Wiadomości

stat

Jazz do tańczenia. Relacja z koncertu Roya Hargrove'a

Roy Hargrove udowodnił, że jazz może być świetną rozrywką, a nie jedynie muzyką dla elit.
Roy Hargrove udowodnił, że jazz może być świetną rozrywką, a nie jedynie muzyką dla elit. fot. Mateusz Słodkowski/trojmiasto.pl

Aktywność studyjna Roya Hargrove'a drastycznie zmalała w ostatnich latach. Jako lider nie opublikował premierowego materiału od 2009 roku, a wśród jego niedawnych współpracowników nie brak znanych nazw (D'Angelo, Common, The 1975), lecz żadna nie jest ściśle związana z muzyką jazzową. Koncert w Starym Maneżu był więc zagadką. Czy Hargrove jeszcze "to" ma? Czy nowy zespół dorówna kwintetowi, z którym nagrał "Earfood"? Na odpowiedzi nie trzeba było długo czekać.



Mniej więcej po kwadransie każdy z muzyków miał już za sobą przynajmniej jedną salwę oklasków nagradzających świetne, techniczne oraz melodyjne zarazem, solówki. Te pierwsze minuty zdefiniowały brzmienie zespołu, który choć zaczął w niemal free jazzowym duchu, by natychmiast przejść do rejonów straight ahead, post-bopu czy momentami nawet funku, to daleki był od coraz bardziej popularnego łączenia stylów i gatunków. Hargrove jest kompozytorem ściśle osadzonym w tradycji jazzu i nawet jeżeli sięga po dodatkowe inspiracje, to zawsze tłumaczy je na język własnej muzyki. Nie zamierzam podsycać konfliktu pomiędzy "starym" a "nowym", ale tego pierwszego w niearchaicznej, niesięgającej po standardy formie jest z roku na roku coraz mniej, więc warto podkreślić zasługi teksańskiego trębacza na polu krzewienia jazzowego dziedzictwa.

O tym, że jazz nie musi być elitarną twórczością dla wąskiego grona zapaleńców można było się przekonać bardzo szybko - część publiczności z trudem wysiadywała na krzesłach, wysłuchując swingujących prowokacji do tańca, a pod koniec kilka osób ostatecznie poddało się urokowi i zamieniły krzesła na przestrzeń pod ścianą, gdzie można było bez skrępowania podrygiwać. Sprawiedliwie trzeba natomiast uznać, że największą zasługę miał w tym nie lider, a perkusista, który podczas wymieniania nazwisk członków kwintetu zebrał najgłośniejsze owacje.

Quincy Phillips na pewno zyskał wczoraj wielu nowych fanów. Jego fenomenalny styl kradł niemalże całą uwagę.
Quincy Phillips na pewno zyskał wczoraj wielu nowych fanów. Jego fenomenalny styl kradł niemalże całą uwagę. fot. Mateusz Słodkowski/trojmiasto.pl
Quincy Phillips nie jest postacią bardzo znaną w jazzowym światku, co zważywszy na jego umiejętności zdaje się być większą stratą dla jazzu niż dla niego. Jeszcze przed rozpoczęciem koncertu można było podejrzewać, że dziać się będą rzeczy magiczne, bo dwa werble i dwa hi-haty w jednym zestawie perkusyjnym to widok rzadki, a w dodatku okazało się, że muzyk z Baltimore jest jednym z nielicznych, którzy potrafią wykorzystać potencjał charakterystycznego spiralnego talerza. To talerz efektowy, więc siłą rzeczy nie powinien być za często używany, jednak dla wielu ma on więcej walorów estetycznych niż brzmieniowych. Phillips doskonale wiedział, co zrobić z tym narzędziem, aby rozgrzać słuchaczy, a jego motoryczna, bardzo głośna gra momentami do złudzenia przypominała elektroniczny bit. Elektroniczny i elektryzujący zarazem.

Lider prezentował się na tym tle przede wszystkim jako wprawiony showman.
Poruszał się po scenie z luzem, jaki często kojarzy się z początkami jazzu, nie rozstawał się z okularami słonecznymi, a nawet zdarzało mu się zatańczyć, czyli robił wszystko to, co kryje się pod słowem "cool". Na szczęście nie była to wyłącznie zasłona kamuflująca brak formy, Hargrove wciąż potrafi zachwycić zarówno solowym popisem, jak i prowadzeniem zespołu. Raz czy dwa niemal niezauważalnie interweniował, nakierowując najmłodszego w grupie Ameena Saleema na odpowiedni tor, gdy ten na przykład nie spostrzegł początku solówki saksofonisty Justina Robinsona. Jedynym poważnym mankamentem było tak naprawdę użycie głosu, bo choć "każdy śpiewać może", to jednak nie każdy powinien publicznie, a Hargrove ewidentnie nie ma do tego drygu, co jednak skutecznie nadrabiał charyzmą.

Jazz, jaki usłyszeliśmy w środę w wykonaniu Roy Hargrove Quintet, to przede wszystkim jazz rozrywkowy i zgodnie z jego przeznaczeniem ponad półtoragodzinny występ (w dodatku zwieńczony instrumentalnym coverem "Rock with You" Michaela Jacksona) od pierwszej do ostatniej minuty trzymał publikę w garści. Tańczyliśmy tak, jak nam Hargrove z ekipą zagrali.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (4)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

18

stycznia

8. Dni Muzyki Nowej Gdańsk, Klub ŻAK

27

stycznia

Antarktyczna przygoda Gdynia, Experyment

31

grudnia

Kultura

W pogoni za Żar-Ptakiem. Recenzja spektaklu "Iwan - carski syn"
Recenzja spektaklu "Iwan - carski syn"
Karnawałowy wieczór z Alicją Węgorzewską i Cappellą Gedanensis w Starym Maneżu
Wieczór z Alicją Węgorzewską

Kulinaria

Wyspa Spichrzów: Słony Spichlerz pełen restauracji
Słony Spichlerz pełen restauracji
Okiem dietetyka: warto jeść kiszonki
Okiem dietetyka: warto jeść kiszonki

Planuj z nami tydzień

    Najczęściej czytane