Wiadomości

stat

Testosteron w kabaretkach. Co o babskim świecie myślą trójmiejscy artyści?

Krzysztof Kowalski vs Wiedźmin fot. Lucyna Pęsik/Trojmiasto.pl

- Jeśli ktoś nie ma do siebie dystansu, nie zagra dobrze żadnej roli - mówi aktor i reżyser Tomasz Valldal-Czarnecki. Jak duży dystans do siebie muszą mieć panowie, przed którymi praca zawodowa stawia na pozór bardzo niemęskie wyzwania? Jak udaje im się uporać z kobiecymi czynnościami i które z elementów babskiego świata chętnie przenieśliby do swojego, męskiego? Te i wiele innych pytań zadaliśmy (z dystansem i przymrużeniem oka) panom, których kreacje możemy regularnie podziwiać na trójmiejskich scenach.



Kłopotliwe początki w nie tak bardzo babskim świecie



Uczestnicząc w próbie baletu i przyglądając się tańczącym panom trudno uznać tę dziedzinę sztuki za niemęską. Sami zainteresowani jednak przyznają, że niejednokrotnie przyszło im walczyć z uprzedzeniami wynikającymi ze stereotypowego myślenia.

- Na początku mojej przygody z baletem koledzy na podwórku byli bardzo nieufni. Potrzeba było czasu, aby mogli się przekonać, że jestem takim samym chłopakiem jak oni, tylko bardzo lubiącym taniec klasyczny - wspomina Maciej Ruszkiewicz, tancerz Baletu Opery Bałtyckiej.
Wolni od uprzedzeń nie są również ci, którzy swoją zawodową przyszłość wiążą z teatrem.

- Z początku obawiałem się lekcji baletu, które miałem mieć na pierwszym roku Studium Wokalno-Aktorskiego, bo tańczenie w rajtuzach wydawało mi się strasznie niemęskie. Po pierwszych zajęciach okazało się jednak, że nie taki diabeł straszny i nawet czerpałem z tego jakąś satysfakcję - śmieje się Krzysztof Kowalski, aktor Teatru Muzycznego w Gdyni.
- Trykot przestaje stanowić problem, kiedy chodzi o wygodę, dlatego bardzo szybko się do niego przekonałem. Do tego pięknie podkreśla nasze kształty - ripostuje z uśmiechem Ruszkiewicz.
Zobacz też: Balet od kulis, czyli co baletnica nosi w torbie

"Malowanki i przebieranki"



O ile taniec w balecie można jeszcze racjonalnie wytłumaczyć, to dla faceta, który całe życie (w przerwie między zajęciami w szkole muzycznej i ćwiczeniem na fortepianie) biegał za piłką, wszystko, co jest nacechowane kobiecością, było nie do przyjęcia.

- Zawsze wzbraniałem się jak tylko mogłem przed tym, co typowo kobiece. Pierwszy makijaż, dla przykładu, dałem sobie zrobić dopiero w Studium Wokalno-Aktorskim i była to ciężka przeprawa - zdradza Krzysztof Wojciechowski, aktor Teatru Muzycznego w Gdyni. - Grałem Footloose - pierwszą dużą sztukę na zawodowej scenie. Z początku w ogóle się nie malowałem. Dopiero po kilku spektaklach starsi koledzy zwrócili mi uwagę, że jasna twarz, od której światło się odbija, na scenie wygląda naprawdę źle. Szczególnie, jeśli człowiek się spoci. Z czasem zrozumiałem, że niepotrzebnie kojarzyłem to wszystko z męskością czy jej brakiem, bo przebieranki i malowanki to po prostu część mojego zawodu.
Odpowiedniego "usprawiedliwienia" dostarczył na szczęście musical.

- W "Hair" jeden z numerów opowiada o tym, że to jakieś nieporozumienie, że tylko dziewczyny mogą się kolorowo ubierać. Że w przyrodzie jest przecież zupełnie inaczej - to samiec jest kolorowy i tym właśnie kusi samicę. Takiego tłumaczenia się trzymam - śmieje się Wojciechowski.
Zobacz też: Krzysztof Wojciechowski: Pokora do sceny, ale nie na scenie

Podobnych oporów przed zrobieniem makijażu nie miał jego sceniczny kolega, Krzysztof Kowalski. Co więcej, śledził pracę charakteryzatorek tak pilnie, że dziś sam byłby w stanie taki makijaż sobie wykonać.

- Traktuję to jako oczywistość wynikającą ze specyfiki mojej profesji - wyznaje. - Przyglądałem się pracy charakteryzatorek i zadawałem mnóstwo pytań na temat tego, co robią z moją twarzą, co po kolei na nią nakładają i dlaczego. Dziś nie miałbym najmniejszego problemu, żeby profesjonalnie się umalować. Nie wyobrażam sobie jednak, że mógłbym wychodzić w takim makijażu na ulicę. W codziennym życiu zdecydowanie stawiam na naturalność. I męskość! - śmieje się.

Testosteron pod grubą warstwą makijażu



Kiedy przyglądamy się grze aktorów na scenie, raczej delektujemy się efektem finalnym. Nie zastanawiamy się zbytnio nad tym, jaką drogę musieli przejść, aby zaprezentować nam się w ten właśnie sposób. Ci jednak, którzy mieli okazję zajrzeć za scenę przed spektaklem wiedzą, że droga ta bywa bardzo kręta i wyboista, za to jej finał jest piękny i spektakularny.

- Czasem, jak np. przy "Notre Dame de Paris", nasz sceniczny makijaż przypomina wycinkowy body painting. Kiedy otwieram oczy po charakteryzacji widzę w lustrze zupełnie inną osobę - opowiada Krzysztof Wojciechowski. - Sam makijażu zrobić nie potrafię i gdybym próbował, z pewnością wyszłoby to dość koślawo. Mam jednak pojęcie o postaci, bo siedzę w niej kilka miesięcy. Staram się więc razem ze scenografem, reżyserem czy charakteryzatorką współtworzyć koncepcję takiego makijażu. Wspomniane wcześniej "Notre Dame de Paris" było jednak wyjątkiem - pola do popisów nie mieliśmy wcale, bo wszystko określały zapisy licencyjne.
Gruba warstwa makijażu, wbrew stereotypom, nie musi wcale odzierać panów z męskości.

- Wiedźmin jest bardzo męską postacią, a przygotowując się do wejścia na scenę jestem poddawany przecież wielu zabiegom stereotypowo uważanym za niemęskie, jak misterna stylizacja włosów, charakteryzacja czy makijaż - mówi Krzysztof Kowalski.
Tym bardziej trzeba pilnować tego, aby po zakończeniu spektaklu odcharakteryzować się nie tylko psychicznie, ale i fizycznie.

- Nie zdarza mi się wyjść w makijażu scenicznym na ulicę - zawsze dokładnie go zmywam. Taki nawyk wyrobiłem sobie jeszcze podczas nauki w Studium, kiedy to po spektaklach wracałem do domu komunikacją miejską - współpasażerowie naprawdę nie powinni być na taki widok narażani - śmieje się Kowalski.
- A mnie zdarza się to bardzo często, bo zwyczajnie zapominam albo tak się spieszę, że szkoda mi czasu na demakijaż. To niestety bywa czasem dość śmieszne, a nawet kłopotliwe - opowiada Krzysztof Wojciechowski. - W "My Fair Lady" grałem kloszarda - byłem lekko przybrudzony, miałem podkreślone oko i domalowaną jakąś śliwę pod nim. Kiedy zdarzało mi się wyjść w takim makijażu i koledzy stojący przed wyjściem z teatru krzyczeli "Krzychu, ty znowu makijażu nie zmyłeś" to przy takiej pogodzie, jak dziś, wsadzałem twarz w śnieg i myłem się tym śniegiem. Po takim myciu śnieg był czarno-czerwony, co pięknie pokazywało, ile tej "tapety" miałem na twarzy. Gorzej jest, kiedy nikt mi uwagi nie zwróci i wracając do domu wchodzę do sklepu kupić sobie coś na kolację. Mina ekspedientki i klientów jest bezcenna! Zdarza mi się tłumaczyć "proszę mi wybaczyć, ale wracam z pracy", co oczywiście powoduje jeszcze większe rozszerzenie źrenic.

Role żeńskie i odzierające z męskości



Jeśli komuś się wydaje, że aktorzy uważają granie kobiety za niemęskie zajęcie, to jest w wielkim błędzie.

- Granie baby to największa frajda! Szpilki, biustonosz, obcisłe ciuszki - rewelacja! - opowiada Tomasz Valldal-Czarnecki - aktor i reżyser, założyciel Teatru Komedii Valldal. - W "39 stopni", dla przykładu, grałem jednocześnie dwie role kobiece - bileterkę i arystokratkę. To było oczyszczające przeżycie - polecam każdemu, kto ma ogromny dystans do siebie. Zresztą jak ktoś ma kompleksy to nie tylko kobiety nie zagra, ale geja czy wieśniaka też. Ciągle mu będzie przeszkadzało, że jest za mało lub za bardzo męski, że jest z miasta czy ze wsi, czy że jest za bardzo homo czy hetero.
Nie tylko role kobiet sprawiają aktorom - mężczyznom nieziemską frajdę.

- Zawsze mam niezły ubaw z tego, jak wyglądam w "Grease," kiedy gram Anioła - opowiada Krzysztof Wojciechowski. - Ten mój Anioł to był strasznie zniewieściały pan, który w trakcie numeru nosi pod pachą swojego pudelka. Do tego miałem pełny kobiecy makijaż, perukę z burzą loków à la pudel, a wisienką na torcie były błyszczące od różowej pomadki usta i tłusty barokowy pieprzyk. To był na pewno ten makijaż, który odzierał mnie z męskości po całości - śmieje się.
Zobacz też: Tomasz Valldal-Czarnecki: chcę stwarzać nowe światy

- Uwielbiam grać w spektaklach dla dzieci! Dla nas, aktorów, to bardzo twórcze doświadczenie, które dodaje nam mnóstwa niesamowitej energii - mówi Krzysztof Kowalski. Na zdj. w spektaklu "Tuwim dla dzieci".
- Uwielbiam grać w spektaklach dla dzieci! Dla nas, aktorów, to bardzo twórcze doświadczenie, które dodaje nam mnóstwa niesamowitej energii - mówi Krzysztof Kowalski. Na zdj. w spektaklu "Tuwim dla dzieci". fot. Piotr Manasterski

W poniedziałek Wiedźmin - we wtorek Dyzio Marzyciel



Aktorzy Teatru Muzycznego w Gdyni nie grają w jednym czasie wyłącznie jednego spektaklu - w repertuarze znajduje się co najmniej kilka pozycji, co wymaga od aktorów niezwykłej elastyczności. Może się więc zdarzyć, że Krzysztof Kowalski jednego dnia wciela się w kipiącego męskością Wiedźmina, a nazajutrz z równym oddaniem odgrywa Dyzia Marzyciela w spektaklu dla dzieci. Czy taki przeskok nie odbija się na poczuciu męskości?

- Spektakle dla dzieci są niesamowicie męskie. Dlaczego miałyby takie nie być? - obrusza się. - Uwielbiam grać w spektaklach dla dzieci, bo są one najlepszymi widzami. Ich nie można zanudzić - ciągle coś się musi dziać. Dla nas, aktorów, to bardzo twórcze doświadczenie, które dodaje nam mnóstwa niesamowitej energii.
- W Norwegii panowie na stanowisku przedszkolanki stanowią normę. U nas uznaje się to za dziwactwo, a przecież to dobrze wpływa na rozwój dzieci, kiedy mają zapewnioną opiekę przedstawicieli obu płci - dodaje Tomasz Valldal-Czarnecki. - Z moimi podopiecznymi tworzymy prawdziwy teatr, realizujemy spektakle i zapewniam, że ani wyzwań, ani satysfakcji czy adrenaliny nikomu nie brakuje.

Z kobiecego świata przeniósłbym do męskiego...



Wielu mężczyzn nie pokusi się nawet o przetestowanie kosmetyków do pielęgnacji, makijażu, czy elementów damskiej garderoby. Dla bohaterów tego artykułu korzystanie z tych dobrodziejstw to codzienność. Czy jest coś, co szczególnie przypadło im do gustu i co chętnie zaadaptowaliby w swoim męskim świecie?

- Wszystko jest dla ludzi, tylko niech nikt nie próbuje wcisnąć faceta (poza sceną oczywiście) w damskie ciuchy, bo my mamy inne figury i to nam po prostu nie pasuje. Moja żona Vilduś (Vilde Valldal Johannessen - przyp. red.) twierdzi, że faceci czasami mogliby się malować, ale nie tak samo, jak malują się kobiety. Ja sam byłbym w stanie to zrobić gdyby nie to, że malowanie się w naszej kulturze sprowadza się do jakichś metroseksualnych przypadków. Taka nadmierna estetyka u mężczyzn wydaje mi się dość nienaturalna - mówi Tomasz Valldal-Czarnecki. - Jestem za równouprawnieniem, ale mamy przecież inne twarze - kobiety mają delikatniejsze rysy, więc na nich makijaż wygląda pięknie, a to samo na facetach wygląda dziwacznie. Gdybym zatem miał się malować tak samo, jak robią to kobiety, efekt byłby karykaturalny. Jeśli jednak miałaby to być propozycja mega męska, jak np. pociągnięta czarnym kolorem dolna powieka Jacka Sparrowa, to bym się przed tym nie bronił. Analogicznie rzecz się ma ze spódniczkami i sukienkami. Kiedy jeździmy z Vilduś do Maroka, to szalenie podobają mi się te ich tradycyjne stroje - dżellaby i galabije. Zawsze chciałem sobie taki kupić, bo są bardzo wygodne. Czy szkockie kitle są niemęskie? Podobnie rzecz ma się z makijażem, który w innych kulturach nie tylko nie jest niemęski, ale - jak chociażby w przypadku makijaży plemiennych - wręcz podkreśla i manifestuje męskość. Tam facet z makijażem to wojownik. U nas przeciwnie.
Panowie Kowalski i Wojciechowski zarzekają się natomiast, że na co dzień stawiają na naturalność i makijażu poza sceną nigdy w życiu sobie nie zrobią. Przekonali się natomiast do kosmetyków do pielęgnacji, serwując sobie w swojej męskiej garderobie choćby nawilżające maseczki na twarz.

- W związku z tym, co się wyrabia z moją twarzą, trochę z konieczności, zacząłem stosować kosmetyki pielęgnujące. Dla wielu facetów jest to abstrakcja, ale życie mnie nauczyło, że nie mogę się przed tym wzbraniać. Zresztą moi koledzy też mają świadomość tego, że skoro pracują twarzą, to muszą dbać o jej jak najlepszą kondycję - wyznaje Krzysztof Wojciechowski.
- W "Hair" jeden z numerów opowiada o tym, że to jakieś nieporozumienie, że tylko dziewczyny mogą się kolorowo ubierać. Że w przyrodzie jest przecież zupełnie inaczej - to samiec jest kolorowy i tym właśnie kusi samicę. Takiego tłumaczenia się trzymam - śmieje się Krzysztof Wojciechowski. Na zdj. Sebastian Wisłocki i Bernard Szyc podczas szalonego kankana z "Klatki wariatek" (2013 r.).
- W "Hair" jeden z numerów opowiada o tym, że to jakieś nieporozumienie, że tylko dziewczyny mogą się kolorowo ubierać. Że w przyrodzie jest przecież zupełnie inaczej - to samiec jest kolorowy i tym właśnie kusi samicę. Takiego tłumaczenia się trzymam - śmieje się Krzysztof Wojciechowski. Na zdj. Sebastian Wisłocki i Bernard Szyc podczas szalonego kankana z "Klatki wariatek" (2013 r.). fot. Monika Goldszmidt-Czarniak/ Trojmiasto.pl

Najbardziej traumatyczne artystyczne doświadczenie



- Czułem się bardzo niemęsko, kiedy musiałem założyć szpongi (majtki z paskiem z tyłu), bo nosiliśmy cieliste legginsy i nie mogła nam się odznaczać bielizna - wyznaje Krzysztof Kowalski.
- Najbardziej traumatycznym przeżyciem było dla mnie tańczenie partii Złotego Bożka w "Bajaderce", bo ubrano mnie wtedy jedynie w przepaskę na biodrach i przerzucono przez tors jakąś szarfę. Reszta ciała była wymalowana na złoto - zwierza się Maciej Ruszkiewicz.
- Ale to było bardzo męskie i piękne! - dodała jego koleżanka z baletu, która przysłuchiwała się rozmowie.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (11)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

22

lipca

03

sierpnia

DBDM - Odyssea In Profundo 2 Gdańsk, Protokultura

04

sierpnia

Ze Velocipedes + Irek Wojtczak Sopot, Teatr BOTO

Kultura

Kulinaria

Planuj z nami tydzień

    Najczęściej czytane