Wiadomości

stat

Stefan Wesołowski: Moje ambicje sięgają bardzo daleko

Stefan Wesołowski: Nie wybrałem niszowości, ja po prostu komponuję i gram. To, co powstaje, jest wynikiem jakiejś wewnętrznej potrzeby, muzycznej ekspresji mojej wyobraźni i pewnie jakichś inspiracji, którymi w bardziej albo mniej uświadomiony sposób jestem przesiąknięty.
Stefan Wesołowski: Nie wybrałem niszowości, ja po prostu komponuję i gram. To, co powstaje, jest wynikiem jakiejś wewnętrznej potrzeby, muzycznej ekspresji mojej wyobraźni i pewnie jakichś inspiracji, którymi w bardziej albo mniej uświadomiony sposób jestem przesiąknięty. fot. Rafał Kołsut

Stefan Wesołowski to jeden z tych muzyków, którzy nigdzie się nie pchają na siłę, lecz wierzą, że ich muzyka jest wystarczającą kartą przetargową. Nam opowiedział o swoich refleksjach względem przeszłości oraz planach na przyszłość.



Patryk Gochniewski: Miniony rok był dla ciebie chyba najlepszy w karierze.

Stefan Wesołowski: Rzeczywiście był bardzo dobry. Wydałem nowy album, który został bardzo dobrze przyjęty, pracowałem przy kilku fajnych spektaklach teatralnych i filmach. Wiele ekscytujących przedsięwzięć i efektów pracy nad nimi ujrzy światło dzienne dopiero w tym roku. Choćby "Nanook of the North". Album, który nagrałem razem z Piotrem Kalińskim aka Hatti Vatti i który wychodzi z początkiem marca w niemieckiej wytwórni Denovali. Najbardziej jednak cieszę się, że te wszystkie mocno angażujące duszę i ciało rzeczy udaje mi się godzić ze zwykłym, sielskim życiem rodzinnym, ze wspólnym odrabianiem lekcji, robieniem obiadów i graniem w tysiąca z synami.

Tytuł płyty roku w "Gazecie Wyborczej" cieszy, ale to chyba nominacja do "Paszportów Polityki" jest najlepszym podsumowaniem tego, w jakim miejscu się obecnie znajdujesz.

Szczerze mówiąc nie umiem tego ocenić i jakoś zważyć. Z obydwu wyróżnień ogromnie się cieszę i obydwa mocno mnie zaskoczyły.

Jak wygląda balans w Polsce - jesteś bardziej rozpoznawalny przez krytyków niż słuchaczy?

Najbardziej jestem rozpoznawalny chyba wśród koleżanek mojej mamy, bo informuje je telefonicznie o każdym moim koncercie oraz medialnej aktywności.

Pomijając obecną kondycję rynku muzycznego, tworzysz jednak rzeczy dość niszowe. Przede wszystkim dla siebie, żeby dobrze czuć się z samym sobą?

Nie wybrałem niszowości, ja po prostu komponuję i gram. To, co powstaje, jest wynikiem jakiejś wewnętrznej potrzeby, muzycznej ekspresji mojej wyobraźni i pewnie jakichś inspiracji, którymi w bardziej albo mniej uświadomiony sposób jestem przesiąknięty. Czułbym się zupełnie dobrze, gdyby moja muzyka rozbiła mainstreamowy bank, ale z całą pewnością nie będę robił niczego wbrew sobie i wbrew mojej duszy, żeby tak się stało.

Wróćmy na chwilę do przeszłości. Od szesnastego roku życia komponowałeś dla dominikanów. Jak do tego doszło?

Byłem wtedy aktywny w środowisku okołodominikańskim w Gdańsku, z przyjaciółmi śpiewaliśmy sporo muzyki wielogłosowej. Czasem coś opracowywałem na tę potrzebę. Któregoś razu ówczesny duszpasterz akademicki, Cyprian Klahs, przyniósł mi teksty Ojców Kościoła, starożytną poezję chrześcijańską i zapytał, czy nie napisałbym do tego muzyki. Napisałem i bardzo mnie to wciągnęło.

Recenzje płyt z Trójmiasta: Stefan Wesołowski, Death Crusade, Quantum Trio


Stefan Wesołowski - "Seven Maidens"


Jesteś w ogóle w jakimś stopniu religijny? Pytam, bo twoja muzyka nosi w sobie jakieś znamiona takiej klasztornej estetyki.

Wtedy byłem bardzo. Zresztą rozważałem pójście do zakonu. Później pojawiły się wątpliwości, rozluźnienie związków z Kościołem. Ale ja mam religijną naturę i raczej nie jestem w stanie przed tym uciec, mimo tego, że jestem skrajnie niedoskonały. Po prostu co chwila mnie coś zachwyca i wszędzie wyczuwam obecność boskiej ręki.

Jak ważna jest dla ciebie śmierć i w jaki sposób ją odbierasz? Twoja ostatnia płyta to wariacja dotycząca muzyki funeralnej.

Nie powiedziałbym, że tak jest, rytuał końca w tym znaczeniu jest dla mnie czymś więcej niż celebracją pogrzebu. Choć oczywiście nie mam chęci i ambicji odbierać innym prawa do własnych interpretacji i wrażeń. Śmierć jest dla mnie ważna tak samo jak dla każdego, kto nie może przed nią uciec. To po prostu nieuchronna i nieodłączna część cyklu. Coś budzącego lęk, ale też coś w przewrotny sposób uspokajającego.

Myślisz, że twoją twórczość mógłby ktoś wykorzystać podczas swojego pogrzebu?

Czemu nie? Zapraszam.

Important Records, Ici d'Ailleurs i Mute Song. Te nazwy mówią same za siebie. Jak się czułeś, kiedy dowiedziałeś się, że będziesz mógł z nimi współpracować?

Bardzo się starałem, żeby móc z nimi współpracować. Wysyłałem maile i dema. Tylko Stephane Gregoire z Ici d'Ailleurs odezwał się do mnie pierwszy. Ale moment, w którym dostałem pozytywną odpowiedź z Important Records czy propozycję podpisania kontraktu z Mute Song to rzeczywiście najlepsze i kluczowo zmieniające wszystko momenty w moim zawodowym życiu.

Może kiedyś wystąpisz u boku Nicka Cave'a, który też przecież umiłował sobie śmierć.

Nawiązujesz do tego, że obydwaj jesteśmy związani z Mute Song? Słuchaj, no kto wie? Nick Cave jest wielkim i wspaniałym artystą, ale przez to też bardzo zajętym i selektywnie dobierającym propozycje. Wspólne umiłowanie śmierci może nie wystarczyć.

Stefan Wesołowski
Stefan Wesołowski fot. Rafał Kołsut
Długo będziemy musieli czekać na twoje kolejne wydawnictwo?

Na kolejny solowy album? Nie wiem. Zupełnie nie umiem takich rzeczy przewidzieć. Ale jak już wspomniałem, za chwilę ukaże się moja współpraca z Piotrem Kalińskim. Może też ukaże się moja ścieżka dźwiękowa do filmu dokumentalnego Kuby Mikurdy o Walerianie Borowczyku. Zobaczymy.

Lubisz techno. Ale tylko muzycznie czy również chodzisz na rave'y?

Prawdziwych rave'ów już nie ma (śmiech). Jeśli tylko jest odpowiednia atmosfera i jakość, to uderzam jak w dym.

W ogóle techno i skrzypce to wcale nie takie oczywiste połączenie.

Nie jest oczywiste, ale ja tych rzeczy nie łączę jakoś specjalnie. Gram na skrzypcach i oprócz tego lubię techno. Część odbiorców mojego ostatniego albumu słyszy tam echa techno i sądzę, że to możliwe, ale mimo wszystko są to tylko echa, a nie gatunkowa muzyka.

Jak to było w ogóle z tymi skrzypcami? Bo krążą legendy o tym instrumencie. Miałeś moment, że ich nienawidziłeś i chciałeś rzucić w kąt?

Nie, jeśli czegoś nienawidziłem to swojego lenistwa albo ciała, które się męczy. Ale skrzypce zawsze kochałem.

Czego ci brakuje w tym momencie - większego zainteresowania ze strony polskich wydawców?

Ależ polscy wydawcy są bardzo życzliwi, zainteresowani i utrzymuję z nimi kontakt. Tak po prostu się złożyło, że wydaję gdzie indziej, ale mogłoby również zdarzyć się inaczej. Raczej niczego mi nie brakuje. Jeśli już miałbym czegoś sobie życzyć, to więcej spokoju i jeszcze więcej czasu z dziećmi.

Gdzie widzisz się w 2018? Jak daleko sięgają twoje ambicje?

Bardzo daleko. Ale nie wiem, gdzie będę za rok. Myślę, że będę starał się robić swoje i dalej realizować moją największą artystyczną ambicję, czyli tworzyć rzeczy coraz lepsze, trwalsze i odporne na przejściowe mody.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (14)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

21

kwietnia

Rosalie Sopot, S.F.I.N.K.S 700

27

kwietnia

Paul Kalkbrenner Night Gdańsk, Protokultura

28

kwietnia

Wygraj z Rakiem - Charytaty... Sopot, Sala Koncertowa PFK

Kultura

Długi mur przy ul. 3 Maja bardziej kolorowy
Murale ozdobią mur Forum Gdańsk
Opowieść o falowcu. "Latawiec z betonu" Moniki Milewskiej
Opowieść Moniki Milewskiej o falowcu

Kulinaria

Jak restauracje naciągają klientów?
Jak restauracje naciągają klientów?
Gastrobanda: Kamil Sadkowski odkrywa smak okry
Gastrobanda: odkryj smak okry

Planuj z nami tydzień

Planuj tydzień: Taconafide, foodtrucki i imprezy plenerowe
Planuj tydzień: Taconafide i foodtrucki

    Najczęściej czytane