• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport

Debiut gdynianki w kinach. O "Tacie" rozmawiamy z Anną Maliszewską

Tomasz Zacharczuk
23 lutego 2023 (artykuł sprzed 1 roku) 
Opinie (13)

Relaksujące i zabawne kino drogi, ale zarazem bogata w emocje opowieść o samodzielnym rodzicielstwie, uciekaniu od odpowiedzialności i godzeniu się z przeszłością. Taki jest "Tata", czyli jeden z najlepiej przyjętych przez widzów i krytyków tytułów ubiegłorocznego festiwalu filmowego w Gdyni. Kinowa premiera produkcji z Erykiem Lubosem w tytułowej roli już 24 lutego, a my z reżyserką Anną Maliszewską rozmawiamy o polsko-ukraińskiej pomocy filmowców, trudach i zaletach kina drogi oraz o tym, co w Gdyni fascynowało ją od dzieciństwa.



Sprawdź repertuar kin w Trójmieście



Michał (Eryk Lubos), kierowca tira, samotnie wychowuje córkę, Miśkę (Klaudia Kurak). "Wychowuje" jest jednak słowem na wyrost, bowiem mężczyzna większość czasu spędza w trasie. Dziewczynką tymczasem opiekuje się Ukrainka, Galina, która pod kuratelą ma również swoją wnuczkę, Lenę (Polina Gromova). Gdy niania niespodziewanie umiera, Michał musi nie tylko wziąć pod swoje skrzydła Miśkę, ale również jej ukraińską koleżankę. Cała trójka rusza w podróż na wschód, która okaże się dla bohaterów wyboistą drogą ku wzajemnemu zrozumieniu.

Reżyserką filmu jest pochodząca z Gdyni Anna Maliszewska. Absolwentka Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy, której krótkometrażowy film "Pokój szybkich randek" w 2009 r. zdobył nagrodę publiczności podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Anna Maliszewska ma także na koncie kilka telewizyjnych filmów dokumentalnych o tematyce muzycznej i ponad setkę nakręconych teledysków. I właśnie jeden z nich, do utworu "Samotny tata" Marii Peszek, posłużył za wyjściowy pomysł pełnometrażowego debiutu gdynianki.

Zobacz także: Piotr Witkowski w hitach Netflixa

Anna Maliszewska podczas 47. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Anna Maliszewska podczas 47. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.
Tomasz Zacharczuk: Od pokazów "Taty" na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni minęło już kilka miesięcy. Premierę, którą początkowo planowano na listopad, przesunięto na końcówkę lutego tego roku. To decyzja dystrybutora czy jednak wpływ na to miały wydarzenia na Ukrainie?

Anna Maliszewska: Dystrybutor chciał trochę poczekać, bo po pandemii dało się zauważyć niepokojący trend, że polscy widzowie zdecydowanie rzadziej wybierali polskie filmy. Publiczność oczywiście wróciła do kin, ale raczej na głośne zagraniczne blockbustery. Nieco w odstawkę poszły natomiast rodzime produkcje, które jeszcze przed pojawieniem się koronawirusa przeżywały wyraźny rozkwit. Stąd te kilka miesięcy opóźnienia w naszym przypadku.

Finalizacja prac przy "Tacie" zbiegła się w czasie z atakiem Rosji na Ukrainę, na terenie której przecież realizowaliście znaczną część zdjęć. Jak ty i cała ekipa zareagowaliście na te wydarzenia? Od razu była mobilizacja do pomocy waszym ukraińskim przyjaciołom i współpracownikom?

Kilka dni przed tak radykalną eskalacją konfliktu, bo wojna trwa tam naprawdę od wielu lat, przyjechały do nas koproducentka filmu Anastasiya Bukovska i producentka liniowa Tatyana Kurmaz. Pamiętam, że po pokazie "Taty", który zresztą bardzo im się spodobał, siedziałyśmy w restauracji i rozmawiałyśmy o tym, czy faktycznie wybuchnie wojna. One mówiły, że nie ma takiej możliwości, by zaatakowali Kijów. W dniu, gdy w Warner Bros. mieliśmy zaplanowaną kolaudację filmu, o 5 rano obudził mnie mąż i powiedział "zaczęło się, bomby spadły na Kijów". Szok.

Jak często chodzisz do kina na polskie filmy?

Pierwsze myśli od razu skierowaliśmy do naszych ukraińskich przyjaciół. Zaczęły się telefony z pytaniami o to, czy są bezpieczni, jak możemy im pomóc, czego potrzebują. Niemal natychmiast zaangażowaliśmy się w ściąganie ich do Polski. Mężczyzn oczywiście się nie dało, więc cały wysiłek skupiliśmy na kobietach i dzieciach. Film poszedł w tym momencie w odstawkę.

Jak teraz wygląda sytuacja osób, którym pomagaliście?

Tak naprawdę są porozrzucani po różnych stronach świata. Nasza producentka wraz z mężem są we Francji. Nadal starają się prężnie działać na rynku filmowym i pomagają jak mogą wszystkim swoim pracownikom skupionym wokół studia Family Production. Część produkcji, a głównie są to filmy reklamowe na zlecenie dużych zagranicznych korporacji, przeniesiono też do Polski, gdzie praca odbywa się w mieszanych, polsko-ukraińskich ekipach.

Moja druga reżyserka wyjechała do Londynu, część ludzi została w Polsce, ale były też takie osoby, które zdecydowały się zostać na Ukrainie. Miały już wszystko spakowane, był zapewniony transport, a tuż przed przekroczeniem granicy decydowały się nagle na powrót, by pomóc swoim rodakom, głównie uchodźcom ze wschodniej Ukrainy. Do zachodniej części kraju przeprowadziła się na przykład Yevheniia Muts, czyli ekranowa mama Lenki. Sama Lenka, czyli Polina Gromova, wraz ze swoją prawdziwą matką przyjechały do Polski. Przez długi czas Pola mieszkała w jednym mieszkaniu z Klaudią, czyli naszą filmową Miśką. Zresztą dziewczynki wciąż żyją w jednym bloku, są sąsiadkami, chodzą do jednej szkoły, łączy ich głęboka siostrzana więź. Można więc powiedzieć, że w jakiś sposób życie zatoczyło koło.


Ciekawy to przypadek, gdy pomysł na pełnometrażowy film dostarcza teledysk. W twoim przypadku był to klip do utworu "Samotny tata" Marii Peszek. Miałaś już wówczas przeczucie, że z tej krótkiej formy może wykluć się twój fabularny debiut?

Od początku myślałam o teledysku jak o małym filmie, ale większych planów raczej wobec tej historii nie było. Chciałam po prostu znaleźć fajnych, ciekawych bohaterów, podkreślić koncept samotnego tacierzyństwa, osadzić go w interesującym świecie, do którego na co dzień nie mamy większego dostępu. A później, trochę niespodziewanie, okazało się, że ten nasz wspólny koncept trafił do odbiorców na tyle mocno i przekonująco, że pojawiły się sugestie rozwinięcia tej krótkiej historii. Jestem bardzo wdzięczna Marysi Peszek za tę przygodę. Od niej właściwie wszystko się zaczęło.

Nie chciałam w swoim filmie używać tytułu "Samotny tata". "Samotny" ma dla mnie smutne brzmienie, podświadomie wiąże się z nieszczęściem. Chciałam raczej zgłębić koncepcję samodzielnego ojca, samodzielnego rodzicielstwa, które nie zawsze musi być obarczone smutkiem, choć na pewno wymaga ogromnego wysiłku i ciężkiej pracy.

"Tata" to niezwykle poruszające, szczere i zabawne momentami kino drogi z przesłaniem. Film nabiera też dodatkowego wydźwięku w kontekście aktualnej sytuacji na Ukrainie, gdzie jeszcze przed wybuchem wojny pracowała ekipa Anny Maliszewskiej. "Tata" to niezwykle poruszające, szczere i zabawne momentami kino drogi z przesłaniem. Film nabiera też dodatkowego wydźwięku w kontekście aktualnej sytuacji na Ukrainie, gdzie jeszcze przed wybuchem wojny pracowała ekipa Anny Maliszewskiej.
Na jakich aspektach samodzielnego tacierzyństwa chciałaś się najbardziej skupić? Jakim tatą jest Michał grany przez Eryka Lubosa?

Michał ucieka od rodzicielstwa. Praca w ciężarówce jest dla niego formą ucieczki od odpowiedzialności, codziennej rutyny, wyzwania, jakim jest wychowywanie córki. Zresztą sporo w zawodzie kierowców jest osób, które w ten sposób od czegoś uciekają, poszukując zarazem wolności i przygody. Dokładnie takich wartości Michał nie jest w stanie poświęcić w imię bycia z drugim człowiekiem. Gdy jednak zostaje zmuszony poniekąd, by do kabiny zabrać nie tylko swoją córkę, ale i jej przyjaciółkę, nie może już od tego uciec. Okazuje się, że różne trudy, jakie spotykają go na drodze, nie są tak wymagające jak bycie tatą.

Sporo mówisz o tacierzyństwie, ale w "Tacie" pokazujesz również różne modele macierzyństwa, również samotnego. Widać na przykładzie przydrożnej seksworkerki, przyjaciółki Michała, czy mamy Leny.

Zgadza się. Wspólnym mianownikiem obu dziewczynek jest to, że nie mają mamy. Interesowało mnie pokazanie świata, w którym obie szukają modelu kobiecości. Chciałam na ten aspekt spojrzeć niestereotypowo. Kobieta, która na przydrożnym parkingu pracuje jako seksworkerka, okazuje się cudowną przyjaciółką i wartościową mamą. Jest także mama Lenki - aktywistka, która ponad dziecko stawia zaangażowanie w ideologiczną walkę z systemem. Podobnie jak Michał ucieka więc poniekąd od rodzicielskich obowiązków. Nie jest gotowa do bycia mamą. Właśnie nad tym aspektem sporo zastanawialiśmy się razem ze współscenarzystą, Przemysławem Chruścielewskim. Chcieliśmy pokazać, że Svieta i Michał są bardzo podobni, ale ich zachowanie może być różnie interpretowane przez społeczeństwo. Matka, która ucieka od bycia matką, zawsze będzie źle oceniana. Ojciec, który podejmuje choć minimalne starania, zostanie tymczasem znacznie pozytywniej oceniony.


"Tata" to także film o przepracowaniu żałoby, o pogodzeniu się z przeszłością.

Chciałam, żeby główny bohater miał niepozałatwiane rzeczy w swoim życiu. Aby uciekał przed czymś, co nie pozwala mu stworzyć rodziny ze swoją córką. Celowo poruszam wątek śmierci, bo to wciąż jest trudny temat nie tylko wśród dorosłych, ale przede wszystkim wśród dzieci. Podróż, którą Michał wspólnie odbywa z Miśką i Lenką, służy temu, by ojciec z córką wreszcie mogli ze sobą na poważnie porozmawiać, rozliczyć pewien etap swojego życia, znaleźć wspólny język, płaszczyznę porozumienia.

Dużo jest więc w twoim filmie bardzo trudnych i poważnych tematów, ale jednocześnie nie boisz się wplatać w te historie dużo dowcipu, niekiedy nawet czarnego humoru. Chodziło o poluzowanie ładunku emocjonalnego w "Tacie"?

Bardzo lubię łączyć humor z dramatem. Moje ulubione postaci czy filmy zawsze oscylują gdzieś wokół połączenia absurdu z dramaturgią właśnie. To mój sposób patrzenia na świat i życie. Wiedziałam, że momentami balansuję na cienkiej granicy, ale zależało mi na tym, by zrobić film odważny. Nie tylko w stylu "feel-good movie", ale ukazujący jednocześnie poważne rzeczy przez pryzmat czasami absurdu, bez nadmiernej ckliwości. Humor jest bardzo trudną dziedziną sztuki, ale komedie najciekawsze są wtedy, gdy śmiejemy się z tego, czego boimy się najbardziej, lub tego, co najmocniej krytykujemy.

Anna Maliszewska podczas prac na planie z Poliną Gromovą (Lena) i Klaudią Kurak (Miśka). Anna Maliszewska podczas prac na planie z Poliną Gromovą (Lena) i Klaudią Kurak (Miśka).
Bardzo lubię kino drogi, ale wydaje mi się, że jest to piekielnie trudna w swojej konstrukcji konwencja filmowa. Szczególnie jak na pełnometrażowy debiut. Nie miałaś obaw, że praca na tak wielu płaszczyznach, przy tak wielu wyzwaniach choćby logistycznych, może cię w pewnym momencie zdemotywować?

Też uwielbiam kino drogi, dlatego zależało mi na zrobieniu czegoś, co będzie w sobie zawierać zmienność, możliwość podróży i zanurzenia bohaterów w różne miejsca. Bardzo mnie to pociągało. Było oczywiście trudno, szczególnie że pracowaliśmy przecież w wielu lokacjach i z dziećmi, które mają naturalnie swoje ograniczenia i limity fizyczne. Nie był to łatwy film i nie był to łatwy debiut. Teraz już to wiem z perspektywy czasu (śmiech). Jednak dużo rzeczy robiłam wcześniej przy krótkich formach i teledyskach. Czułam się odpowiednio przygotowana na taką przygodę i takie wyzwanie.

Jak trudne jest kręcenie filmu, w którym sporo czasu bohaterowie zamknięci są w kabinie ciężarówki?

To jeden ze zdecydowanie najtrudniejszych obiektów zdjęciowych (śmiech). Korzystaliśmy z dwóch samochodów. Jednym z nich była właściwie kabina osadzona na lawecie, w której mogliśmy nagrywać dialogi. Silnik diesla ma cudowne brzmienie, ale niestety kompletnie nie nadaje się do rejestrowania aktorskich kwestii. Po prostu je zagłusza. Musieliśmy więc znaleźć alternatywny sposób pracy z aktorami.

Oczywiście było ciężko, bo kabina jest małym, ciasnym pomieszczeniem, w którym oprócz odtwórców ról musimy jeszcze zmieścić operatora i dźwiękowca. Ja jeździłam w innym samochodzie i miałam pogląd na to, co działo się w naszej kabinie. Wydłużało to oczywiście czas pracy na planie. Szczególnie dla naszych małych aktorek bywało to uciążliwe. Nie chciałam jednak pracować na ekranach ledowych, bo uważałam, że Pola i Klaudia nie wczują się w podróż, gdy będą siedziały w hali, patrząc na wygenerowane gdzieś obok plenery. Zależało mi na tym, aby faktycznie ruszyły w podróż z Erykiem. Myślę, że dla całej tej trójki było to niesamowicie ciekawe spotkanie i przeżycie.

Drugim używanym przez nas samochodem był już prawdziwy tir, który prowadził Eryk. Specjalnie zrobił nawet prawo jazdy na ciężarówkę i zakochał się w tym samochodzie. Tak się wkręcił, że stwierdził, iż rzuca aktorstwo i rusza w trasę (śmiech). W tym samochodzie realizowaliśmy głównie sceny bez dialogów, w których dziewczynki mogły się pobawić i pokazać emocje.

- Eryk ma w sobie prawdę i energię, której nie pozbywa się także poza planem. Bywa trochę nieokrzesanym człowiekiem, ale bardzo mi się to w nim podoba - mówi Anna Maliszewska. - Eryk ma w sobie prawdę i energię, której nie pozbywa się także poza planem. Bywa trochę nieokrzesanym człowiekiem, ale bardzo mi się to w nim podoba - mówi Anna Maliszewska.
Z filmu bije autentyczność zarówno głównych, jak i tych pobocznych postaci. Korzystaliście z pomocy samych tirowców?

Zrobiliśmy dla nich duży casting. Zarówno w internecie, jak i na parkingach dla kierowców. Udało się wyodrębnić bardzo fajną ekipę. W materiałach mamy mnóstwo scen z nimi, ale już wcześniej umówiliśmy się z producentem na 110 minut, dlatego z wielu epizodów z tirowcami musieliśmy zrezygnować. A bardzo tego żałuję, bo to intrygujące i bardzo żywiołowe towarzystwo, do którego znakomicie pasował Eryk Lubos. On sam, przy całym jego niesamowitym warsztacie, ma rysy naturszczyka. Ma w sobie prawdę i energię, której nie pozbywa się także poza planem. Bywa trochę nieokrzesanym człowiekiem, ale bardzo mi się to w nim podoba. Eryk zresztą świetnie dogadywał się z kierowcami. Przerw w zdjęciach nie spędzał raczej z ekipą filmową. Wolał wśród tirowców snuć opowieści o życiu w drodze.


Klaudia i Polina, czyli odtwórczynie ról Miśki i Lenki, absolutnie kradną każdą scenę w filmie. Gdzie i w jaki sposób można znaleźć takie aktorskie perełki w naszym kraju?

Najbardziej mi zależało na tym, by znaleźć dwie różne dziewczynki. Nie tyle pod kątem fizycznym, ile emocjonalnym i duchowym. To odmienne charaktery, które tworzą razem interesującą całość. Klaudia jest dziewczynką uwielbiającą rozmyślać, ale stara się wszystko kryć w środku. U Poliny wszystko dzieje się na zewnątrz. Jest niesamowicie emocjonalna, żywiołowa, ekspresyjna. Najpierw robi, potem myśli (śmiech). Właśnie dlatego obie dziewczynki w duecie tworzą taką wybuchową mieszankę.

Polina przyjechała do nas z Kijowa. Okazało się bowiem, że ukraińskie dziewczynki, które nawet od niedawna mieszkają w Polsce, szybko tracą ukraiński akcent. A na tym akurat bardzo nam zależało. Polina, przyjeżdżając do nas, nie znała nawet polskiego. Później świetnie poradziła sobie z jego nauką. Klaudię wybraliśmy natomiast z ponad 700 dziewczynek w Polsce. Casting był bardzo trudny, bo przeprowadzaliśmy go w czasie pandemii. Mnóstwo było więc spotkań przez internet, a dopiero na ostatecznym etapie mogliśmy spotkać się z kandydatkami na żywo.

Miśka (Klaudia Kurak), Lena (Polina Gromovwa) i Michał (Eryk Lubos), czyli trójka głównych bohaterów pełnometrażowego debiutu Anny Maliszewskiej. Miśka (Klaudia Kurak), Lena (Polina Gromovwa) i Michał (Eryk Lubos), czyli trójka głównych bohaterów pełnometrażowego debiutu Anny Maliszewskiej.
Pochodzisz z Gdyni i tej Gdyni nie mogło zabraknąć w filmie. Otwiera go zresztą scena kręcona w porcie. Zadziałał twój sentyment do miejsca urodzenia czy to trójmiejskie otwarcie "Taty" było już wcześniej uwzględnione w fabule?

Pasowało mi, żeby podróż zaczęła się właśnie w tym miejscu, które ma szczególne znacznie i dla mnie. Zawsze fascynował mnie port i widok tych wszystkich kontenerów z Estakady Kwiatkowskiego. Marzyłam, żeby z bliska zobaczyć te klocuszki. No i, jak się okazało, aby wejść do portu, trzeba po prostu nakręcić film (śmiech). Przepiękne miejsce, bardzo malownicze, ze świetną obsługą, której bardzo chciałam podziękować za zaangażowanie i pomoc na planie.

Z Gdynią cały czas jestem oczywiście związana. Moja mama mieszka na Pustkach Cisowskich, dlatego odwiedzam ją kilkanaście razy w roku. Moje dzieci, gdy były małe, zawsze spędzały tutaj wakacje. W Trójmieście mam również szerszą rodzinę. Uważam, że Gdynia i całe Trójmiasto mają cudowne plenery i na pewno chciałabym tutaj kiedyś coś nakręcić. Będę namawiać producentów (śmiech).

Rozmawiamy, korzystając akurat z twojej przerwy w pracy nad nowym serialem dla Netflixa, Możesz coś zdradzić na ten temat?

Skończyliśmy zdjęcia, jesteśmy teraz na etapie montowania odcinków. W sumie będzie ich osiem. Pięć nakręciłam ja, trzy zrealizował Kuba Czekaj. Serial jest według mojego pomysłu, a scenariusz pisały ze mną Dana Łukasińska i Julita Olszewska. To opowieść o młodej romskiej dziewczynie, która wraca do Polski z kilkuletniej emigracji na Wyspach Brytyjskich. Bohaterka, ukształtowana już jako Europejka, trafia do romskiej rodziny o dosyć tradycyjnych poglądach. Czeka ją zetknięcie z Polską i swoimi korzeniami. Myślę, że w tym roku zdążymy z premierą, ale terminy zależą tutaj już od Netflixa.

Film

7.5
44 oceny

Tata (8 opinii)

(8 opinii)
dramat

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (13)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Męskie Granie 2024 (10 opinii)

(10 opinii)
rock / punk, pop

Turandot

33 - 280 zł
opera / operetka

Globaltica

180 zł
Kup bilet
folk / reggae / world, festiwal muzyczny

Najczęściej czytane

Sprawdź się

Sprawdź się

Gdzie odbyła się ostatnia jesienna edycja Festiwalu Roślin?