• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport

Z Oliwy do Hollywood. Amerykański sukces młodej aktorki z Trójmiasta

Tomasz Zacharczuk
27 kwietnia 2023, godz. 14:00 
Opinie (40)
Polskiej publiczności Lena Góra po raz pierwszy dała się poznać dzięki roli Anny Ziembińskiej w serialu "Król". Polskiej publiczności Lena Góra po raz pierwszy dała się poznać dzięki roli Anny Ziembińskiej w serialu "Król".

Urodziła się w Gdańsku i to właśnie na deskach Teatru Wybrzeże stawiała pierwsze kroki w aktorstwie. Zresztą nie mogło być inaczej, skoro wychowywała się wśród sopockiej bohemy. Jako nastolatka grała w kosza i jeździła na desce, ale to właśnie w pogoni za teatrem i kinem w bardzo młodym wieku wyjechała najpierw do Londynu, a potem do Stanów Zjednoczonych. Lena Góra to aktorka, która dziś czas dzieli między Polskę a Kalifornię. Mogliśmy już ją oglądać w serialu "Król" czy w komedii "Noc w przedszkolu". Teraz na ekranach kin gości jej anglojęzyczny film "Roving Woman", w którym gra u boku nominowanego do Oscara Johna Hawkesa.



Na co do kina w majówkę? Aktualny repertuar
Zrealizowany w Stanach Zjednoczonych i wyreżyserowany przez Michała Chmielewskiego "Roving Woman" to film, w którym Lena Góra nie tylko gra główną rolę, ale jest także współautorką scenariusza i producentką obrazu. Fabuła skupia się na Sarze, która po awanturze z chłopakiem zostaje bez domu i środków do życia. Kradzionym samochodem wyrusza w samotną podróż po amerykańskich pustkowiach, spotykając po drodze ludzi egzystujących z dala od wielkiej cywilizacji.

Podczas spontanicznych, nieraz dziwacznych, a niekiedy filozoficznych rozmów z nimi Sara będzie miała okazję przewartościować własne priorytety i plany. Zaintrygowana płytą znalezioną w samochodowym odtwarzaczu zechce również odnaleźć właściciela skradzionego auta. "Roving Woman" przede wszystkim jest nostalgiczną balladą o zranionej miłości, poszukiwaniu siebie, akceptowaniu samotności i odzyskiwaniu życiowego balansu. Film od piątku, 21 kwietnia, można już oglądać w trójmiejskich kinach.


Tomasz Zacharczuk: Wydaje się, że nie tylko "Roving Woman", ale twoje dotychczasowe życie jest kinem drogi. Jesteś w nieustannej podróży, która swój początek miała w Trójmieście.

Lena Góra: Rzeczywiście Trójmiasto było moją bazą startową. Często ludzie pytają mnie o Kalifornię czy Hollywood i z tymi geograficznymi regionami jestem tak chętnie utożsamiana, zupełnie mylnie bo ja jestem z polskiego Pomorza. To nie tylko Gdańsk, bo mieszkałam też w Sopocie i Gdyni. Bliskość Bałtyku była dla mnie bardzo ważna i poniekąd w poszukiwaniu tej wody trafiłam ostatecznie do Kalifornii. Płynie we mnie słona krew (śmiech).

Pochodzisz z artystycznej rodziny. Tata - Sławomir Góra - malarz i absolwent gdańskiej ASP. Mama - Ela "Malwina" Wyczyńska - wokalistka takich grup, jak Pancerne Rowery czy Apteka. Kontakt ze sztuką miałaś od najmłodszych lat.

Myślę, że trójmiejska scena alternatywna jest jedną z tych rzeczy, które ukształtowały mnie najbardziej. Jeszcze przed moimi narodzinami, w latach 80., tutejsi artyści bardzo mocno walczyli z systemem, prezentując jednocześnie pewną dozę sarkazmu i humoru artystycznego. Ruch post-punkowy, którego częścią była moja mama jest ciągle tak mało znany. Bardzo dużo opowiadałam o nim, jeżdżąc po świecie. Ludzie z L.A. czy Nowego Jorku byli autentycznie zaciekawieni tą muzyką, tymi ludźmi i ich ideami. To były czasy, gdy na imprezach wykładowcy ASP wymieniali się poglądami ze studentami pijąc kolorowe drinki, muzyka była psychodeliczna, a Leon Dziemaszkiewicz robił pierwsze performance, zanim jeszcze odkrył go i pokochał Thierry Mugler.

Od najmłodszych lat byłam po prostu częścią tego fermentu bo to właśnie na wystawach ojca, na Stoczni, w Sfinksie czy SPATiFie się praktycznie wychowałam. Spory wpływ wywarła na mnie też subkultura skejtów. Końcówka lat 90. i początek nowego wieku to był intensywny rozwój skateboardingu, którego byłam częścią. Byliśmy strasznymi łobuzami, i niczego się nie baliśmy. Chodziliśmy do Gogga, Ucha, jeździliśmy na desce pod Teatrem Muzycznym w Gdyni. To była pewnego rodzaju nowa scena alternatywna Trójmiasta. To był dla mnie cholernie ciekawy czas, który do dziś inspiruje mnie i moją sztukę.


Czy tak wczesny kontakt z artystami mógł cię już wtedy nakierunkować na aktorstwo?

Tak. Aktorstwo, pisanie scenariuszy, sposób myślenia, mówienia, bycia w ogóle. Mama nosiła za duże, męskie garnitury, które dostawała po swoich sześciu braciach bo nie miała kasy na swoje ubrania. Stworzyła w ten sposób własny charakterystyczny wizerunek. Dziś, kiedy styliści ubierają mnie w to samo, słyszę, że jestem cool (śmiech). Mocno wpłynęło na mnie też artystyczne wyczucie mojego taty, jego szczera obserwacja rzeczywistości, skupienie, oddanie. Robienie sztuki z pazurem, którego nigdy trójmiejskim artystom nie brakowało.

My tu sobie rozmawiamy o artystycznych inspiracjach, a tymczasem Lena Góra mogła dzisiaj biegać za piłką po koszykarskich parkietach.

Było, było! Czasy Prokomu Trefla. Piękna Hala 100-lecia. Miałam rzeczywiście wątek koszykarski. Chodziłam nawet do takiej szkoły w Sopocie, ale był to jednak dość trudny dla mnie okres. Czas nastoletnich dram i braku akceptacji. Byłam dość mocno gnojona przez koleżanki. Wywieszały na ścianach moje zdjęcia z niewybrednymi komentarzami. Nawet cięły mi ciuchy, które zostawiałyśmy w szatni, idąc na treningi. Turbulentne dla mnie czasy, ale dziś wychodzę z założenia, że jak cię gnoili w szkole, to znaczy, że miałaś coś do powiedzenia (śmiech).


Interesujesz się jeszcze koszykówką?

Kocham! Ostatnio podczas spotkania z Marcinem Mellerem mówiłam mu, że trzeba zrobić jakiś mecz aktorów, bo chętnie bym sobie pograła!

Marcin Gortat organizuje takie charytatywne mecze gwiazd. Może jeszcze zdążysz dostać powołanie.

O! I to jest plan (śmiech).

"Roving Woman", w którym Lena Góra gra główną rolę, to klasyczne kontemplacyjne kino drogi, luźno inspirowane historią amerykańskiej songwriterki Connie Converse. "Roving Woman", w którym Lena Góra gra główną rolę, to klasyczne kontemplacyjne kino drogi, luźno inspirowane historią amerykańskiej songwriterki Connie Converse.
No dobra, wracamy do Gdańska. Koszykówkę masz już z głowy, ale pojawia się aktorstwo i Teatr Wybrzeże.

Teatr Wybrzeże i towarzyszący mu Wybrzeżak były dla mnie takim bezpiecznym azylem. Jako dziecko wychowywałam się bardziej na wernisażach ojca czy ogólnie imprezach rodziców niż z rówieśnikami. I może właśnie z tego powodu było mi trudniej dogadywać się z ludźmi w moim wieku. Zresztą ja dość późno, bo dopiero w wieku 9 lat, zaczęłam chodzić do szkoły. Trudno było mi wtedy nawiązać jakąś nić porozumienia z innymi dziećmi.

Do teatru też przyszłaś od razu na zajęcia dla dorosłych.

Szymon Jachimek prowadził te warsztaty, a ja na nie wparowałam, mając 14 lat. Zupełnie nie wiedział co ma ze mną zrobić, ale się zaparłam i nie udało mu się mnie wywalić. (Śmiech) To było świetne doświadczenie. Robiąc film czy spektakl musisz nauczyć się współpracy z ludźmi, komunikacji z nimi, słuchania, oddania, odpuszczenia. Moi rodzice tworzyli w pojedynkę, a dzięki zajęciom w teatrze mogłam poznać ten inny styl uwalniania własnej kreatywności, wspólnie. A na scenie musisz wpasować się w pewne ramy i te ramy dawały mi poczucie bezpieczeństwa i umiejscowienia. To także powód, dla którego robię dziś to, co robię.

Teatr był także powodem twojego wyjazdu do Londynu. Miałaś zaledwie 16 lat i sama pojechałaś podbijać świat. Jak to się robi?

Trzeba mieć w sobie trochę dzikusa i za dużo nie myśleć. Pojechałam zupełnie w ciemno. Byłam przepełniona ambicjami i ufnością do świata. Chyba to nie dopuszczało do mnie złych myśli i tłumiło strach, albo może po prostu nie rozwiną on się wtedy jeszcze we mnie. I jakoś sobie radziłam. Nie byłam takim zagubionym dzieckiem. Potrzebowałam kasy, więc załatwiłam sobie pracę w barze. Oczywiście na lewych papierach, bo 16-latki nie zatrudniliby za barem. Żyłam bez wygód, ale karmiła mnie głównie sztuka, chęć poznawania nowych ludzi jeżdżąc metrem, nauka nowego języka. Dziś już jestem leniwa. Jak nie dostanę na śniadanie swojego latte z mlekiem owsianym, to się bardzo denerwuję (śmiech). W pewien sposób podziwiam więc tę młodą Lenę. >

Duże wrażenie zrobił na tobie brytyjski teatr?

Ogromne. Przekonałam się o tym już podczas zajęć w szkole aktorskiej, do której jakimś cudem mnie przyjęli. Oni rzeczywiście są bardzo klasyczni. Ten teatr jest zupełnie inny. I od naszego, i tego choćby w Nowym Jorku. To bardzo kreacyjny, stylizowany i techniczny sposób performansu, podporządkowany choreografii. Bardzo wiele z pobytu w Londynie wyniosłam. Choćby przez mistyczne wręcz dla mnie poznawanie Szekspira. Czułam jednak instynktownie, że to nie jest moje miejsce i to nie jest mój styl grania. Lepiej odnalazłam się w teatrze w Nowym Jorku, który zdecydowanie bardziej przypomina nasz polski, który zresztą uważam za jeden z najlepszych na świecie.

O właśnie, wywołałaś już kolejną przeprowadzkę. Po trzech latach Londyn zamieniasz na USA.

Bardzo mi się "siadł" Nowy Jork. To miasto, które ma w sobie coś takiego, co sprawia, że natychmiast czujesz się jak w domu. Odnalazłam w nim ten uliczny styl, który kojarzył mi się z bazgraniem w dzieciństwie po blokach w Oliwie. To chyba właśnie uliczne wychowanie osiedlowe sprawiło, że nigdy nic mi się złego w Nowym Jorku nie stało (śmiech). Więc tak, zdecydowanie w Nowym Jorku odnalazłam Trójmiasto.

W "Roving Woman" trójmiejskiej aktorce partnerują nominowany do Oscara John Hawkes oraz znany producent filmowy, Chris Hunley. W "Roving Woman" trójmiejskiej aktorce partnerują nominowany do Oscara John Hawkes oraz znany producent filmowy, Chris Hunley.
Oprócz aktorstwa pojawia się modeling. Traktowałaś to tylko jako sposób na dorabianie czy wiązałaś z tym jakąś przyszłość?

Zdecydowanie nie. Modeling jest niesamowicie elitarną dziedziną, funkcjonującą na dziwacznych zasadach i promującą fałszywy wizerunek. Te wszystkie wychudzone dziewczyny ... Sama taką byłam i to pomogło mi po prostu wtedy zarabiać, ale szybko, będąc już w środku tego świata, dopadała mnie frustracja. Tu niczego nie kreujesz. Po prostu musisz wyglądać. Nie do końca mi to odpowiadało, choć bez modelingu na pewno byłoby trudniej się tam utrzymać, wiec jestem super wdzięczna, że mogłam wtedy to robić.

Wschodnie wybrzeże zamieniasz na zachodnie. Czy rzeczywiście Los Angeles jest światową stolicą kina?

Wiesz co, chyba jednak tak, choć zdecydowanie lepiej czuję się w Nowym Jorku. Można to właśnie wynika z pewnej zadziorności tego miasta i tego trójmiejskiego pazura, o którym wspomniałam. L.A. jest plastikowe, miękkie, komercyjne, ale kurczę no jednak tam możesz więcej. Przede wszystkim działać, a ja przeprowadzając się na zachód miałam olbrzymią potrzebę realizowania się w filmie, bo teatr w Kalifornii praktycznie nie istnieje. Wszystko jest podporządkowane kinu.

Przydają się też kontakty z Wimem Wendersem, jedną z ikon współczesnej reżyserii. Jak doszło do tego, że został producentem wykonawczym "Roving Woman"?

I tu cię zaskoczę, bo ja nie miałam do niego żadnego kontaktu! Wim jest dla mnie idolem. Jego kino drogi jest dla mnie bardzo ważne. "Alicja w miastach", "Paryż, Teksas" - to filmy, które tuliły mnie często podczas, gdy sama byłam w drodze. Wysłałam do niego maila. Napisałam, że jeśli ktoś dotyka w ogóle kina drogi, to powinien to z nim skonsultować. Bo jeśli on uzna, że to zły pomysł, to nawet nie warto w to brnąć. On odpisał od razu w formie "my". Zidentyfikował się więc z naszą koncepcją i uznał, że to dobre jest, co robimy. I stał się członkiem ekipy. To on nadał zresztą tytuł filmowi.

Lena Góra urodziła się w 1990 r. w Gdańsku, ale mocno związana była także z Sopotem i Gdynią. Jako nastolatka wyjechała do Londynu, skąd po kilku latach wylądowała w USA. Dziś dzieli czas pomiędzy Polskę a Kalifornię. Lena Góra urodziła się w 1990 r. w Gdańsku, ale mocno związana była także z Sopotem i Gdynią. Jako nastolatka wyjechała do Londynu, skąd po kilku latach wylądowała w USA. Dziś dzieli czas pomiędzy Polskę a Kalifornię.
W "Roving Woman" czuć inspirację historią Connie Converse. Amerykańskiej songwriterki, która też ruszyła kiedyś w drogę i ślad po niej zaginął. W którym momencie natknęliście się wraz z Michałem Chmielewskim na jej historię?

Pomysł na opowieść o kobiecie w drodze narodził się kiedy sama byłam w trasie i przemierzałam amerykańskie pustkowia. Connie pierwszy raz puścił mi kolega kiedy - trochę jak Sara - byłam po rozpadzie związku i próbowałam znaleźć swoje miejsce, niczym Connie. Jej kawałek "Roving Woman" opowiada o tym, co powinna robić kobieta na salonach, czego od niej wymaga społeczeństwo, jak zawsze się znajdzie jakiś koleś który weźmie ją i stworzy jej dom.

A Connie zrobiła właśnie odwrotnie. Zmęczona tymi normami, spakowała rzeczy, wsiadła w samochód i pojechała. Zostawiła tylko listy, w których prosiła, by nikt jej nie szukał. Nie chcieliśmy robić z Michałem biografii Connie bo bardziej niż to co możemy o niej przeczytać na internecie, czyli jej zapisana historia, zainteresował nas tej jej tajny czas, w samotności. Stała się wiec duchem naszej opowieści


Robienie filmu drogi jest tak lekkie i przyjemne jak jego oglądanie?

Coś w tym może jest, ale nie zawsze było lekko. Pracowaliśmy w czasie pandemii. Sami byliśmy nieustannie w drodze, bo zamykano nam jeden stan po drugim, a my przed tymi restrykcjami musieliśmy uciekać, no i nie mieliśmy na nic kasy bo robiliśmy ten film niezależnie. Ale właściwie to były jedyne trudności. Przy "Roving Woman" pracowaliśmy dość niewielką ekipą, dlatego lepiej czuliśmy wspólny cel, bardziej sobie ufaliśmy, rozumieliśmy własne potrzeby i ograniczenia. Pracowaliśmy wspólnie jak drużyna piłkarska i za to jestem tak bardzo wdzięczna moim współtwórcom.

"Roving Woman" jest twoim pierwszym tak dużym anglojęzycznym projektem, ale polscy widzowie już cię znają. Choćby z serialu "Król", dla którego zdecydowałaś się wrócić do kraju.

Wiesz co, ja nie do końca lubię określenie "powrót". Mogłoby to sugerować, że wyjechałam bądź wręcz uciekłam celowo, a ja nigdy nie miałam planu, by definitywnie opuszczać Polskę. To wszystko jest po prostu płynne. Byłam w Londynie, byłam w Nowym Jorku, jestem w Los Angeles. Propozycja roli w "Królu" wyszła trochę niespodziewanie od Piotra Bartuszka, który robił casting do serialu i nie mógł znaleźć Anny Ziembińskiej. Szukali zadziornej dziewczyny i chyba taką znaleźli dopiero w L.A. (śmiech).

Gdańskiego aktora znają już na całym świecie. Zagrał w hitach Netflixa Gdańskiego aktora znają już na całym świecie. Zagrał w hitach Netflixa
Potem oglądaliśmy cię w "Nocy w przedszkolu". Co cię skusiło do wzięcia udziału w komedii? Postać Justynki autentycznie śmieszyła, choć była to raczej bohaterka tragikomiczna.

Dziękuję. Chyba właśnie to niedookreślenie tej postaci przekonało mnie do tego projektu, bo nie do końca jestem fanką komedii. Chyba, że są to czarne komedie lub taki gatunkowy miszmasz jak u Kaurismakiego, Hala Ashby czy Jarmuscha. Rafał Skalski, reżyser "Nocy" rzeczywiście przekonał mnie tym, że będzie to mocno sarkastyczne i nienachalne kino. I faktycznie takie było. Rafał jest zresztą po prostu świetnym artystą i twórcą.

Nie przestraszyłaś się trochę roli? Ty taki wolny elektron, artystka z krwi i kości, wyzwolona dusza, a na ekranie despotyczna, poukładana i zafiksowana na punkcie macierzyństwa Justynka.

Nie bałam się, bo lubię grać role najbardziej odległe ode mnie. Takich postaci najbardziej szukam i mam nadzieje grać jak najwięcej bo po to w ogóle jestem aktorką. Traktuję to jak wakacje od samej siebie.

- Nie przepadam za klasycznymi komediami, ale scenariusz "Nocy w przedszkolu" od początku mi się spodobał. Podobnie jak rola Justyny - mówi Lena Góra o swoim występie w filmie Rafała Skalskiego. - Nie przepadam za klasycznymi komediami, ale scenariusz "Nocy w przedszkolu" od początku mi się spodobał. Podobnie jak rola Justyny - mówi Lena Góra o swoim występie w filmie Rafała Skalskiego.
Co z kolejnymi projektami? Nie są to jeszcze potwierdzone informacje, ale podobno współpracowałaś z Olgą Chajdas przy filmie, w którym grasz swoją mamę, a akcja dzieje się w Trójmieście!

Niestety nie mogę jeszcze o tym mówić, takie zasady tej naszej pracy! Trzeba trzymać sekrety! Ale zgadza się, niebawem wychodzi film pod tytułem Imago, którego reżyserką jest Olga Chajdas, a postać którą gram ma na imię Ela... I bardzo go polecam wszystkim, którzy pochodzą z Trójmiasta!

OK, ale tajemnicą chyba nie jest twoja współpraca z Elą Benkowską, naszą trójmiejską reżyserką. Wiem od niej, że wspólnie działacie przy projekcie dla Studia Munka.

Tak! To jest świetna, mądra, uważna i utalentowana dziewczyna. Słuchaj, ja nawet nie wiedziałam, że ona jest z Trójmiasta! Co więcej, okazało się, że obie jesteśmy z tej samej ekipy skejterów, bmx-iarzy, łobuzów. Niestety chyba się wtedy nigdy nie poznałyśmy bo ja byłam zajęta podrywaniem tych chłopaków, z którymi ona robiła filmy (śmiech).

Czyli dziewczyna z Oruni spotyka dziewczynę z Oliwy.

Dokładnie! To jest porozumienie bez słów. Teraz, gdy już współpracujemy, to czujemy się, jakbyśmy były z jednego gangu, potrzebujemy tylko jakiejś nazwy. Może ma ktoś jakiś pomysł? Można wysyłać pomysły na adres Studia Munka.

Jest taka scena w "Roving Woman", gdy Chris Hanley mówi o tym, że w szołbiznesie na bycie sławnym trzeba poświęcić pięć lat. Odliczasz już czas?

To, co mówi jest kompletnym absurdem, bo właśnie bycie sławnym tym troche dla nas jest. A on przecież wie to najlepiej bo na swoim koncie ma produkcję takich filmów jak "American Psycho". I naprawdę mieszka w tym niewidzialnym domu na pustyni! W tej scenie chodziło nam o pokazanie jak śmieszna jest chęć bycia sławnym właśnie. I w pełni się pod tym podpisuję.

Film

8.7
13 ocen

Roving Woman (1 opinia)

(1 opinia)
dramat, obyczajowy

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (40)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Body Worlds Vital - wystawa human body (73 opinie)

(73 opinie)
65 - 75 zł
wystawa

Techno orkiestra Meute

muzyka elektroniczna

Piotr Rubik "Niech mówią że to nie jest miłość" (8 opinii)

(8 opinii)
129 - 399 zł
Kup bilet
pop

Najczęściej czytane

Sprawdź się

Sprawdź się

Na festiwalu Kolosy spotykają się: