Wiadomości

Trójmiejskie akcenty w serialu "Sloborn"


Filmowa fikcja nieraz wyprzedza rzeczywistość. Zdjęcia do kręconego m.in. w Trójmieście niemieckiego serialu, który opowiada o tajemniczej zarazie dziesiątkującej wyspę i położone na niej małe portowe miasteczko, ukończono tuż przed wybuchem prawdziwej pandemii. O pracy na planie "Sloborn" rozmawiamy z Romanem Micińskim z Gdyni, który przy zagranicznej produkcji pracował w roli statysty. Filmy to jego hobby, zawodowo jest kapitanem statków oceanicznych. Premiera serialu 23 lipca na kanale ZDF.



Repertuar kin w Trójmieście


Wyprodukowany dla stacji ZDF "Sloborn" opowiada o społeczności małej wyspy na Morzu Północnym, którą atakuje śmiercionośny wirus. Ośmioodcinkowa seria pokazuje ludzkie dramaty, walkę o przetrwanie i kryzys, z jakim musi zmagać się lokalna ludność w obliczu katastrofy. Apokaliptyczny serial pierwotnie miał zadebiutować wiosną, ale premierę skutecznie opóźnił prawdziwy wirus - COVID-19.

Rolę serialowego miasteczka odegrał Puck. Sporą część scen kręcono również w Jastarni, Helu, Sopocie czy Gdyni. Ekipa pracowała m.in. w Babich Dołach. Na końcu gdyńskiego bulwaru wybudowano nawet prowizoryczną konstrukcję imitującą torpedownię. Filmowcy kręcili też okazjonalnie w Gdańsku, Sopocie czy pod Błądzikowem. "Sloborn" to niemiecko-duńska produkcja, którą wyreżyserował duet Christian Alvart / Adolfo J. Kolmerer. W obsadzie dominują oczywiście niemieccy aktorzy, ale obsługę statystów i epizodystów zapewniali już Polacy, a dokładnie Studio ABM Trójmiasto w Gdyni. Wśród nich był m.in. gdynianin Roman Miciński, z którym rozmawiamy o pracy na planie serialu.

Kpt. Roman Miciński (drugi z prawej) na planie "Sloborn". Ekipa zdjęciowa pracowała równolegle na kilku planach.
Kpt. Roman Miciński (drugi z prawej) na planie "Sloborn". Ekipa zdjęciowa pracowała równolegle na kilku planach. fot. Roman Miciński/zabiorewas.blogspot.com
W jaki sposób udało się panu dostać na plan "Sloborn"? To pierwsze tego typu doświadczenie w roli statysty?

Pierwszy kontakt z z planem zdjęciowym miałem lata temu. Czasy głębokiej komuny, bodajże lata 70. W Helu kręcono wtedy film o instruktorze pływania, który podjął wyzwanie w maratonie na trasie Hel-Gdynia ["Prawo Archimedesa" - dop. red.]. Wraz z kilkoma innymi osobami statystowałem w scenach startu wyścigu. Oczywiście za "symboliczny uścisk ręki", bo nie było mowy o jakimkolwiek wynagrodzeniu. Przygodę z kinem udało się jednak zaliczyć.

Filmy i seriale: kryminały kręcone w Trójmieście



Interesuję się wieloma rzeczami, staram się być aktywny i na bieżąco śledzę, co ciekawego dzieje się w Trójmieście. I tak właśnie dowiedziałem się o "Sloborn". Słyszałem o grantach Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, który w ten sposób zachęcał zagranicznych filmowców do kręcenia w Polsce. Przeczytałem gdzieś o Formozie, która bierze udział w nagrywaniu scen do międzynarodowej produkcji. Widziałem pierwsze zdjęcia z planu w Gdyni. Gdy zacząłem trochę zgłębiać temat okazało się, że szukają statystów. Wysłałem akces, szybko przyszedł pozytywny odzew. Udało się do współpracy zaangażować też żonę. Razem więc wsiedliśmy w auto i już niedługo potem stawiliśmy się na planie "Sloborn".

"Sloborn" był kręcony m.in. w kościele w Sopocie.
"Sloborn" był kręcony m.in. w kościele w Sopocie. fot. Roman Miciński/zabiorewas.blogspot.com
Jak więc wyglądała praca statysty na planie zagranicznego serialu?

Graliśmy tyle epizodów, że trudno nawet wszystkie wymienić (śmiech). Statysta gra wszystko. Najważniejsze było, aby zdążyć na czas, a dodam, że często godziny kręcenia scen były drakońskie. O godz. 6 rano trzeba było być już gotowym do pracy. Dzień wcześniej, późnym wieczorem, a bywało, że nawet w środku nocy, dostawaliśmy SMS-a z konkretną godziną i lokalizacją zdjęć. Nie było lekko, ale doskonale rozumieliśmy wymogi logistyczne. Poszczególne ujęcia często uzależnione były od pogody.

Serial składa się z ośmiu odcinków, które kręcono równolegle. Cała ekipa była podzielona na grupy, a każda z nich była odpowiedzialna za konkretny fragment fabuły. W Pucku na przykład jednocześnie pracowały w pewnym momencie trzy ekipy zdjęciowe. To wymaga już niesamowitej koordynacji i dyscypliny.

"Sloborn" to ośmioodcinkowy serial ZDF, do którego zdjęcia kręcono m.in. w Pucku i Gdyni. Produkcja opowiada o mieszkańcach małej wyspy na Morzu Północnym, którzy muszą stawić czoła śmiertelnej zarazie.
"Sloborn" to ośmioodcinkowy serial ZDF, do którego zdjęcia kręcono m.in. w Pucku i Gdyni. Produkcja opowiada o mieszkańcach małej wyspy na Morzu Północnym, którzy muszą stawić czoła śmiertelnej zarazie. „Sloborn”. © Syrreal Entertainment
Mnie osobiście tak nowoczesne i zaawansowane podejście do kręcenia serialu tylko dopingowało do pracy. Niemcy byli świetnie zorganizowani. Mieli takie zaplecze techniczne, które pozwalało nagrywane sceny niemal od razu przesyłać do centrali w Berlinie, a tam już zapadała decyzja, czy potrzebne są "dokrętki", czy trzeba nagrywać coś od początku. To robiło wrażenie. Wymagało też od wszystkich całkowitego zaangażowania, bez narzekania czy "strojenia fochów". Oczywiście zdarzali się malkontenci, którzy nastawiali się jedynie na zysk i darmowe posiłki, ale było mnóstwo pozytywnie nastawionych ludzi, z którymi fajnie spędzało się czas i żartowało między ujęciami.

Praca na planie była też wyzwaniem pod kątem panujących warunków atmosferycznych. Pracowaliśmy w listopadzie, zdjęcia kończyliśmy już nawet w grudniu, a fabularnie byliśmy przecież pod koniec lata. Bywało, że niektórzy musieli nosić stroje kąpielowe przy naprawdę niskich temperaturach. Teoretycznie nie mogliśmy nosić nic ciepłego. Przynajmniej wtedy, gdy byliśmy w zasięgu kamery.

Młody gdynianin w serialu BBC. Obok niego Sean Bean i Tomasz Kot



Zdjęcia do "Sloborn" kręcono późną jesienią ubiegłego roku. Serial pierwotnie miał zadebiutować wiosną, ale premierę opóźnił koronawirus. Nieoficjalnie produkcja ma szansę ukazać się na małym ekranie w lipcu. Zainteresowanie "Sloborn" wykazała też platforma Netflix.
Zdjęcia do "Sloborn" kręcono późną jesienią ubiegłego roku. Serial pierwotnie miał zadebiutować wiosną, ale premierę opóźnił koronawirus. Nieoficjalnie produkcja ma szansę ukazać się na małym ekranie w lipcu. Zainteresowanie "Sloborn" wykazała też platforma Netflix. fot. Roman Miciński/zabiorewas.blogspot.com
Były sceny, które jakoś szczególnie zapadły w pamięć i powodowały dodatkową frajdę na planie?

Była cała masa ujęć, przy których mieliśmy spory ubaw. Oczywiście w samym serialu są to sceny pełne dramaturgii, ale przy ich powstawaniu towarzyszyły nam zupełnie przeciwstawne emocje. Pamiętam jedną ze scen kręconych na Helu, gdy mieliśmy zagrać tłum ewakuowany z miasta portowego. Dostaliśmy polecenie, aby dość aktywnie napierać na wojskowy kordon (złożony m.in. z żołnierzy Formozy), który zagradzał drogę do kutrów (naszych zresztą, graliśmy akurat miejscowych rybaków). Sytuacja okazała się o tyle zabawna, że przez ten szpaler wojskowych ostatecznie się przebiliśmy.

Wyszło więc polecenie, że scenę powtarzamy i padła jasna komenda: mniej agresji. I znów się przebiliśmy (śmiech). Reżyser wraz z całą ekipą pokładali się ze śmiechu, widząc 70-letnie panie przebijające się przez kordon żołnierzy. Chyba dopiero wtedy przekonali się do powiedzenia "Polak potrafi" (śmiech). Ostatecznie kazali nam nie napierać, a tylko głośno krzyczeć i gestykulować. Sam jestem ciekaw, jak to będzie pokazane w serialu.

W Gdańsku graliśmy dużo scen tzw. szpitalnych, gdy serialowa zaraza zbierała już największe żniwo. Niektóre ujęcia nagrywane były nawet późno w nocy, abyśmy naprawdę wyglądali na zmęczonych, niewyspanych i osłabionych. Graliśmy lekarzy, ordynatorów, pacjentów. Wszędzie było mnóstwo sztucznej krwi. Horrorów nie lubię, ale będąc pośrodku takich scen, to naprawdę robiło wrażenie i niejeden dreszcz potrafił przejść po plecach.

Były na przykład sceny, w których przez godzinę graliśmy po niemiecku, nie wydając ani jednego dźwięku. Na Helu kręciliśmy scenę stypy, podczas której z serialowym burmistrzem przez godzinę przewertowaliśmy chyba wszystkie tematy, choć tak naprawdę w ogóle ze sobą nie rozmawialiśmy (śmiech). Dopiero po zatrzymaniu kamery wymieniliśmy parę zdań.

"Ogrom scen w serialu trzeba było grać w maseczkach i chirurgicznych rękawiczkach. Niektórzy musieli też nieraz długie godziny przepracować w specjalnych kombinezonach, które prześmiewczo nazywaliśmy "minionkami". A nie było w nich łatwo grać, czasami trzeba było je dodatkowo wentylować, żeby statysta nie stracił przytomności".
"Ogrom scen w serialu trzeba było grać w maseczkach i chirurgicznych rękawiczkach. Niektórzy musieli też nieraz długie godziny przepracować w specjalnych kombinezonach, które prześmiewczo nazywaliśmy "minionkami". A nie było w nich łatwo grać, czasami trzeba było je dodatkowo wentylować, żeby statysta nie stracił przytomności". fot. Roman Miciński/zabiorewas.blogspot.com
Na czym według pana polega rola statysty?

Praca statysty pozornie wydaje się mało znacząca, ale to zbiorowa, mrówcza wręcz praca, która ma niebagatelne znacznie dla całej produkcji, bo to właśnie my zapewniamy te detale i niuanse składające się pod okiem reżysera w zamkniętą kompozycję. Zaczyna wszystko nagle działać. Z tego chaosu wytwarza się harmonia. To cała magia kina. Dla mnie to też niezwykłe doświadczenie, patrząc choćby na to, jak z pięciu statystów można zrobić tłum albo jak czterema osobami "zapełnić" kościół. Najazdy kamery, zmiany obiektywów, blueboxy czy greenboxy - to wszystko niesamowicie wciąga i fascynuje z bliska. Patrząc na gotowy film czy serial, tego przecież nie widać. To można poczuć, tylko pracując na planie, nawet tylko w roli statysty.

Teraz każdy film oglądamy z dużo większym zrozumieniem. Doceniamy ogrom wysiłków koniecznych do nakręcenia poszczególnych scen, aktywną rolę aktorów w modyfikacji wizji reżysera, dostrzegamy ważność szczegółów czy rekwizytów. Dużo łatwiej zauważamy też wpadki montażystów czy scenografów, niedociągnięcia techniki i obsługi planu. Widzimy naciąganie i powielanie ujęć, by osiągnąć zamierzoną dynamikę scen i ciągłość fabuły.

Do pracy przy niemieckim serialu zatrudniono polskich statystów, zagrali też m.in. żołnierze formacji Formoza.
Do pracy przy niemieckim serialu zatrudniono polskich statystów, zagrali też m.in. żołnierze formacji Formoza. „Sloborn”. © Syrreal Entertainment
Premiera "Sloborn" była cały czas przesuwana. Na końcowy efekt musimy poczekać do 23 lipca.

Teoretycznie na przełomie maja i czerwca mieliśmy wrócić na plan, by nagrywać sceny do drugiego sezonu. W "Sloborn" jest bardzo dużo ciekawych wątków i indywidualnych historii, których zapewne nie uda się w całości pokazać w tych ośmiu odcinkach. Są ludzkie dramaty, chwile heroizmu, ale i całkowitego zwątpienia. Nie chcę zdradzać szczegółów, bo serial prędzej czy później się ukaże, ale to naprawdę złożona opowieść, która ma potencjał na kontynuację i może spodobać się nie tylko niemieckim widzom.

Jak wyglądała współpraca z niemieckimi aktorami?

Kontakt oczywiście był, choć często utrudnieniem były bariery językowe. Niemieccy aktorzy niezbyt dobrze mówili po angielsku (nieco lepiej radziła sobie pod tym względem młodsza część obsady), ale to naprawdę sympatyczni, profesjonalnie podchodzący do zawodu ludzie, z którymi udawało się nawiązywać nić porozumienia. To samo tyczyło się ekipy filmowej, z którą w przerwach można było się pośmiać i powygłupiać. Pokazywali też sporo technologicznych ciekawostek.

Słynni aktorzy kojarzeni z Trójmiastem



Filmowa fikcja, w przypadku "Sloborn", wyprzedziła rzeczywistość. Kończyliście zdjęcia w momencie, gdy świat lada chwila miał zostać objęty pandemią koronawirusa.

Można powiedzieć, że mieliśmy małe przetarcie przed koronawirusem, bo ogrom scen w serialu trzeba było grać w maseczkach i chirurgicznych rękawiczkach. Niektórzy musieli też nieraz długie godziny przepracować w specjalnych kombinezonach, które prześmiewczo nazywaliśmy "minionkami". A nie było w nich łatwo grać, czasami trzeba było je dodatkowo wentylować, żeby statysta nie stracił przytomności.

Cały okres pandemii praktycznie spędziłem za granicą, będąc w pracy. Z kraju wyleciałem w styczniu jeszcze przed pierwszym potwierdzonym przypadkiem w Polsce. Pamiętam, jak opływaliśmy Chiny, Koreę, Panamę. Pamiętam, że na wschodnim wybrzeżu USA ludzie trochę z nas szydzili, widząc nas stojących na mostku w maseczkach. Chwilę później w Nowym Jorku wybuchła już prawdziwa panika związana z koronawirusem. Utrudniony był też powrót do domu. W Stanach trudno było znaleźć lotnisko, z którego można było wylecieć w powrotną podróż. Do Polski dotarłem kilkanaście dni temu.

Czekając na premierę serialu, pozostaje na razie wspominać pracę na planie.

Została cała masa zdjęć, które nieraz gdzieś tam po kryjomu udało się zrobić. Pozostały fajne znajomości i doświadczenie pracy z profesjonalistami, którzy dysponują nowoczesnym sprzętem i zaawansowaną filmową technologią. Z żoną często rozmawialiśmy o tym, że byliśmy na planie takimi małymi trybikami, które gdzieś tam w drobnym stopniu nakręcały całą tę machinę. Nawet jeśli nie zobaczymy siebie na ekranie, to przeżycie tego od środka jest niezapomnianym doświadczeniem.

Opinie (25) 5 zablokowanych

Dodaj opinię
Walczymy z przemocą słownąKasujemy opinie obraźliwe i nie na temat

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

05

lipca

Restaurant Week Trójmiasto,

16

lipca

Kino na Szekspirowskim Gdańsk, Teatr Szekspirowski

Kultura

Mija termin zwrotu tablic z postulatami Sierpnia '80. ECS ich nie odda
ECS nie odda tablic z 21 postulatami

Kulinaria

Gdzie w Trójmieście spróbujemy kaszubskiej kuchni?
Kaszubska kuchnia w Trójmieście
Slow Fest Sopot: trwa kulinarny festiwal na Molo
Trwa Slow Fest Sopot na Molo

    Najczęściej czytane

    Sprawdź się

    Dokończ słowa Barbary Wolańskiej z filmu "Kogel-mogel", które wypowiedziała na widok Pawła Zawady: "Marian, no zrób coś. Zobacz, przecież on jest jakby bez (...)!