Różnorodny i nieprzewidywalny. Podsumowanie festiwalu Jazz Jantar

Christian Scott, jedna z najważniejszych postaci, jakie pojawiły się w tym roku na scenie Sali Suwnicowej w Żaku.
Christian Scott, jedna z najważniejszych postaci, jakie pojawiły się w tym roku na scenie Sali Suwnicowej w Żaku. fot. Paweł Wyszomirski / testigo

Niektórzy twierdzą, że wszystko, co w jazzie najlepsze już się wydarzyło. Bzdura! Czy obecni piłkarze baliby się grać z mistrzami sprzed lat? Nie. Tak samo my nie boimy się konfrontacji z legendami - mówił buńczucznie ze sceny Christian Scott, którego koncert uświetnił tegoroczną edycję festiwalu Jazz Jantar.



Pół wieku temu jazz był muzyką buntu. Dziś częściej jest oprawą kawiarnianych pogaduszek. Ale nie dla Christiana Scotta, czyli jednej z najważniejszych postaci, jakie pojawiły się w tym roku na scenie Sali Suwnicowej w Żaku. Scott traktuje jazz serio, nawet jeśli wychodzi na scenę w bluzie dresowej, żółtych, żarówiastych adidasach, ze złotym naszyjnikiem i "mało poważnym" czubem na głowie.

Scott nie tylko gra na trąbce - jest dowódcą oddziału, hersztem bandy, wojownikiem. Ze sceny opowiadał o rasistowskich incydentach, których był ofiarą, walczył ze stereotypami (jazz i heroina), oddał hołd tradycji (dziadek z Nowego Orleanu) oraz rzucił jej wyzwanie twierdząc buńczucznie, że jego muzyka jest równie dobra, jak muzyka wielkich mistrzów sprzed lat.

Stary mistrz Jack DeJohnette nadal potrafi się bawić perkusją.
Stary mistrz Jack DeJohnette nadal potrafi się bawić perkusją. fot. Maciej Moskwa / testigo
Mistrzów takich jak perkusista Jack DeJohnette, który zagrał trzy dni wcześniej (4.11) w trio z saksofonistą Ravim Coltrane'm (synem legendarnego Johna) i basistą Matthew Garrisonem (synem wybitnego Jimmy'ego Garrisona, z którym John Coltrane nagrał m.in. "A Love Supreme"). DeJohnette już z nikim nie walczy, ale w końcu ma siedemdziesiąt cztery lata. Pokazał za to, jak można znakomicie bawić się perkusją, jazzem, improwizacją, muzyką w ogóle. Dał się poznać publiczności zresztą nie tylko jako perkusista - czarował także dźwiękami za klawiaturą fortepianu.

Kwintet Scotta nie chciał się bawić w jazz. Oni postanowili roznieść Salę Suwnicową, rozsadzić ją swoją złością. Nie przez przypadek tak dużo w ich koncepcji "Strech Music" wpływów hip-hopu, muzyki buntu przełomu wieków. Ale, paradoksalnie, największe wrażenie zrobiło na mnie melancholijne solo zagrane a capella przez alcistę Logana Richardsona.

Terence Blanchard zagrał na finał festiwalu.
Terence Blanchard zagrał na finał festiwalu.
Podobnie mocarne brzmienie zaprezentował inny zasłużony wojownik trąbki - Terence Blanchard (również z Nowego Orleanu), współpracownik m.in. reżysera Spike'a Lee. Jego E-Collecitve jednak zabrzmiał zdecydowanie bardziej filmowo, elektrycznie, a nawet rockowo (progresywnie). Zresztą Blanchard i spółka grali tematy znane ze srebrnego ekranu (m.in. z "Talk To Me" Kasi Lemmonsa), a cały zespół wykrystalizował się z sesji nagraniowej z muzyką filmową.

W czasach, gdy trzeba grać głośno, by przekrzyczeć zgiełk uliczny, jazgotliwe reklamy, a publiczność najlepiej się czuje na koncertach, na których bas wywraca jelita na lewą stronę, być może najwięcej odwagi potrzeba, żeby zagrać koncert solowy na fortepianie. Dla mnie bohaterem Jazz Jantaru był więc Jason Moran (podobnie zresztą jak w ubiegłych latach Vijay Iyer i Craig Taborn). Tam, gdzie inni grali dźwięki, tam Moran snuł opowieść. Między utworami przypomniał zresztą swego tragicznie zmarłego nauczyciela muzyki, który pokazał mu, jak dotykać klawiszy, by zabrzmiały w sposób wyjątkowy. I Moran tę naukę sobie przyswoił.

Jason Moran celebruje trunek wręczony mu chwilę wcześniej osobiście przez dyrektorkę klubu.
Jason Moran celebruje trunek wręczony mu chwilę wcześniej osobiście przez dyrektorkę klubu. fot. Paweł Wyszomirski / testigo
Zresztą, nie tylko w mięśniach dłoni i palców tkwi jego geniusz. To artysta, który w trakcie godzinnego setu potrafi zagrać awangardę (długi dron grany techniką arpeggio na basowych dźwiękach), monkowy jazz, liznąć Chopina i skończyć wszystko ragtime'm - a to wszystko w sposób spójny i smakowity. To człowiek, który potrafi z całym swym urokiem osobistym poprosić ze sceny o butelkę piwa tak, by dyrektorka klubu przyniosła mu ją osobiście z uśmiechem na ustach.

Jazz Jantar trwał długo, nawet bardzo długo. Jedenaście dni koncertowych, dwadzieścia dwa składy. Ująć wszystkiego w jednym krótkim tekście nie sposób. Ale nie tylko wielkie gwiazdy zaznaczyły swą obecność na festiwalu. W końcu cały Jazz Jantar rozpoczął się od premiery płyty "naszej" Krystyny Stańko, która program koncertowy "Mój Jobim" przekuła w album "Novos Anos". Wokalistka po raz kolejny udowodniła, że jako liderka ma niezwykły dar do wybierania sobie współpracowników. Trzech z nich znamy doskonale: to Dominik Bukowski (wibrafon), Piotr Lemańczyk (kontrabas) i Piotr Wądołowski (gitara klasyczna). Ale Stańko dorzuciła jeszcze wisienkę na torcie (a w zasadzie ufundowała drugi tort) w postaci wybitnego perkusjonalisty Zé Louisa Nascimento, który absolutnie zawładnął zmysłami publiczności.

Bugge Wesseltoft i jego "nie-tak-znowu-nowa" koncepcja jazzu.
Bugge Wesseltoft i jego "nie-tak-znowu-nowa" koncepcja jazzu. fot. Paweł Wyszomirski / testigo
Przy tak długim (i odważnie skonstruowanym) programie musiały pojawić się potknięcia. To największe chyba wydarzyło się podczas koncertu Bugge Wesseltofta, który odświeżył program New Conception Of Jazz. Niestety w nowym składzie zabrakło jego słynnych współpracowników - Nilsa Pettera Molvaera czy Eivinda Aarseta. Żeński skład (Marthe Lea, Oddrun Lilja Jonsdottir, Sanskriti Shrestha i Siv Øyunn Kjenstad) nie udźwignął legendy, a i sam Bugge niewiele tchnął nowego do dwudziestoletniej koncepcji, ba, wydawał się wręcz nieco pogubiony w gąszczu kabli, otoczony przez kilka klawiatur i komputer.

Jazz Jantar trwał długo, ale nie za długo. Może dlatego, że był niezwykle różnorodny i nieprzewidywalny. Dał się nacieszyć fanom jazzu akustycznego (Avishai Cohen Quartet) i eksperymentów (The Dwarfs Of East Aguoza). Pozwolił spotkać się z legendą (DeJohnette) i młodymi jazzmanami jak Grzegorz Tarwid. Zaprosił artystów z Bliskiego Wschodu i Dzikiego Zachodu. Tak demokratyczny i eklektyczny festiwal to skarb. Zwłaszcza w świecie, który coraz bardziej boi się własnej różnorodności.

Opinie (4) 1 zablokowana

  • świetna impreza

    jak dobrze, że mamy w Trójmieście takie rodzynki muzyczne. Mówcie, co chcecie, ale jazz zawsze ma w sobie magię.

    • 23 0

  • Christian Scott to nr 1 obecnej edycji festiwalu. Genialny koncert

    • 17 0

  • Borys, co słychać u Ciebie?

    • 1 4

  • Żak jak zawsze trzyma wysoki poziom :-)

    • 10 0

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Koncert Muzyki Filmowej i Epickiej
Koncert Muzyki Filmowej i Epickiej
muzyka chóralna, widowisko / show
paź 22
piątek, g. 19:00
Gdynia, Gdynia Arena
Mela Koteluk & Kwadrofonik
Mela Koteluk & Kwadrofonik
rock, pop
paź 29
piątek, g. 20:00
Gdańsk, Stary Maneż
Fisz Emade Tworzywo - Ballady i Protesty
Fisz Emade Tworzywo - Ballady i Protesty
muzyka alternatywna
lis 12
piątek, g. 20:00
Gdańsk, Stary Maneż

Kultura

Kulinaria

Nowe Lokale

Sprawdź się

Sprawdź się

Pod jaką nazwą działa klubogaleria w śródmieściu Gdańska, zajmująca 5-kondygnacyjny budynek, w której odbywają się imprezy, wystawy, koncerty?