Wiadomości

stat

Zespół eM o nowej płycie: Mamy dość showbiznesu

Obecny skład zespołu eM: Mariusz Dalecki, Artur Olkowicz i Paweł Kaczyński.
Obecny skład zespołu eM: Mariusz Dalecki, Artur Olkowicz i Paweł Kaczyński. fot. Szymon Michna/mat. prasowe

Byliśmy popularni, ale nasłuchaliśmy się, że jesteśmy wykreowanym przez stacje radiowe produktem. Dziwiliśmy się, że nazywają nas komercyjnym zespołem, a my nie utrzymujemy się z muzyki. Mieliśmy też dość nacisków ze strony producentów i dziennikarzy. O nowej płycie, muzycznym showbiznesie i amerykańskiej przygodzie zespołu eM rozmawiamy z liderem grupy, Mariuszem Daleckim. Premiera albumu "Emocje" w sobotę (23 października) w gdańskim Rock Cafe.



Łukasz Stafiej: Jeszcze trzy lata temu piosenki eM leciały w największych stacjach radiowych. Dlaczego nagle zrobiło się o was cicho?

Mariusz Dalecki: W pewnym momencie po prostu zmęczyliśmy się sobą. Bo zespół eM nie powstał w 2002 roku, kiedy to nagraliśmy przebój "Tramwaje jak komety (Tu wszystko się kończy i zaczyna; Gdańsk, Sopot, Gdynia)", który stacje radiowe grały na okrągło, a o nas zrobiło się wtedy głośno. Tak naprawdę za rok stuknie nam osiemnastka. Pomyśleliśmy, że zrobimy sobie przerwę.

Łatwo przerwać tak dobrze zapowiadającą się karierę?

Przyznam, że gdy wygraliśmy konkurs "Ekspresowy Start" w radiowej Trójce, to poczuliśmy się, jak byśmy złapali Pana Boga za nogi. Z takim nastawieniem nagrywaliśmy pierwszą i drugą płytę. Od 2004 do 2007 roku nasza muzyka była przyjmowana świetnie - piosenki trafiały na listy przebojów, graliśmy jako gwiazdy na festiwalach, dostawaliśmy dobre recenzje i wiele osób chciało nas znać. Jednak jakiś trybik w tej maszynie w pewnym momencie nie zazgrzytał tak jak powinien. Poczuliśmy, że dalej się nie przebijemy.

Zmęczył was muzyczny showbiznes?

Tak, bo on nie ma nic wspólnego z muzyką. Byliśmy popularni, ale nasłuchaliśmy się, że jesteśmy wykreowanym przez stacje radiowe produktem, a nasz sukces to efekt znajomości. Dziwiliśmy się, że nazywają nas komercyjnym zespołem, a my nie utrzymujemy się z muzyki. Mieliśmy też dość ciągłych sugestii ze strony wytwórni czy dziennikarzy, jak powinniśmy grać. Naciski pojawiły się już przy nagrywaniu "Tramwajów...". Tuż po wygranej w konkursie, powiedziano nam, że tak naprawdę piosenkę trzeba trochę zmienić, żeby była bardziej wakacyjna i przebojowa. Przy wyborze kolejnych singli były ciągłe kłótnie pomiędzy menadżerem, a radiem. A my byliśmy gdzieś pomiędzy tymi układami.

Dlatego trzecią płytę wydaliście samodzielnie?

Gdy dwa lata temu zaczynaliśmy prace nad "Emocjami", stwierdziliśmy, że nasz trzeci album nagramy nie idąc na żadne kompromisy. Że nie będzie przychodził jakiś pan producent czy redaktor i mówił nam, co i jak mamy robić. Próby ingerencji z zewnątrz były, ale my konsekwentnie odmawialiśmy. I nagle okazało się, że jedna wytwórnia nie jest zainteresowana, druga nie ma pieniędzy i tak dalej. Więc wszystko samodzielnie sfinansowaliśmy. Jak brakowało pieniędzy, odkładaliśmy płytę na bok i wracaliśmy na jakiś czas do codziennego życia.

Poprzednie dwa albumy były sprzedawane w tysiącach egzemplarzy, "Emocje" wytłoczyliście w liczbie raptem 333 kopii. Skąd ten pomysł?

Bo pochodzimy z Trójmiasta, jest to nasz trzeci album i nagraliśmy go w trzy osoby. Każda kopia jest numerowana i podpisana przez członków zespołu. Płytę będzie można kupić tylko na koncertach czy w Internecie i tym razem nie będzie raczej grywana w popularnych stacjach radiowych. Nie kierowaliśmy się kryteriami sprzedaży.

Ponoć mastering zrobiliście w Ameryce?


Produkcją zajął się gdańszczanin Dominik Kuśmierczyk, ale brzmienie piosenek szlifowane było faktycznie za oceanem. Z tym się wiąże dość nieprawdopodobna historia. Zaczyna się od tego, że uwielbiam nowoczesne gitarowe brzmienia, które mają w sobie ducha lat 70. Na książeczce najnowszej płyty Kings Of Leon znalazłem nazwisko producenta Richarda Dodda z Nashville. Wpadliśmy na szalony pomysł, żeby zaproponować mu mastering płyty. Moja przyjaciółka ze Stanów zadzwoniła do niego, pojechała na spotkanie i puściła naszą muzykę. Facet posłuchał i mówi - podoba mi się, robię to.

Człowiek odpowiedzialny za brzmienie słynnych Kings Of Leon pomagał wam przy płycie?

I to nawet trzykrotnie. Trzy razy prosiliśmy go o zmasterowanie płyty od nowa, bo ciągle komuś coś nie pasowało. On doradzał, przyjmował co do jednego szczegółu nasze poprawki i przysyłał nowe wersje. W Polsce to jest nie do pomyślenia - u nas za jedną zmianę wystawia się nowy rachunek. Z resztą już po zaakceptowaniu ostatniej wersji, obawialiśmy się, że umówiona kwota wzrośnie trzykrotnie. A Richard na to odpowiada mojej przyjaciółce, która była naszym łącznikiem, że tak spodobał mu się nasz entuzjazm, to ciągłe dogadywanie szczegółów i szczera wymiana pomysłów, że poczuł się, jakby znów miał osiemnaście lat i rezygnuje z większości honorarium. Na koniec jeszcze zaprosił nas do swojego studia na nagrywanie kolejnego krążka.

Znajdziemy na "Emocjach" następcę przeboju "Tramwaje jak komety"?

Na album trafiło dziesięć piosenek, z których ponad połowa to zupełnie nowe kawałki. Chcieliśmy, aby płyta była surowa i gitarowa oraz ostrzejsza od dwóch poprzednich. Nigdy nie tworzyliśmy specjalnie radiowych przebojów. Jeśli powstawały, to raczej dlatego, że mamy naturalną umiejętność pisania prostych, chwytliwych melodii. Takich na płycie "Emocje" też nie zabraknie.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (21)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Najnowsze wiadomości

Kalendarz imprez

kalendarz

Zdjęcia z imprez

    Nowe lokale

    Najczęściej czytane