Wiadomości

stat

Spoiwo: "Działamy teraz z żelazną dyscypliną"

Spoiwo: - Jesteśmy po dwóch ostatnich koncertach tej trasy i wracamy do komponowania nowych rzeczy i kończenia starszych szkiców. Wiosna będzie więc raczej cicha, ale jesienią wracamy z pełną pompą.
Spoiwo: - Jesteśmy po dwóch ostatnich koncertach tej trasy i wracamy do komponowania nowych rzeczy i kończenia starszych szkiców. Wiosna będzie więc raczej cicha, ale jesienią wracamy z pełną pompą. fot. Karol Makurat
Najnowszy artukuł na ten temat

Gdańsk bohaterem teledysku duetu "ktoś inny"

Są takie zespoły, które od pierwszych zagranych przez siebie dźwięków potrafią zaczarować i rozkochać w sobie słuchacza. Takim zespołem jest gdańskie Spoiwo. Zespołem, który w bardzo świadomy sposób buduje swoją markę i konsekwentnie rozwija.



Patryk Gochniewski: Czym jest dla was Spoiwo?

Simona Jambor: Zespół powstał właściwie z tych pobudek, z jakich powstają domki na drzewach dla dzieci. Te kilkanaście lat temu chcieliśmy mieć miejsce, do którego ucieka się przed światem. Pierwsza sala prób miała miejsce w schronie przeciwatomowym i właściwie w takiej narracji trzymamy myśl o tym, czym jest dla nas zespół.

Pytam, bo cały czas się zastanawiam, jak do tego podchodzicie: rodzaj przygody czy poważny plan zarobkowy na przyszłość?

S.J.: Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Bycie pełnoetatowym zespołem znacznie usprawniłoby powstawanie materiału, a organizacyjne kwestie można byłoby rozwiązywać w tempie, które by nas zadowalało. Z drugiej strony dobrze czujemy się z tym, w jaki sposób to teraz funkcjonuje - jako odskocznia od codzienności.

Ciągle działacie w oparciu o DIY. Wiem, że odchodzą w takim wypadku prowizje dla wytwórni czy agencji bookingowych, ale to chyba męczące.

S.J.: Jest to ogromny nakład czasu i pracy, który inwestujemy w działalność zespołu. Czasami jest to męczące, ale dzięki temu uczymy się, w jaki sposób funkcjonuje świat muzyczny. Prowizje dla wytwórni czy agencji bookingowych nie odgrywają tutaj żadnej roli, po prostu lubimy mieć wpływ na to, gdzie, co i jak gramy.

Dbacie o formę? Siłownia przed trasą, wzmocnienie organizmu?

Piotr Gierzyński: Wiele osób, łącznie ze mną, nie doceniało tego tematu wcześniej. Dotychczas w żaden szczególny sposób nie przygotowywałem się fizycznie do tras i nie było problemów, aż do tej... Ta była jak na nas długą i wyjątkowo rozległą trasą: Słowacja, Austria, Włochy, Szwajcaria, Francja, Belgia, Holandia i Niemcy. Braki w formie zaczęły się od koncertu w Paryżu. Był to koncert, który traktowałem trochę jako ukoronowanie trasy wrześniowej, ponieważ przez dwa lata próbowałem zorganizować tam koncert i w końcu się udało. Miałem więc wyjątkową motywację, by dać z siebie wszystko również na scenie.

Daliśmy bardzo dobry występ, a dla mnie był to chyba najbardziej żywiołowy koncert, jaki zagrałem. Przyjęcie było rewelacyjne, ale poziom zmęczenia nie mniejszy. Chociaż następnego dnia nie mieliśmy koncertu, tylko sesję nagraniową, to podczas nagrania czułem, jak mi się uginają nogi. To był pierwszy taki moment, kiedy odczułem zmęczenie na trasie. Na kolejnych koncertach forma już była zdecydowanie niższa i wtedy uświadomiłem sobie, że do trasy jednak trzeba się dodatkowo przygotowywać. Przed następną mam więc zamiar na pewno popracować nad kondycją.

W ogóle mieliście oferty współpracy z wytwórnią czy managementem?

PG: Otrzymywaliśmy oferty głównie od bookerów, mieliśmy też kilka propozycji od wytwórni czy tak zwanego managementu. Staraliśmy się analizować każdą z opcji i oceniać jej wartość. Ostatecznie na żadną się nie zdecydowaliśmy.

Nie żałujecie?

PG: O tym, że była to dobra decyzja, mogliśmy się przekonać niejednokrotnie. Na przykład jedna z osób, która oferowała nam współpracę na terenie Bałkanów, pomimo wieloletniego doświadczenia w branży i masy zabookowanych gigów, okazała się oszustem. Ale sprawa wyszła sporo później. Zewnętrzny management, wytwórnia i booking to są zawsze dyskusyjne sprawy. Warto zrobić naprawdę szeroki research, zanim się podejmie decyzję. Większość zespołów czuje się zupełnie niekompetentna w tych dziedzinach i z chęcią da się poprowadzić przez kogoś, często nie weryfikując, kim ta osoba jest, jaki ma rzeczywisty cel i na ile zależy jej na rozwoju zespołu. Szczególnie jest to widoczne podczas prób bookowania przez zespoły tras zagranicznych - bandy mają wrażenie, że zrobienie tego samemu to jest bariera nie do przeskoczenia.

Spoiwo.
Spoiwo. fot. Maciej Majchrowicz
Jesteście już na takim etapie, że zyski są zadowalające? Wasza ostatnia trasa po Europie musiała trochę pochłonąć. Tak procentowo, ile udało się zyskać albo stracić?

PG: Fajne jest to, że z każdym rokiem widzisz progres w tej materii, a ten był dla nas szczególnie dużym przeskokiem. Zarówno pojedyncze koncerty, jak i trasy przynoszą dla nas wymierne korzyści finansowe. I to daje nam duży komfort. Kilka lat temu nie mieliśmy funduszy, żeby wydać nasz debiut. Mając to cały czas w pamięci, działamy teraz z żelazną dyscypliną i wszystkie pieniądze z działalności odkładamy na następne wydawnictwo. W tym momencie odłożyliśmy już środki, które pozwolą nam na pełną realizację płyty. Pieniądze równają się swobodzie. Nie ma spiny w studiu, nagrywasz, aż będziesz zadowolony, a nie z zegarkiem w ręce. I to się przekłada na album. Odpowiadając na drugą część pytania: od 2015 zespół nie traci, tylko na siebie zarabia, więc i na tej trasie jesteśmy do przodu.

Co się teraz u was dzieje? Podobno przyszły rok ma upłynąć pod znakiem Spoiwo.

PG: Tak, to będzie rok, w którym ukaże się nasza druga płyta, więc na pewno znowu sporo będzie się działo. Jesteśmy po dwóch ostatnich koncertach tej trasy i wracamy do komponowania nowych rzeczy i kończenia starszych szkiców. Wiosna będzie więc raczej cicha, ale jesienią wracamy z pełną pompą.

Mimo że post-rock nie jest waszym ulubionym gatunkiem, to bardzo naturalnie przychodzi wam obracanie się w jego ramach. Jak będzie tym razem? Kiedyś wspominaliście o romansie z elektroniką.

Krzysztof Zaczyński: To, jak będzie tym razem, zależy w dużej mierze od chęci i wysiłku, jaki włożymy w eksplorowanie obszernego tematu muzyki elektronicznej. Od poziomu naszych umiejętności będzie zależeć, jak dużo nowych elementów będziemy mogli wprowadzić do naszych kompozycji i tym samym wyjść poza wypracowaną do tej pory strefę komfortu.

S.J.: Post-rock był naturalną wypadkową naszej długiej drogi ku albumowi. Był środkiem, a nie celem samym w sobie. Drugi album na pewno nie będzie popisem umiejętności elektronicznych. Będzie raczej świadomą próbą poszerzenia naszych kompozycji o środek wyrazu, do którego trochę tęsknimy, kompletując tym samym nasze brzmienie.

W ogóle łatwo jest wam dojść do porozumienia czy też osiągnięcie kompromisu przy komponowaniu jest poprzedzone wieloma kłótniami?

S.J.: Łączy nas wspólna historia, mianownik jednego podwórka, a przy tym dzieli nas niemało. Pewnie przypominamy pod tym względem niejedną rodzinę. Z tym osiąganiem kompromisów jest różnie. Na pewno dojrzeliśmy na tyle, by nie traktować swojej racji jako tej najważniejszej i by dobro zespołu stawiać ponad nasze ego.

Sporo jest was za granicą. Wciąż sami się tam wpraszacie. Czy udało się już zrobić podłoże pod to, abyście byli zapraszani?

P.G.: Wiesz co, to zależy. Są festiwale, na których nam bardzo zależy i piszemy do nich sami, są festiwale, które piszą do nas. Z każdym kolejnym festiwalem jest jednak łatwiej i coraz bardziej proporcje tych działań się zmieniają.

Festiwale zagraniczne, jak Dunk! czy Deafrow są zawsze nobilitujące, ale chyba za największy sukces koncertowy trzeba uznać wasz występ na Off Festival. Jakie to było uczucie?

K.Z.: Trudno wskazać ten najbardziej nobilitujący. Każdy z nich ma swoją specyfikę. Dunk to jeden z największych na świecie festiwali postrockowych, z oddaną publicznością, która siedzi w tym gatunku i ma wysokie oczekiwania. Off prezentuje najciekawszych artystów z najróżniejszych muzycznych sfer, więc znalezienie się w tym prestiżowym gronie jest wyróżnieniem.

Gdybyście mieli porównać: lepiej wam się gra w kraju czy zagranicą? Kto lepiej organizuje, gdzie jest lepsza publika?

S.J.: Nawet w skali jednego kraju można spotkać inne podejście do tego, czym jest organizacja koncertu. Na pewno przyjemniejsze są na trasie miejsca, które dysponują odpowiednim zapleczem technicznym. Często nawet banały ułatwiają życie w trasie. Co do publiki, to rzeczywiście można zauważyć inne temperamenty w różnych krajach. Są to jednak zaledwie niuanse w podejściu do muzyki. Mamy to szczęście, że ludzie, którzy przychodzą na nasze koncerty, niezależnie od położenia geograficznego mocno angażują się w to, co słyszą. Stąd tak bardzo lubimy grać koncerty.


Nie sądzę, żeby to była wasza świadoma decyzja, ale - chcąc nie chcąc - przylgnęła do was łatka malarzy dźwiękiem. Zespołu, który świetnie by się sprawdził jako twórca soundtracków. Sporo osób dziwi się w związku z tym, że nie macie oprawy wizualnej na koncertach.

S.J.: Dotychczas chcieliśmy uniknąć sytuacji, w której narzucamy nastrój kompozycji wizualkami. W końcu jesteśmy malarzami dźwiękiem, a nie wizualizacjami (śmiech). A tak serio, to niczego nie wykluczamy na przyszłość. Szukamy, inspirujemy się, rozważamy, może za jakiś czas zupełnie zmienimy podejście do wizualek.

Chcecie ponoć od tego uciec. Stąd też plany zmiany brzmienia. Podejście tyleż rozsądne, ileż ryzykowne jednocześnie. Bo z jednej strony może okazać się świetnym zabiegiem, który powiększy waszą grupę fanów, ale jednocześnie może wam umknąć trochę, dość hermetycznych w końcu, odbiorców post-rocka.

K.Z.: Uciec - to nie jest do końca właściwe słowo. Spójrzmy na to inaczej. Materiał, który zagraliśmy na naszej debiutanckiej płycie, powstawał do 2014 roku. Zadebiutował w 2015. Od tego czasu minęły prawie cztery lata, w tym czasie zmieniają się nasze umiejętności, fascynacje muzyczne i my sami. Chcemy przekuć te nowe doświadczenia na materiał muzyczny. Nie kalkulujemy, czy to powiększy, czy pomniejszy nasz fanbase, który przecież też się zmienia.

Kiedy przygotowywałem ten wywiad z ciekawości wpisałem w wyszukiwarce "Spoiwo zespół". Dużo was w sieci. Cieszycie się sympatią i zainteresowaniem mediów. To dość rzadkie w przypadku undergroundowych zespołów. W ogóle jak wy podchodzicie do kwestii promocyjnych - przykładacie do tego wagę czy też zostawiacie to losowi?

S.J.: To nie jest rzecz, którą stawiamy na pierwszym miejscu naszych działań zespołowych. Chcielibyśmy temu poświęcać więcej czasu, ale zwyczajnie go brak.

P.G: Trzeba przyznać, że rzeczywiście, jak na zespół undergroundowy, udało nam się uzyskać spore zainteresowanie mediów. To cieszy i dostarcza przekonania, że da się. Uważam, że każdy zespół powinien część czasu spędzać na próbie nawiązania kontaktu z mediami. Zasięg tego, co jesteś w stanie przekazać tylko za pomocą swoich kanałów informacji, jest bardzo ograniczony, szczególnie jeśli mowa jest o mniej znanych zespołach.

Dobra, na koniec pytanie z gatunku znienawidzonych. Gdzie widzicie się jako zespół za dekadę?

P.G.: Jeśli będziemy pracować jeszcze intensywniej i nic po drodze nie wykruszy naszej siły woli i upartości w dążeniu do celu, to będzie to miejsce, w którym będziemy się bardzo dobrze czuli (śmiech).

Opinie (6)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

20

lipca

Dzień Otwarty BCT 2019 - Ba... Gdynia, Bałtycki Terminal Kontenerowy

28

lipca

Piotr Polk Gdańsk, Amfiteatr

28

lipca

9. NDI Sopot Classic Sopot, Opera Leśna / Kościół św. Jerzego / Sala koncertowa PFK /...

Kultura

Muzeum od kuchni. Co kryją podziemia Muzeum II Wojny Światowej?
Co kryją zakamarki Muzeum II WŚ?
Plany Opery Bałtyckiej na nowy sezon
Plany Opery Bałtyckiej na nowy sezon

Kulinaria

Planuj z nami tydzień

Wygraj bilety,
sprawdź nasze konkursy

    Najczęściej czytane

    Sprawdź się

    Pierwsza część "Trylogii Gdańskiej" Güntera Grassa nosi tytuł: