Wiadomości

stat

Renata Irsa: Często słyszę, że jestem nie z tej bajki

"W ostatnich dwóch latach musiałam się zmierzyć z tak wymagającymi zadaniami, wymagającymi sporo odwagi, że jak mi się już udało, pomyślałam sobie, że właściwie co mnie ogranicza w zawalczeniu o muzykę?"
"W ostatnich dwóch latach musiałam się zmierzyć z tak wymagającymi zadaniami, wymagającymi sporo odwagi, że jak mi się już udało, pomyślałam sobie, że właściwie co mnie ogranicza w zawalczeniu o muzykę?" mat. prasowe

Kiedy usłyszała swoje utwory na antenie radiowej Trójki zrozumiała, że nadszedł czas żeby nagrać swoją debiutancką płytę. Pięć miesięcy później ukazał się krążek "Nie z tej bajki". O odwadze, o tym w czym tkwi sekret kobiecej siły oraz skąd bierze inspiracje do tekstów, tak trafnie opisujących rzeczywistość, opowiedziała Renata Irsa.



Aleksandra Wrona: Swoją debiutancką płytę zapowiadałaś słowami: "Będzie odważnie i nierozważnie, poważnie, niepoważnie i... słonecznie". Kryjesz w sobie sprzeczności?

Renata Irsa: Oj tak! Ale to chyba jak każdy. Wojciech Mann powiedział o mnie, że jestem osobą albo odważną, albo bardzo nierozważną, tworząc muzykę osadzoną w jazzie teraz, gdy lansuje się "rytmy i pieśni proste", do których się "łatwo klaszcze i buja". Powiedział to nie kryjąc swego uznania dla tego, co napisałam i skomponowałam. Zastanawiałam się, czy jestem bardziej odważna, czy nierozważna i ostatecznie doszłam do wniosku, że mam obie te cechy. Granica miedzy nimi bywa niezwykle cienka. A to, że będzie "poważnie, niepoważnie i słonecznie" dotyczy tekstów, z których część jest bardzo na serio, a część pisana z przymrużeniem oka. Ale nawet te "niepoważne" tak naprawdę w żartobliwym przekazie zawierają sporo poważnych obserwacji. No i jest "słonecznie", bo na płycie są też pogodne utwory, takie jak "Przyjaciółki".

Myślę, że odwaga miała tutaj duże znaczenie, ponieważ twoje utwory znalazły się na antenie radiowej Trójki. Co sprawiło, że wysłałaś swoje demo do Wojciecha Manna?

Doświadczenia. W ostatnich dwóch latach musiałam się zmierzyć z tak wymagającymi zadaniami, wymagającymi sporo odwagi, że jak mi się już udało, pomyślałam sobie, że właściwie co mnie ogranicza w zawalczeniu o muzykę? Przynajmniej warto spróbować! Coś mnie podkusiło, żeby wysłać demo do Trójki. Następnego dnia sprawdziłam, czy jest jakiś odzew, nie było, sprawdziłam kolejnego dnia, nadal nic, trzeciego dnia uznałam, że mój mail gdzieś przepadł i przestałam już sprawdzać pocztę.

Wojciech Mann powiedział o mnie, że jestem osobą albo odważną, albo bardzo nierozważną, tworząc muzykę osadzoną w jazzie teraz, gdy lansuje się "rytmy i pieśni proste", do których się "łatwo klaszcze i buja".
Jak się poczułaś, kiedy dowiedziałaś się że twoje utwory jednak będą w audycji?

Byłam bardzo zaskoczona, jechałam samochodem, kiedy zadzwonił do mnie mąż i wykrzyczał do słuchawki: "Włącz szybko Trójkę, lecą twoje piosenki!".

Nikt cię nie uprzedził?

Wojciech Mann napisał do mnie maila: "Proszę słuchać dzisiejszej audycji, będzie o pani", ale to było już wtedy, kiedy pogodziłam się z tym, że nic z tego nie będzie i przestałam tak często sprawdzać skrzynkę. Zdążyłam usłyszeć tylko końcówkę utworu "Kilka róż", na szczęście znajomi szybko podesłali mi link do audycji. Byłam wtedy w kinie, wyszłam z sali i odsłuchałam audycję. Nie byłam w stanie wrócić na film, seans się skończył, a ja siedziałam jak otępiała na podłodze pod toaletą kina. To było niesamowite uczucie. Myślę, że nawet pochwała od jakiejś super popularnej gwiazdy MTV nie zrobiłaby na mnie takiego wrażenia, jak słowa Wojciecha Manna. Jest w Polsce kilka osób, które są dla mnie autorytetami. Jedną z nich jest Wojciech Mann, no i ruszył lawinę.

To był ten moment, kiedy postanowiłaś, że nagrasz płytę?

Tak, to był ten moment. Jak u Bridget Jones, tylko że u niej był Mark Darcy i impreza w sweterku z reniferem, a u mnie... podłoga pod toaletą w kinie i słuchawki na uszach (śmiech).

Od decyzji o nagraniu płyty do płyty "Nie z tej bajki" minęło zaledwie 5 miesięcy. Miałaś już gotowe utwory?

Częściowo tak, pisałam je podczas studiów na Akademii Muzycznej. Choć ewoluowały. Tekst piosenki "Kilka róż", która promuje płytę, zmieniałam już tyle razy, że bałam się, że na koncertach będę myliła się we własnej piosence. Nie nagrałam wszystkich moich starych piosenek, część płyty to nowe kompozycje. Wpadłam w taki twórczy trans, że miałam wrażenie, że wyrzucam z siebie tekst za tekstem. Pisałam, gdzie tylko się dało, a muzykę nagrywałam na dyktafon. Ludzie mówią, że poszło mi to bardzo szybko, mi samej ciężko to ocenić.
Niewątpliwym atutem Twojej twórczości są teksty. Skąd czerpiesz inspiracje?

Moje teksty biorą się z własnych doświadczeń i obserwacji innych ludzi. Mam to szczęście, że w moim bliskim otoczeniu jest sporo mądrych, szczerych kobiet. Często rozmawiamy. Na przykład w "Tango matrimonio" dowcipnie opowiadam o małżeńskim podziale obowiązków. Ten utwór miał być żartem, takim trochę lekkim przerywnikiem wśród jazzowych kompozycji, a widzę po reakcjach ludzi na koncertach, że chyba opisałam rzeczywistość spod niejednej polskiej strzechy.

Na Twojej płycie mocno jest wyczuwalny pierwiastek kobiecy, znajdziemy tam kobietę jako matkę, przyjaciółkę, kochankę... W czym, według ciebie, tkwi tajemnica kobiecej siły?

Moim zdaniem siła kobiet tkwi w byciu niezawistnymi. Może gdzieś w naszą naturę wpisana jest ta chęć podobania się, błyszczenia, bycia najlepszą, najpiękniejszą, a przynajmniej piękniejszą od innych, ale właśnie mądrość kobiety polega na tym, żeby się wznieść ponad to. Bo każda ma coś unikatowego, na czym może budować swoją niezwykłość, a zawiść z powodu czyjejś urody, bogactwa, męża czy czegokolwiek innego jest po prostu głupia, destrukcyjna. W utworze "Przyjaciółki" śpiewam o tym, że nie chcę się przyjaźnić z kobietą, przed którą nie mogę się zestarzeć. Taką, która z mojej słabości zrobi sobie temat do rozmów z innymi, sobie podobnymi. Kobiety, dla których zawsze znajduję czas w moim dość zabieganym życiu, nie oceniają, lecz wspierają. A jeśli krytykują, to z troski.

Jak moja przyjaciółka mówi mi "powiedz mi, kiedy w tym tygodniu możesz do mnie przyjechać na masaż twarzy", to ja już wiem, że wyglądam fatalnie i moja zmęczona twarz wymaga natychmiastowej pomocy (śmiech). Moja przyjaciółka nie mówi mi "wyglądasz na zmęczoną", tylko od razu kombinuje, co może zrobić, żeby mi ulżyć. Siła kobiet pojawia się tam, gdzie nie ma zawiści, a jest pomaganie sobie nawzajem.
Mimo dorosłego wieku wciąż nie mogę się nadziwić, że ktoś wybiera krzywdzenie innych niż cieszenie się życiem, choć on też jest tu tylko na chwilę.

A czy twoja muzyka jest dla kobiet?

Zdecydowanie, chociaż nie chciałabym zostać wrzucona w szufladkę "kobiecy repertuar". Wiem, że mężczyźni też kupują moją płytę. I na koncertach jest raczej po połowie pań i panów.

Męską stroną twojej płyty jest na pewno jej muzyczna odsłona. Gra na niej bardzo wielu świetnych muzyków. Jak udało Ci się skompletować taki skład?

Niektórych znałam jeszcze z czasu teatru, w Trójmieście działa grupa Maybe Theatre Company, która wystawia w oryginale sztuki muzyczne. Wystąpiłam w dwóch musicalach, gdzie poznałam Artura Jurka, pianistę oraz kontrabasistę Jarka Stokowskiego. Potem już na Akademii Muzycznej Jarek zagrał ze mną podczas jednego z recitali, wtedy też poznałam Pawła Zagańczyka, akordeonistę. A odkryciem przy pracy nad płytą stali się dla mnie Grzegorz Lewandowski, perkusista i Marcin Janek, saksofonista. Ta piątka to mój koncertowy dream team. Praca z zawodowcami to ogromny komfort, nie straciliśmy ani minuty w studiu nagrań.

Jedna z twoich piosenek nosi tytuł "Pohulanka", jest też taka ulica w Gdańsku. Czy można tu szukać powiązań? Jak wyglądała twoja przygoda z Trójmiastem?

Pochodzę z Warmii i Mazur, z miasta Reszel. Zanim osiadłam w Trójmieście mieszkałam w kilku miejscach m.in. w Warszawie, w Saragossie, w Barcelonie. Pierwszy raz przyjechałam tu na studia, później przez lata zmieniałam miejsce zamieszkania, aż zakochałam się w chłopaku z Sopotu, który dziś jest moim mężem. Dobrze się żyje w Trójmieście, bardzo je lubię. W Warszawie brakowało mi przyrody, tu pod tym względem jest pełna rozpusta: jedzie się na przykład Malczewskiego, między Sopotem a Gdynią, a tu las, w samym środku metropolii! Jest tu też bardzo bogata scena muzyczna, są świetni muzycy jazzowi, kiedy szukałam zespołu do nagrania płyty, nie miałam potrzeby szukać dalej. Natomiast nazwa Pohulanka to zbieg okoliczności, odkryłam tę ulicę już po tym, jak wymyśliłam tytuł. I jak się okazało, zdarzało mi się w czasie studiów hulać całkiem niedaleko ulicy Pohulanki w Gdańsku (śmiech).

Myślisz już o kolejnej płycie?

Tak. Jeszcze jej do końca nie zdefiniowałam pod względem stylistyki, ale już piszę. Myślę, że kolejna płyta wyjdzie w przyszłym roku, na razie chcę się nacieszyć debiutem.

W takim razie wróćmy do twojej debiutanckiej płyty. Co w niej jest "nie z tej bajki"? Muzyka, teksty, a może sama Renata Irsa?

Często słyszę, że jestem nie z tej bajki. Nie wiem do końca, co ludzie mają na myśli, mówiąc tak. Ja myślę, że może to przez moje postrzeganie świata... Z jednej strony mam świadomość ogromu krzywd i niesprawiedliwości na świecie. Mimo dorosłego wieku wciąż nie mogę się nadziwić, że ktoś wybiera krzywdzenie innych niż cieszenie się życiem, choć on też jest tu tylko na chwilę. Głęboko odczuwam niesprawiedliwość, czyjś ból, nie potrafię oglądać filmów o wojnie. Nie będę córce czytać bajek typu "Brzydkie kaczątko", bo to odrzucenie z powodu nie takiego koloru piór jest dla absurdem, oznaką małości. Matka, która swemu dziecku mówi, że jest brzydkie... nie potrafię zaakceptować takich rzeczy, przy czytaniu tej bajki pewnie bym się wzburzyła i moja córka zamiast się wyciszyć na noc, rozpłakałaby się, bo bym na tej matce kaczce nie zostawiła suchej nitki.

Wiem z gazet i książek, ile się dzieje zła na świecie, ale z drugiej strony nie przestaję wierzyć w ludzi. Za każdym razem, gdy przeczytam, że obcy ludzie zebrali pieniądze na czyjeś leczenie czy że jakieś dziecko wykształciło się dzięki wsparciu anonimowego darczyńcy, to biegnę do męża i mówię "a widzisz, jest jeszcze tyle dobrych ludzi!". Taką miłość chciałam zawrzeć w utworze "Kołysanka na pokoik dziecięcy". Napisałam ją dla mojej córki, ale z myślą również o innych dzieciach i o ludziach dorosłych. To chyba tam jest ta moja "nieztejbajkowość". W każdym razie tak mi mówi mąż (śmiech).

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (11)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

22

października

Wystawa na ekranie: Ferrari... Gdańsk, Multikino Gdańsk

26

października

National Theatre Live: Fran... Gdańsk, Multikino Gdańsk

31

października

Stacey Kent Gdańsk, Stary Maneż

Kultura

Krew nie woda, majtki nie pokrzywa. O spektaklu "Chłopem i babą stworzył nas Bóg"
O "Chłopem i babą stworzył nas Bóg"
SS Sołdek ma już 70 lat
SS Sołdek ma już 70 lat

Kulinaria

Smaki deluxe: jesienne menu w trójmiejskich restauracjach
Jesienne menu w restauracjach
Sztuczka doceniona w konkursie Wine&Food Noble Night
Sztuczka laureatem Wine&Food Noble Night

Planuj z nami tydzień

Planuj tydzień: trochę jesiennego wyciszenia
Planuj tydzień: trochę jesiennego wyciszenia

    Najczęściej czytane