Wiadomości

stat

Nightrun87, Michał Bąk Quartetto i hip-hop po pięćdziesiątce. Recenzje nowych płyt z Trójmiasta

Jeżeli kochacie kino klasy B z epoki VHS-ów, gry komputerowe na Atari i Commodore64 oraz gumę Turbo, pokochacie Nightrun87.
Jeżeli kochacie kino klasy B z epoki VHS-ów, gry komputerowe na Atari i Commodore64 oraz gumę Turbo, pokochacie Nightrun87. fot. Preemo

Początek roku to z jednej strony ostateczne rozliczenie z albumami, które z jakiegoś powodu zbyt długo leżały na regale w oczekiwaniu na odsłuchanie, a z drugiej pierwsze zetknięcie z nowościami, jakie być może za dwanaście miesięcy trafią do podsumowań.



Jestem w stu procentach pewien, że w moim własnym rozrachunki z 2018 rokiem znajdzie się nowy album Nightrun87, którego oficjalna premiera odbędzie się podczas drugiej edycji SzlamFestu, ale na uwagę zasługuje także przedziwne i fascynujące zjawisko hip-hopu nagrywanego przez pięćdziesięciolatków pod szyldem HH50+, a także ostatnia ze znakomitych jazzowych płyt młodego pokolenia, której nie zdążyłem zrecenzować w 2017 roku.

Nightrun87 - "The Destroyers Are Coming" (wydanie własne)


Ponownie nastały lata 80. Może wypożyczalnie kaset magnetowidowych zostały zamknięte, ale mamy VHS Hell. Może goonies i Marty McFly wydorośleli, ale jest jeszcze "Stranger Things". Może też Tears for Fears zniknęło z pola widzenia mediów, ale w ich miejsce doskonale wpasowuje się William Malcolm i jego Nightrun87.

Żyjemy w szybkich czasach, w których playlisty na platformach streamingowych zaczynają wypierać odsłuchiwanie albumów w całości, a w dodatku nieustannie pojawia się nowa muzyka i często trudno znaleźć czas na wnikliwe wsłuchanie się. Przygoda z "The Destroyers Are Coming" była dla mnie wyjątkowa z tego właśnie powodu, że pierwszy fragment trzeciego albumu Nightrun87 usłyszałem już w czerwcu ubiegłego roku, a później miałem przyjemność śledzić jego kolejne odsłony i ewolucję. Przez ponad pół roku udało się oszlifować popkulturowy diament, który w coraz popularniejszym nurcie retro synthwave'u błyszczy własnym światłem, a nie zaledwie odbiciem młodzieńczych fascynacji.

Wyjątkowość Nightrun87 na tle dziesiątek innych projektów zafascynowanych elektroniką z lat 80. uświadomiłem sobie podczas wspólnego koncertu z francuskim Perturbator w ramach Festiwalu Filmów Kultowych. To wtedy dotarło do mnie, że "gwiazda" wieczoru w kółko gra to samo i próbuje przyciągnąć słuchaczy wyłącznie sentymentem. William Malcolm nie żeruje natomiast na nostalgii, jego instrumentarium nie ogranicza się do laptopa i jednego syntezatora, a w dodatku śpiewa głosem niezafałszowanym przez wysterowanie do odczłowieczającego poziomu.

"The Destroyers Are Coming" to jeszcze jeden krok ku unikalnemu brzmieniu, inspirowanemu przeszłością, a jednocześnie szukającemu dla niej kontynuacji. To trochę tak, jakby Malcolm zignorował wszystko, co działo się w popkulturze po 1989 roku i tworzył alternatywny ciąg dalszy. Już instrumentalny utwór tytułowy, który brzmi jak fragment ścieżki dźwiękowej do nieistniejącego horroru lub filmu science-fiction (oczywiście klasy B), natychmiast anuluje całą teraźniejszość. Prosty, motoryczny bit i kilka syntetycznych akordów wystarczają, by zapomnieć, że kilka dni temu wystrzelono samochód w przestrzeń kosmiczną.

Właściwie każdy utwór jest przebojem. Zadziorne "I Want to Feel", romantyczne "Here With You", "Maniac Cop" z gitarową partią natychmiast wywołującą skojarzenia z tapirowanymi grzywami czy mój faworyt, industrialne "Doomeroid", przypominające początki belgijskiej sceny EBM - każdy z tych kawałków zagnieżdża się w głowie i chodzi po niej całymi tygodniami. Nie przesadzę, pisząc, że to na pewno będzie jeden z najlepszych albumów 2018 roku, bo przez te wszystkie miesiące poznałem go zbyt dobrze, by mieć jakiekolwiek wątpliwości i mam nadzieję, że do Williama Malcolma ustawi się długa kolejka chętnych do współpracy producenckiej - nietrudno sobie wyobrazić, jak uświetnia repertuar Natalii Nykiel czy Rosalie.


Michał Bąk Quartetto - "Quartetto" (Alpaka Records)


W ubiegłym roku kilkukrotnie miałem okazję wychwalać młody jazz z Trójmiasta i nie inaczej będzie z "Quartetto" - kolejnym dowodem na to, że nowe pokolenie muzyków odznacza się imponującą otwartością głów i odwagą do poszukiwania własnych tożsamości muzycznych przy zachowaniu żywej pasji do tego, co było kiedyś, a nieraz ściśle współpracując i wymieniając doświadczenia z jazzmanami, którzy nie tak dawno temu również zaskakiwali świeżością, chociażby pod szyldem yassu.

Znamienite dla tego nowego pokolenia jest to, że raczej stroni od free jazzowych szaleństw, które mogłyby się wydawać najbardziej atrakcyjne dla młodego instrumentalisty. Melodie, harmonie, starannie zaplanowana każda nuta powracają niczym sprzeciw wobec frywolności, jaki w "Tangu" Sławomira Mrożka uosabia postać Artura zarzucającego swoim rodzicom: "Tak długo byliście antykonformistami, aż wreszcie upadły ostatnie normy, przeciw którym można się było jeszcze buntować. Dla mnie nie zostawiliście już nic, nic! Brak norm stał się waszą normą. A ja mogę się buntować tylko przeciw wam, czyli przeciwko waszemu rozpasaniu". Zespół Michała Bąka w tej walce z "rozpasaniem" jest natomiast swoistym łącznikiem, który balansuje na granicy dwóch światów - jazzu zapisanego i jazzu gotowego do wyjścia poza zapis.

Dla lidera-kontrabasisty zawsze, ze względu na specyfikę jego instrumentu, zadaniem dość trudnym jest zaistnienie na pierwszym planie i faktycznie często całą uwagę kradnie Emil Miszk oraz jego znakomite solówki na trąbce. Wyraźnie jednak słychać, że jest to kwartet świetnie zgrany, który bez trudu podąża za chwilowym, muzycznym przywództwem dowolnego z członków, co nie powinno dziwić - Miszk, saksofonista Piotr Chęcki i perkusista Sławek Koryzno występują razem także pod nazwą Algorhythm.

"Quartetto" to jeden z najciekawszych debiutów ubiegłego roku i jeden z kilku zwiastunów wielkich rzeczy, jakie wkrótce będą się w polskim jazzie dziać.


Falowiec - "EP" (HH50+)


Niejako przeciwwagą dla znakomitego młodego jazzu z Trójmiasta jest równie fascynujący ruch pięćdziesięcioletnich lokalnych raperów, którzy postanowili wyjść z cienia i podzielić się zarówno nowymi utworami, jak i twórczością starszą. Falowiec zalicza się do drugiej z tych kategorii.

Materiał z pięcioutworowej EPki powstał czternaście lat temu i nie tylko bity świadczą o jego archaiczności. Realia tekstów są mocno osadzone w przeszłości - na przykład "Galaxy" poświęcono niesławnemu sopockiemu klubowi, po którym ślad zaginął, a w "Jestem nikim" za nowe zdobycze technologiczne uchodzą DivX, odtwarzacz mp3, Gadu Gadu czy kolorowy wyświetlacz telefonu komórkowego. W dodatku całość intencjonalnie nie została poddana żadnym zabiegom uwspółcześniającym brzmienie. Celem było wywołanie ducha przeszłości, który przemyka między szesnastoma klatkami schodowymi najdłuższego falowca w Europie.

Jestem przekonany, że fani Quebonafide, Taco Hemingwaya, a już na pewno Young Multiego nie będą potrafili znaleźć w tym dziwacznym humorze i skromnych podkładach jakiejkolwiek wartości, ale podejrzewam, że o to też chodziło ekipie stojącej za HH50+. To muzyka nie dla zatwardziałych fanów hip-hopu, a dla pasjonatów oryginalnych brzmień pod dowolną postacią. Ja kupuję to bez zastrzeżeń.



Raper Orzech - "EP" (HH50+)



Ze wszystkich postaci związanych z HH50+ Raper Orzech ma zdecydowanie najciekawszy "flow", choć sam nie wiem, czy hip-hopowa nomenklatura jeszcze tu obowiązuje, czy mamy do czynienia raczej z melorecytacją albo po prostu mówieniem ze specyficznym akcentowaniem.

Wyjątkowość Orzecha polega natomiast na tym, że jeżeli źle dobierzemy głośność, to subwoofer może zwyczajnie eksplodować, a korzystanie ze słuchawek grozi utratą słuchu. Dawno nie słyszałem tak potężnego, basowego głosu; podejrzewam, że mógłby znaleźć także militarne zastosowanie, ale na szczęście po pięćdziesiątce wojskiem nie trzeba się już przejmować.

EPka Rapera Orzecha tym się różni od materiału Falowca, że nie pojawia się konieczność patrzenia na nią jak na dokument epoki, który dzisiaj zaciekawia głównie biletem na podróż w przeszłość. Podkłady Rapera Orzecha są równie skromne, ale współczesne, intrygujące, dalekie od trapowych banałów, jakimi dławi się dzisiejszy mainstreamowy hip-hop. Z tego powodu prawdopodobnie także to wydawnictwo trafi głównie do ludzi otwartych na muzyczne eksperymenty, niekoniecznie do fanów gatunku, ale bardzo chciałbym pomylić się i zobaczyć, jak nastolatki słuchają: "Spotykam ludzi, mówią coś o przyjaźni i miłości i te pe. Spotykam ludzi, mówią czasami pięknie. Kogo to obchodzi? O czymś trzeba gadać z gadami".

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (16)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

15

listopada

Dzień Filozofa Gdańsk, Instytut Kultury Miejskiej

15

listopada

Chango Gdańsk, Plama

18

listopada

Przemoc i Pamięć - oprowadz... Gdynia, Muzeum Miasta Gdyni

Kultura

Nie żyje piosenkarka Regina Bielska
Nie żyje piosenkarka Regina Bielska
Trójmiejscy pisarze pod fałszywym imieniem. O pseudonimach literackich
Pseudonimy trójmiejskich pisarzy

Kulinaria

W Protokulturze śmiałkowie jedli najostrzejsze papryczki świata
Jedli najostrzejsze papryczki świata
Święto młodego wina i historie unikatowych roczników
Unikatowe roczniki i święto młodego wina

Planuj z nami tydzień

Planuj tydzień: Narracje i dużo koncertów
Planuj tydzień: Narracje i dużo koncertów

    Najczęściej czytane