Wiadomości

stat

Mała Gigantka i duża Idolka: rozśpiewane aktorki z Gdyni

Julia Totoszko z mamą Martą Smuk. Obie grają na dużej scenie Teatru Muzycznego w Gdyni.
Julia Totoszko z mamą Martą Smuk. Obie grają na dużej scenie Teatru Muzycznego w Gdyni. Fot. Maciej Czarniak / trojmiasto.pl

Mimo odmiennej urody, są jak dwie krople wody. Uśmiechnięte, otwarte, wrażliwe i szalenie zdolne. Oprócz więzów krwi i przyjaźni, łączy je pasja: miłość do teatru. 10-letnia Julia Totoszko, córka aktorki Teatru Muzycznego w Gdyni, Marty Smuk oraz wokalisty Mariusza Totoszko idzie w ślady mamy. Pomaga jej w tym talent, którym miała okazję błysnąć podczas popularnego telewizyjnego show "Mali Giganci" oraz w musicalu Janusza Józefowicza "Piotruś Pan".



Jak dwie krople wody

Aparycją Julia nie przypomina swojej mamy. Drobna, filigranowa blondynka o delikatnych rysach mocno odbiega typem urody od ciemnowłosej Marty Smuk o pełnych ustach i dużych oczach. Chociaż na pierwszy rzut oka są zupełnie inne, w gruncie rzeczy mają dużo wspólnego: głos jak dzwon i talent aktorski. Jedna i druga kocha scenę i nie wyobraża sobie życia bez teatru. Obie debiutowały w Teatrze Muzycznym w Gdyni: Marta w wieku 19 lat rolą czarnoskórej Dione w musicalu "Hair", z kolei Julia jako 3-latka zagrała małą Havelę w "Skrzypku na dachu".

- Chciałabym tak jak mama zostać aktorką musicalową. Marzę o dobrej szkole aktorskiej i pracy w Teatrze Muzycznym. Etat miałam już prawie jak w banku - śmieje się Julia Totoszko.
- Z tym zatrudnieniem Julii wiąże się zabawna historia sprzed kilku lat, kiedy dyrektorem Teatru Muzycznego był Maciej Korwin. Na konferencji prasowej do "Shreka" Julia wyznała, że chciałaby dostać etat w Teatrze Muzycznym. Korwin obiecał, że będzie o niej pamiętał, jeśli tylko będzie żył. I kiedy podzieliłam się w domu smutną wiadomością o śmierci pana dyrektora, Julia zapytała mnie: "Mamusiu, to kto mnie teraz zatrudni?". W tej przykrej sytuacji bardzo nas to rozśmieszyło - wspomina Marta.
Dziś 10-letnia Julia doskonale wie, że na etat w teatrze trzeba zasłużyć. Podglądając mamę w czasie przygotowań do spektakli widzi, ile wysiłku, czasu i zaangażowania potrzeba, aby zaistnieć na scenie.

Teatr to ich drugi dom

Kiedy dzieci biegały po podwórku, Julia bawiła się za kulisami teatru, buszowała w garderobach, zaglądała we wszystkie kąty ukryte za wielką kurtyną. W teatrze spędzała całe dnie, towarzysząc mamie w przygotowaniach do musicali.

- Za każdym razem, kiedy wychodziłam na próby, pytałam Julię, czy chciałaby iść do koleżanki lub do kina. Ale ona zawsze protestowała. Nieważne było, czy to próba czytana, czy próba reżyserska - córka szła ze mną, siadała na widowni i obserwowała - mówi Marta Smuk. - Teatr to jej naturalne środowisko, ona czuje się tu bardzo swobodnie.
Dziewczynka wychowała się na deskach teatru. Od najmłodszych lat nasiąkała atmosferą pracy artystycznej, w błyskawicznym tempie oswoiła się ze sceną.
Gdy dowiedziałam się o castingu do "Piotrusia Pana", od razu wiedziałam, że chcę spróbować. Zaśpiewałam i zatańczyłam w duecie z kolegą (...). Janusz Józefowicz powiedział, że w naszym wieku nie był gotowy na scenę jak my, więc był to dla mnie wielki komplement


- Kiedy Julia miała 3 lata, reżyser Jerzy Gruza zaproponował, aby zagrała w "Skrzypku na dachu". Zgodziłam się. Zagrała dziewczynkę z miasta. To było duże wyzwanie dla tak małego dziecka, zwłaszcza że spektakle grane są wieczorową porą. Między pierwszą a końcową sceną córka zasypiała w garderobie, dziewczyny przykrywały ją kocem, po czym po około 2 godzinach zrywała się na równe nogi na finał. Zawsze prosiła, aby obudzić ją na ukłony - wspomina z uśmiechem Marta.
Kiedy Julia stanęła po raz pierwszy przed wielką widownią, znała już doskonale teatr od kuchni. U boku mamy i jej siostry, także aktorki oraz dzieci cioci, które zagrały w "Skrzypku", miała łatwiejszy start. W kolejnych spektaklach pojawiała się także w towarzystwie mamy. W wieku 5 lat grała w "Shreku" Fionę, a mama Smoczycę. Ostatnio wystąpiły razem w produkcji "Piotruś Pan": Julia jako Wendy, a Marta jako żona wodza Indian, mama Tygrysiej Lilii.

- Gdy dowiedziałam się o castingu do "Piotrusia Pana", od razu wiedziałam, że chcę spróbować. Zaśpiewałam i zatańczyłam w duecie z kolegą i chyba zrobiliśmy duże wrażenie na reżyserze. Janusz Józefowicz powiedział, że w naszym wieku nie był gotowy na scenę jak my, więc był to dla mnie wielki komplement.
Rola Wendy, w jakiej obsadzono Julię Totoszko, wystawiła dziewczynkę na dużą próbę. Przygotowania do premiery trwały kilka miesięcy. Dzieci spotykały się w każdy weekend i ćwiczyły wokal oraz grę aktorską.

- Znając potencjał córki, wiedziałam, że dobrze będzie się czuła w tej roli i świetnie sobie z nią poradzi. Julia jest opiekuńcza, troskliwa, wrażliwa, dobrze ułożona, wystarczyło, aby wyszła na scenę i była sobą - kwituje mama.
Dzieło Janusza Józefowicza okazało się wielkim przeżyciem dla obydwu. Dla Julii było niemałym wyzwaniem, by pogodzić próby z obowiązkami w szkole i z zajęciami dodatkowymi, dla mamy, aby stanąć z boku i nie ingerować.

- Nigdy nie widziałam córki w domu ze scenariuszem. Julia nie uczyła się tekstu, ona chłonęła wszystko jak gąbka - wspomina Marta.
- Mama nie angażowała się, bo reżyser zabronił. Dał tylko zgodę, aby poćwiczyła ze mną emisję głosu - mówi Julia.
Zobacz także: Magiczna podróż do Niebywalencji w 3D. O "Piotrusiu Panu" w Teatrze Muzycznym


Próby odbywały się pod presją czasu i były okupione dużym stresem.

- Janusz Józefowicz to bardzo wymagający reżyser. U niego nie ma taryfy ulgowej. Był bezpośredni, rzucał uwagi bez ogródek, traktował dzieci jak dorosłych. Dla części małych aktorów krytyczne słowa były bolesne i trudne do przyjęcia. Na szczęście na Julię działały motywująco, prowadziły ją na dobrą drogę - przyznaje aktorka.
- Mama przygotowała mnie na współpracę z reżyserem. Czasami miałam łzy w oczach po próbach aktorskich, ale nawet w sytuacji kryzysowej nigdy nie chciałam się poddać - wspomina Julia.
Janusz Józefowicz to bardzo wymagający reżyser. U niego nie ma taryfy ulgowej. Był bezpośredni, rzucał uwagi bez ogródek, traktował dzieci jak dorosłych


Krytyka, choć nie była łatwa do przyjęcia, pozwoliła Julii na scenie rozwinąć skrzydła. Julia to dzielna dziewczynka. Z jednej strony wrażliwa i empatyczna, z drugiej uparta i twarda. Na pewno jak na swój wiek jest dojrzała, na scenie matkowała młodszym dzieciom. Podczas premiery wzbudziła zachwyt publiczności.

- Wraz z Piotrem Zamudio, czyli Piotrusiem Panem, Polą i Zuzią tworzymy paczkę. Na znak przyjaźni nosimy specjalne bransoletki. Jesteśmy prawie jak rodzeństwo. W czasie wolnym, między próbami, chodziliśmy razem na obiad, na spacer nad morze, a kiedy próby kończyły się późno w nocy, dzieciaki zostawały u mnie na noc - wyznaje Julia.
Julia czerpie przykład z mamy, a ta idzie przez życie przebojem i śmiało podejmuje wyzwania. Trójmiejska publiczność pokochała Martę Smuk za komiczną kreację Ody Mae Brown w musicalu "Ghost".

Zobacz także: Duch kiczu zagościł w Muzycznym - po premierze "Ghost" Teatru Muzycznego

- Ciężko jest zmierzyć się z tak legendarną postacią jak Whoopi Goldberg. Czarnoskóre kobiety mają spore gabaryty i specyficzne gesty, chodzą z wypiętą pupą, a ja chyba mam w sobie coś z Afroamerykanki. I nie jest to tylko chropowaty głos. Razem z moją siostrą śmiejemy się, że musiałam odziedziczyć coś po naszej prababci, która miała na nazwisko Murzynowska - śmieje się Marta.
Komediową rolą Marta skradła show wszystkim aktorom. Aktorce udało się stworzyć wierną kopię Whoopie, która za drugoplanową rolę w filmie "Duch" otrzymała Oscara od Akademii Filmowej.

- Filmowa Oda miała krzywe nogi i chodziła dość pokracznie. Poprosiłam więc naszą kostiumolog o szczególną atencję w przygotowaniu obuwia. W rezultacie buty miały tak wysoki koturn, że ułatwiły mi zadanie - wyznaje Marta.
Charakteryzacja wyszła rewelacyjnie. Wiele osób myślało, że Marta naprawdę jest czarnoskóra.

- Największym zainteresowaniem cieszył się mój "zadek". Ludzie pytali, czy jest mój, czy wypycham go na potrzeby spektaklu. Ogłosiłam więc kiedyś na Facebooku, że to jest dar natury. Jako nastolatka ukrywałam go za długim swetrem, bo był źródłem kompleksów. Dziś uważam, że to mój atut. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek moja pupa posłuży mi do zbudowania kreacji - śmieje się Marta.
Mała Gigantka i duża Idolka

Julia wyssała talent z mlekiem matki, ale odziedziczyła go także po ojcu Mariuszu Totoszko, który jest wokalistą. Zarówno mama jak i tata startowali w programie "Idol" i  tam się poznali. Marta jako finalistka "Idola", mając duży bagaż doświadczeń, wahała się, czy dać córce zielone światło na udział w programie typu "talent show".

- Julia od dawna marzyła o występie w "Mam talent". Wydawało mi się, że nie była przygotowana na tak dużą dawkę emocji. Obawiałam się także komentarzy, bo przecież nazwisko Julii nie jest w branży anonimowe. Kiedy na wielkim ekranie pojawiła się zapowiedź "Małych Gigantów", temat wrócił jak bumerang. Julia wytrąciła mi z ręki argument pytaniem: "A czy ty, mamo, nie wzięłaś udziału w takim programie?"
I stało się. Julia dołączyła do "Małych Gigantów". Była to dla niej tak wielka frajda, że nie powstrzymała jej nawet choroba.

- Kiedy w trakcie programu Julia zachorowała i po pierwszym odcinku powiedziałam jej, że musimy zrezygnować z dalszej zabawy, wpadła w rozpacz. Błagała mnie, żebym nie zabierała jej z planu. I chociaż serce mi pękało, gdy widziałam jak śpiewa utwór "Happy" resztkami sił, byłam z niej bardzo dumna. Szybki powrót do zdrowia był w dużej mierze zasługą silnej motywacji - mówi mama dziewczynki.


Zobacz występy Julii Totoszko w Małych Gigantach

Mimo że program spotkał się z falą krytyki ze strony widzów, rodzice Julki dostrzegli sporo pozytywów.
Julia od dawna marzyła o występie w "Mam talent". Wydawało mi się, że nie była przygotowana na tak dużą dawkę emocji. Obawiałam się także komentarzy, bo przecież nazwisko Julii nie jest w branży anonimowe


- Byliśmy sceptyczni, ale dzięki spotkaniu z zawodowcami Julia wiele się nauczyła. Środowisko show-biznesu nie jest łatwe, więc udział w takim programie pozwolił ocenić, czy dziecko ma szansę odnaleźć się w tej branży. Julia miała okazję poznać nie tylko blaski, ale też cienie pracy z gwiazdami.
W szkole idzie jej śpiewająco

Na swój sukces Julia ciężko pracuje. Uczy się w piątej klasie szkoły podstawowej numer 7 na Witominie w Gdyni. Po lekcjach, 3 razy w tygodniu po 4-5 godzin ćwiczy w szkole tańca.

- Próbowałam hip-hopu i baletu, ale wybrałam w rezultacie taniec towarzyski. Marzę o kontynuowaniu tańca współczesnego. Przez chwilę miałam okazję szkolić się w tym stylu tanecznym i bardzo mi się podobał, bo pozwalał pokazać emocje. Taniec jest ważny dla mnie. Musical potrzebuje przecież nie tylko dobrej gry aktorskiej i świetnego wokalu, ale także ruchu i koordynacji - mówi młoda aktorka.
Pierwsze kroki Julia stawiała w szkole Wigor w Gdańsku. Umiejętności zdobywała pod okiem trenera Jerzego Kamieńskiego. Dziś jest już w klasie E, jeździ na turnieje i zdobywa medale.

- Córka uwielbia taniec, to jedna z jej kilku pasji. Jest w tym dobra, wspieramy ją, bo angażuje się w to całą sobą.
- Rodzice mówią, że szkoła jest najważniejsza. Gdybym się opuściła w lekcjach, trzeba by było zwolnić tempo, żeby więcej czasu było na naukę. Na razie dobrze mi idzie, w czwartej klasie miałam świadectwo z czerwonym paskiem i mam nadzieję, że w tym roku będzie tak samo.
Gdy dziewczynka miała 5 lat, uczęszczała do szkoły muzycznej. Przez półtora roku uczyła się gry na skrzypcach.

- To była masakra - mówi Julia. - Nie znosiłam tego instrumentu.
- Choć widziałam, że ona ma pociąg do muzyki, nie zmuszałam jej do tych lekcji, skoro gra nie sprawiała jej przyjemności. Sama jestem tak zwaną "ofiarą" szkoły muzycznej. Jako dyplomowana pianistka w ogóle nie gram na fortepianie - przyznaje mama.
Chociaż Julia skończyła dopiero 10 lat, już wie, co chce robić w przyszłości. Na swoim koncie ma kilka ról teatralnych w Teatrze Muzycznym, w Teatrze Junior, a także debiut filmowy.

- Brałam udział w castingu do filmu "Planeta singli". W ostatnim etapie odpadłam, ale podczas przesłuchania wpadłam w oko reżyserce Marcie Plucińskiej, która obsadziła mnie w filmie "Kochaj". Zagrałam w nim Ankę - małą Romę Gąsiorowską.
Kariera stoi przed Julią otworem. Kibicują jej bliscy: dwie mamy, dwóch ojców (Mariusz Totoszko i drugi mąż Marty Smuk), brat i siostra.

- Tworzymy patchworkową rodzinę, ale bardzo się razem trzymamy. Julia ma 5-letnią siostrę w Warszawie ze strony biologicznego taty oraz 3-letniego brata Hugo, który jest moim synem z drugiego małżeństwa. Z macochą Julii jestem w dobrych relacjach, przez chwilę była nawet córki managerką. Z byłym mężem, Mariuszem, jesteśmy w stałym kontakcie. Odwiedzamy się całymi rodzinami i wspieramy. Wiem, że to może dziwnie zabrzmieć, ale żyjemy ze sobą w przyjaźni i wszyscy dbamy o to, aby Julia mogła spełniać swoje marzenia.

Opinie (46)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

22

marca

Coma Gdańsk, Stary Maneż

23

marca

Decapitated Gdynia, Klub Ucho

31

marca

Apteka Gdańsk, Kwadratowa

Kultura

Adam Ferency spotkał się z fanami w Hotelu Haffner
Adam Ferency: jestem urodzonym kłamcą

Kulinaria

Dziewięć restauracji w jednej. Słony Spichlerz otwarty na Wyspie Spichrzów
Słony Spichlerz oficjalnie otwarty
Czy warto zamawiać w restauracji wino domu?
W restauracji warto zamawiać wino domu?

Planuj z nami tydzień

Planuj tydzień: spokojny koniec zimy
Planuj tydzień: spokojny koniec zimy

Wygraj bilety,
sprawdź nasze konkursy

    Najczęściej czytane