletkę z Nikodemem "Nikosiem" Skotarczakiem w kasynie Jackpol na bankiecie podczas Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni, 1996 rok. fot. Maciej Kosycarz/KFP

W cyklu "Filmowe Trójmiasto" tym razem przyglądamy się, jak zręczne ręce i szybkie nogi mieli bohaterowie komedii Olafa Lubaszenki "Sztos" i "Sztos 2". Kinowa opowieść o cinkciarzach to podróż w czasie do Trójmiasta przełomu lat 70. i 80. z doborową obsadą, kultowymi tekstami, a nawet prawdziwym gangsterem na ekranie. W poprzednim odcinku pisaliśmy o lokalnych wątkach w "Żonie dla Australijczyka", a w kolejnym zdradzimy, co łączy Gdynię i "M jak miłość".



"Kto raz oszukał, kto raz choć był uczciwy, Na sztos rzuciliśmy swój życia los, ludzie żywi" - śpiewał w 1997 roku Kazik, a na ekrany kin wchodziła właśnie kultowa, jak się później okazało, komedia Olafa Lubaszenki "Sztos". Opowieść o trójmiejskich cinkciarzach, autorstwa jednego z nich - Jerzego Kolasy - choć biografią nie jest, to ludzie żywi jak najbardziej się w niej przewijają. Znamienny bowiem jest napis pojawiający się na końcu filmu: "Wszystkie postacie przedstawione w filmie są fikcyjne. Z wyjątkiem kilku". Więcej niż kilka było natomiast trójmiejskich akcentów.

Sztos made in Budapeszt
Sztos, czyli szybki numer, przekręt stosowany przez cinkciarzy, którzy szczególnie w latach 70. i 80. zajmowali się nielegalną wymianą waluty. Zanim proceder stał się popularny w Polsce, większość spekulantów uczyła się fachu na ulicach Budapesztu. Było tam więcej turystów dysponujących większymi pieniędzmi, a w ślad za tym szły większe zyski samych cinkciarzy. W ten sposób dorabiał też Jerzy Kolasa - człowiek z Trójmiasta, który kilkanaście lat później w formie filmowego scenariusza opisał barwny świat szulerki, ulicznych cwaniaków i przekrętów z dużą kasą w tle. I tak swoją przygodę ze "Sztosem" rozpoczęli Synek (Cezary Pazura) i Eryk (Jan Nowicki).

Pazura i Nowicki jak Redford i Newman
Właśnie relacja pomiędzy dwójką przyjaciół jest główną osią, wokół której Kolasa stworzył fabułę pierwszego "Sztosu". Synek - niecierpliwy uczeń, opuszczający więzienne mury młokos, który gardzi pracą w stoczni i wybiera uliczny biznes. Eryk - mentor, cinkciarski karierowicz, hedonista łatwo zarabiający i wydający krocie pieniędzy. Podobieństwo do oscarowego "Żądła" aż nadto wyczuwalne, choć skala oczywiście już nie ta. Wybór tak skonstruowanych postaci przypadkiem nie był:

- Najlepiej pisze się o tym, co się zna. Same postaci były częściowym odwzorowaniem mnie samego - Synek był moją młodszą wersją. Eryk starszą. Podobnie jak robi to w filmie Nowicki, tak ja narzekałem głównie na jedzenie i opieprzałem obsługę. Po co wymyślać osobowości, jak można oprzeć się na własnym charakterze - tłumaczy Jerzy Kolasa.
Jak debiutant z debiutantem
Gdy postaci znalazły się na papierze, trzeba było jeszcze znaleźć sposób, by zaadaptować bohaterów i historię na filmową taśmę. Tak, jak niespodziewanie się pojawił, tak i niespodziewanie pomysłem zainteresował się Olaf Lubaszenko - aktor z dorobkiem, ale w połowie lat 90. reżyser - tylko w zamysłach.

- Miał chyba 28 lat, jak go poznałem. Siedziałem z kolegą pod "Non Stopem" [dyskoteka w Sopocie - przyp. red.], a Olaf akurat przechodził. Mówię do kolegi: "Poznaj mnie z nim". Podszedłem, przedstawiłem się, powiedziałem co i jak. Umówiliśmy się, przyniosłem scenariusz, wziął, poszedł na plażę, przeczytał. Bardzo mu się spodobał. No to ja się pytam, kto mógłby to wyreżyserować. A on mi na to: "Nie znam takiej osoby. Wszyscy to spieprzą". Na szczęście sam Olaf myślał nad debiutem reżyserskim - dodaje Kolasa.
Początkowo duet głównych bohaterów mieli tworzyć Lubaszenko i Janusz Gajos. Pierwszy z nich wylansował jednak Pazurę jako bardziej odpowiedniego do roli Synka. Gajosa zastąpił z kolei Jan Nowicki. Aktora osobiście mieli namawiać Lubaszenko i Kolasa, którzy wybrali się do Krakowa z adekwatnym do wagi rozmów trunkiem. Nowicki z uśmiechem na ustach wypalił jedynie, że nie po takich aktorach jak Gajos przyjmował rolę.

U Fikasa jak w Grand Hotelu
Historia, choć osadzona nie tylko w Trójmieście, ale m.in. na Mazurach, a w drugiej części również w Zakopanem, Krakowie i Warszawie, krążyła wokół dobrze znanych mieszkańcom Trójmiasta miejsc. Wielokrotnie w obu produkcjach przewija się sopocki Grand Hotel. W "Sztosie 2" to właśnie tam następuje tytułowy numer dokonany na ubekach (jednego z nich zagrał Bogusław Linda, również przymierzany do "jedynki"). Miejscem finałowego sztosu w pierwszej części był z kolei jeden z gdańskich banków.

Przewijały się też lokale doskonale znane cinkciarzom i miłośnikom gier hazardowych. Oprócz kasyna w "Grand Hotelu", jednym z takich miejsc była także karciana melina u Fikasa (w filmie u Midasa) w miejscu dzisiejszej restauracji "Pinokio" w Sopocie. Pomimo zupełnie odrębnych standardów lokalowych, oba miejsca łączyły niebotyczne ceny... posiłków i wódki. W kłębach gęstego dymu aż do rana grano w pokera, czternastkę i derdę. Na ekranie obu części "Sztosu" widzowie zobaczą też m.in. dworzec w Sopocie, most w Tczewie, ulicę Orłowską w Gdyni i okolice restauracji "Skorpion" czy fragmenty ulicy Kordeckiego w Sopocie.

Sztos na widzach
Twórcy filmu, niczym rasowi cinkciarze, potrafili także z premedytacją oszukiwać oko widza. Część sopockich willi i wąskich uliczek odgrywały warszawskie plenery i tamtejsze kamienice. Na jednym z ujęć widoczny jest nawet fragment napisu na ścianie honorujący gracza warszawskiej Legii, Lucjana Brychczego (w Trójmieście byłoby to mało możliwe). Mazury natomiast, na które rzekomo wybierają się w pierwszej części Eryk i Synek, w rzeczywistości imitowały plenery Pułtuska.

Spóźniony gangster
"Sztos" to nie tylko miejsca, ale też - jak śpiewał wspomniany na początku Kazik - ludzie żywi. Jednym z nich był Nikodem Skotarczak, ps. "Nikoś". Trójmiejski gangster, który zaczynał od bramki "U Maxima" w Gdyni, zanim zajął się m.in. przemytem kradzionych samochodów, podobnie jak bohaterowie "Sztosu", imał się cinkciarstwa. Również dla niego znalazło się miejsce w scenariuszu Kolasy, choć wyszedł z tego tylko kilkusekundowy epizod.

- "Nikoś" miał zagrać większą nieco rólkę, ale spóźnił się na plan (śmiech). Miał obstawiać w kasynie przy stole, nawet coś tam wypowiedzieć. Ale nie przyszedł. Wiadomo, filmy kręci się od rana, nawet od godz. 7. "Nikoś" przyszedł dopiero około 13-14 i na szybko zlepiliśmy mu jakąś sekwencję. Czysta improwizacja. Patrzył tylko pod nogi, żeby się w kable nie zaplątać. Barwna postać. Pamiętam, jak z dużą ciekawością patrzyli na niego aktorzy. A i on chciał się ogrzać w ciepełku gwiazd. Takie obustronne przyciąganie było - wspomina Kolasa.
Rok po premierze "Sztosu" Skotarczak już nie żył. Zginął zastrzelony w agencji towarzyskiej "Las Vegas" w Gdyni, gdzie wypoczywał po całonocnej libacji w restauracji "Marco Polo".

Cinkciarz niekoniecznie na wymarciu
Z pewnością żaden z widzów nie chciałby paść ofiarą Synka czy Eryka. Nie ustrzegł się tego jednak pewien mężczyzna, który po powrocie z Norwegii chciał w Gdyni wymienić na złotówki 21 tysięcy koron. Zamiast oczekiwanych pieniędzy musiał jednak zadowolić się... garścią zdenominowanych banknotów. Metoda "na rulon", jak się okazało, nie przeszła wcale do lamusa. Ciekawe, ile razy "Sztos" obejrzał gdyński cinkciarz. Bo poszkodowany zdaje się, że na komedię Lubaszenki nie zdążył, na swoje nieszczęście, się załapać.

"Czasami nie wiedzieliśmy, co kręcimy". Rozmowa z Jerzym Kolasą, autorem scenariuszy do "Sztosu" i "Sztosu 2".

- Pisząc "Sztos" nie miał pan wielkiej wiedzy na temat, jak to zrobić, a jednak się udało.
- Podglądałem innych. Za komuny było co oglądać. Były polskie filmy, były francuskie, włoskie. Teraz mamy w większości amerykańskie. Wiedziałem po prostu, jak ma się to potoczyć, bez żadnych ram, narzuceń, ograniczeń.
- Długo pracował pan nad tym pierwszym scenariuszem? Siadł pan od razu i jakoś poszło, czy to był raczej mozolny, długotrwały proces?
- Parę miesięcy. Nie wierzę w to, żeby ktoś, kto nigdy nie pisał, od razu napisał cały. Pierwsze próby były po to, by zobaczyć, co jest źle. To, co już się nadawało na cokolwiek, dawałem do sprawdzenia pewnej dziewczynie po polonistyce. Dawała mi raz po raz kolejne rady, a ja zaczynałem pisać od początku, ale już z większą świadomością tego, co robię. Później, jak pracowałem z Lubaszenką, były kolejne zmiany w scenariuszu.
- Było miejsce na improwizację podczas kręcenia filmu?
- Zacznijmy od tego, że ja byłem cały czas na planie. A to normalne nie jest. To często reżyser pilnuje aktorów, dialogów, całej wizji. W przypadku "Sztosu" myślę, że gdyby nie moja obecność i pomoc na miejscu, ten film mógłby nie powstać. Aktorzy często, z powodu slangu, nie wiedzieli co mówią, nie znali sztuczek, nie do końca orientowali się w tym świecie, który ja znałem od podszewki.
- Sam pomysł "Sztosu" wyszedł przecież wprost z ulicy.
- No tak, film na podstawie własnych doświadczeń. Najlepiej pisze się o tym, co się zna. Same postaci były częściowym odwzorowaniem mnie samego - Synek był moją młodszą wersją. Eryk starszą. Podobnie jak robi to w filmie Nowicki, tak ja narzekałem głównie na jedzenie i opieprzałem obsługę. Po co wymyślać osobowości, jak można oprzeć się na własnym charakterze.
- Jak w ogóle na pana drodze pojawił się Olaf Lubaszenko?
- Szukałem kogoś, kto zainteresowałby się tym scenariuszem. Pierwszy był Machulski. Ale on pracował w tym czasie nad "Kilerem" i głównie mi tylko doradzał. Chociaż później przyznał mi, że nie wyczuł potencjału i żałował, że wypuścił ten film z rąk.
- Lubaszenko nie żałował.
- No pewnie nie. Miał chyba 28 lat, jak go poznałem. Siedziałem z kolegą pod Non Stopem, a Olaf akurat przechodził. Mówię do kolegi: "Poznaj mnie z nim". Podszedłem, przedstawiłem się, powiedziałem co i jak. Umówiliśmy się, przyniosłem scenariusz, wziął, poszedł na plażę, przeczytał. Bardzo mu się spodobał. No to ja się pytam, kto mógłby to wyreżyserować. A on mi na to: "Nie znam takiej osoby. Wszyscy to spieprzą". Na szczęście sam Olaf myślał nad debiutem reżyserskim. Zadzwonił od razu do Pazury. Ja chciałem Lubaszenkę jako Synka i Gajosa jako Eryka. Olaf przekonał mnie, że lepszym wyborem zamiast niego będzie Pazura. Gajos też nie wypalił. Chyba rok z nim próbowaliśmy, ale cały czas coś mu wypadało. Olaf chciał Lindę. Mi nie pasował. Nie to, że zły aktor, ale po prostu za mała różnica wieku była między nim a Pazurą. Pojechaliśmy w końcu do Janka Nowickiego do Krakowa. Wzięliśmy flaszkę (śmiech). Nowicki naszą propozycję skwitował tylko słowami: "Nie po takich aktorach rolę brałem. Dawać mi to".
- Jak wyglądała współpraca z całą ekipą aktorską i reżyserską przy obu filmach?
- Było tak wesoło, że niektórzy momentami nie wiedzieli, co jest kręcone (śmiech). Były takie dni, że reżyser nie nadawał się do pracy, albo aktorzy, albo operator.
- To chyba długo kręciliście?
- Po prostu była wesoła zabawa. Kręciliśmy w Sopocie, Gdańsku, Pułtusku i Warszawie. Wszędzie bawiliśmy się wyśmienicie. Mieliśmy taką zabawną sytuację przy "dwójce", kiedy Szyc mówi: "Panowie, ja tyle słyszałem, że się dobrze bawiliście, a wy nic teraz nie pijecie!" (śmiech) No cóż, sporo lat upłynęło, forma już nie ta, żeśmy się zestarzeli i nie te zdrowie.
- Pamięta pan inne ciekawe anegdoty z planu?
- Sporo ich było. Chyba wszystkie nie nadają się do druku (śmiech). Pamiętam, że takim naszym przewodnikiem, wodzirejem i duszą towarzystwa był Leon Niemczyk. On był niesamowity. Jak spotykaliśmy się ekipą, to oglądaliśmy mecz, po meczu jakaś wódeczka i lżejsze rozmowy, żarty. To był żywioł Niemczyka. W tym był niezastąpiony. Jak tylko ktoś się próbował mu wciąć w słowo swoim żartem, ten błyskawicznie go gasił i opowiadał dalej. Jedynie Pazura dawał radę wcinać się Niemczykowi. Głównie dzięki swojej sile przebicia i temu, że dobrze opowiadał kawały.
- Ma pan jakąś ulubioną scenę?
- Ciężko powiedzieć. Dobrze wspominam scenę gry w karty na początku drugiej części. Może dlatego, że musiałem bardzo dokładnie i szczegółowo czuwać nad wszystkimi trikami i pilnować podmianek. Bardzo fajnie ta scena wyszła i świetnie oddawała klimat karcianego oszustwa. W innych filmach nie zawsze to tak wychodzi.
- Nad trzecią częścią pan się zastanawia?
- Gdyby "dwójka" lepiej się sprzedała, to pewnie trzecia część byłaby gotowa. Ale nie sprzedała się dobrze. Może ludzie liczyli na więcej.
- A pan liczył na więcej?
- Pewnie, że tak. Chyba jak każdy, kto kręcił ten film. Muszę jednak przyznać, że oglądałem "dwójkę" chyba więcej razy niż "jedynkę" i nie mam absolutnie żadnych pretensji do nikogo. Ani do reżysera, ani do aktorów, ani montażystów. No coś nie wypaliło. Może to nie był dobry sztos.

Opinie (41) 2 zablokowane

  • Trójmiasto (1)

    jako najlepsze miejsce do mieszkania w kraju zawsze przyciągało elity i salony.
    Cieszmy się, że my tu a inni męczą się w szarych i smutnych miastach goniąc za srebrniakami.
    Miłego popołudnia

    • 83 12

    • jesteś nadętym bufonem i idiotą "potocki"...

      bujaj się frajerze...

      • 3 20

  • Pierwsza czesc (2)

    można od biedy powiedzieć ze jest "kultowa" (to teraz takie modne określenie przecież)

    Sztos 2 to kompletne nieporozumienie...

    • 92 10

    • Sztos 2 był po prostu inny.

      Zanim obejrzałem "2" po wielu latach od premiery, to wszyscy mówili, że słaby... a ja obejrzałem go ze 2-3 razy i też uważam go za bardzo dobry, choć "1" była od początku kultowa. No tak to bywa!

      • 11 7

    • Szyc i Linda spaprali Sztos 2. Miernoty jedne.

      • 4 0

  • (4)

    Legend o cinkciarzach trzeba szukać w nowym porcie.

    • 48 7

    • albo w starym porcie

      • 3 5

    • Gdynia, same centrum Abrahama (1)

      Nie ide na przekor, pl prostu pisze gdzie byli u nas

      • 6 0

      • jak byli? przecież dalej tam są :) a ulica kantorowa to z czego niby?

        • 1 0

    • i

      Na Długiej.

      • 1 0

  • (1)

    oglądałem chyba 20 razy, ale część pierwszą, super film do dziś w moim towarzystwie rzucamy tekstami z tego filmu.

    • 35 5

    • Było wleczone Andrzeju :)

      • 9 3

  • pierwszy sztos

    To film kultowy drugi to syf straszny

    • 50 2

  • Cezary Pazura z lat 90 i obecny to 2 różne światy (3)

    w latach 90 Pazura był niesamowitym aktorem, z bardzo dobrymi rolami na koncie (Kroll, Psy, Pierścionek z orłem w koronie, Sztos, Nic Śmiesznego, Tato). Obecnie ja tego talentu już nie widzę. Jest nijakość z jego strony.Szkoda bo to był wielki aktor, teraz jest co najwyżej przeciętny. Nawet jak gra to właściwie nie zostaje to w pamięci.

    • 51 2

    • (1)

      Wtedy grał naturalnie. Nie spinał się i nie zaczesywał zakoli...

      • 16 1

      • Nie próbował udawać polskiego Jima Carrey

        • 22 1

    • dopiero zaczynał wąchać wtedy...

      lata wąchanka :)

      • 10 1

  • Drugi "Sztos " zepsuł kompletnie Borys Szyc (2)

    Dać rolę cinkciarza gościowi o fizjonomii i zachowaniu traktorzysty z PGR-u to był podstawowy błąd.Dałby radę Dorociński czy Kot ale nie tamten gość. Ciepłe kluchy ,a nie facet z półświatka.....

    • 88 4

    • Linda popsuł. Linda jest strasznie sztucznym aktorem.

      • 14 18

    • macie rację, Szyc i Linda spaprali ten pomysł.

      • 4 0

  • gdzie wypoczywał po całonocnej libacji w restauracji "Marco Polo"...

    no wlasnie. o nikosia tamtejszym solenizancie trzeba film zrobic. "kura" sie wyrobil ;)

    a tak poza tym, to sztos 1 ogladam bardzo chetnie. nabalowalo sie w tamtych czasach miedzy tymi dzisiejszymi biznesmenami i scenarzystami. wczoraj przypadkowo w hamburgu spotkanie, a 2 dni pozniej w non stopie np.

    teraz czas na filmy o tych pozniejszch, prawdziwych przekretach, bo te ze sztosu to do nich jak kindergarten ;)

    • 23 4

  • Romantyczna bajeczka (6)

    dla grzecznych dzieci. kto chce niech wierzy. ciekawe skąd taki zwykły klepacz wiedział jaki jest aktualny kurs tej czy innej waluty na rynku? Przecież nie dzwoniono z miasta do miasta i nie ustalano codziennie kursów a i w DTV o tym nie mówiono. Pomimo to kurs we wszystkich miastach w Polsce był jednakowy mało tego w każdym miejscu w Europie gdzie można było dokonać wymiany był taki sam jak w Polsce..Spryciarze którzy zakładali frajerom wałek w hotelowym sr*czu kończyli szybko na Singu lub w gorszym przypadku karmili ryby pływając jak butelki po Zatoce. Oczywiście tylko wtedy kiedy nie mieli odpowiedniej ochrony która zapewniała względną bezkarność. Ale wtedy trzeba było pisać długie i wyczerpująco dokładne sprawozdanie i popisywać się elokwencją przed "smutnymi panami" No i te sumy jakie padają w filmowych dialogach, trzeba podzielić dobrze jak przez dziesięć. Jak takiemu klepaczowi udało się puknąć frajera na sto czy dwieście markasów to stawiał klocka ze szczęścia. Zacharski po wymianie na jakiegoś amerykańskiego szpiona wrócił do PRL w końcu lat osiemdziesiątych i został szefem Pewexu powiedział w jednym z wywiadów że w czasie kiedy pełnił tą funkcję Pewex uzyskiwał około 380-ciu zezwoleń dewizowych w ciągu roku, każde na sumę ok. 70ciu tyś dolarów 200tyś. marek itp.Ten szmal wędrował do banków szwajcarskich i dalej. Pan Kolasa dobrze by zrobił gdyby powiedział jakim to sposobem zapewnił sobie wieloletnią bezkarność i którzy to z Jego znajomków poszybowali wysoko aż na szczyty władzy. Zamiast opowiadać miłe bajki. No ale o tym sza sza sza.

    • 43 10

    • (2)

      To była mafia trzepakowa jak to później opisał świadek koronny Masa, wszyscy chodzili na smyczy służb i udawali gangsterów , łupami musieli się dzielic a potem gdy wydawało im się, ,ze są gangsterami zostali zlikwidowani

      • 20 2

      • Bzdury piszesz

        Nie żadna mafia trzepakowa ,tylko cwaniacy posrednio kontrolowani przez odpowiedni resort, celem wiekszego wpływu waluty zachodniej do bankrutującego PRL.Przy okazji konfidenci( choć nie vwszyscy)

        • 13 6

      • Masa to opowiada bajeczki byleby książka sie sprzedawała.

        • 13 4

    • lg1945

      Chłopie pojęcia nie masz co się działo bez obrazy ktoś bajek Ci naopowiadał hehe

      • 3 8

    • kolasa sb? czy konfik?

      • 8 1

    • bajeczka?

      O jakiej bezkarności mowa?Pan Kolasa odsiedział w pudle 8 lat. Jeśli ma znajomków na szczytach władzy, to tylko w świecie przestępczym. Nie masz żadnego pojęcia o tym, o czym piszesz, bo akurat Sztos to wierny dokument tamtych czasów. A sugerowanie, że wszyscy wajchowicze byli konfidentami...żałosne...no cóż, każdy sądzi według siebie.

      • 2 1

  • Uważne oko

    zauważy również na początku pierwszej części rekowską górkę, jeszcze jednopasmową. Czyli jakieś 200 dachowań temu

    • 14 0

1

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

04

grudnia

04

grudnia

08

grudnia

45. Festiwal Polskich Filmó... Gdynia, Gdyńskie Centrum Filmowe

Kultura

Kulinaria

Jedzenie do domu: testujemy słoiki z restauracji
Jedzenie do domu: testujemy słoiki

    Najczęściej czytane

    Sprawdź się

    Centrum św. Jana pełni również funkcje: